Słowo od Wydawcy amerykańskiego

      Z wielką przyjemnością przedstawiamy niniejsze pisma, listy i refleksje brata pielgrzyma Benjamina H. Bartona członkom klasy stóp Ciała Chry­stusowego przy końcu tego Wieku Ewangelii.

      Brat Barton kształcił się na architekta, ale porzucił to zajęcie na rzecz pracy Pańskiej w zakresie budowania swego charakteru oraz wspierania innych w osiągnięciu zupełnego wzrostu w Chrystusie. W czerwcu 1906 roku pastor Russell zorganizował dla niego podróż pielgrzymią na wyspy brytyjskie. Potem br. Barton służył dalej jako pielgrzym w Stanach Zjedno­czonych i Kanadzie, aż do śmierci 24 czerwca 1916 roku w Portland w sta­nie Oregon. Podzielenie się jego usługą zbór w Portland uważa za stosowny wyraz uznania dla owego szlachetnego brata, którego ziemska wędrówka zakończyła się ponad dziewięćdziesiąt lat temu.

      Postrzegamy tę pracę jako uzupełnienie do poselstwa „żniwa” zawartego w pismach pastora Russella. Oby te „echa” z dziesięcioletniej służby ożywi­ły nas do większej wierności w naszej podróży do Królestwa. W dziele tym można dostrzec serce i ducha człowieka, który był Bożym świętym.

      Brat Russell sprawował posługę na pogrzebie brata Bartona 3 lipca 1916 roku (niespełna cztery miesiące przed swoim własnym) i treść owej posłu­gi również zawarliśmy w tej książce. Inne notatki autorstwa brata Russella i brata W. A. Bakera można znaleźć w The Watch Tower (R-5930) z 15 lipca 1916. Podjęliśmy wysiłek zebrania wszystkich znanych nam pism brata Bar­tona. Niektóre z jego listów i artykułów ukazywały się w The Watch Tower i nie chcieliśmy ich ponownie publikować, gdyż są łatwo dostępne dla tych, którzy zechcą je przeczytać (R-3644, 3818, 4101, 4141, 4450, 4695, 5865). Do spisu treści dołączona jest informacja o miejscu i czasie wygłoszenia ka­zania oraz źródle pochodzenia pisemnej wersji każdej lekcji. Zbiór ułożony jest w miarę możliwości w porządku chronologicznym.

      Brat Barton zmarł w wieku 41 lat, jeszcze przed swoim ojcem. To ojciec znalazł wśród jego rzeczy oświadczenie o poświęceniu syna.

OŚWIADCZENIE O POŚWIĘCENIU

Zrzekam się odtąd wszelkich praw dla mojej duszy, mojego ciała, mojego zdrowia, mojej opinii, moich talentów i względem wszystkiego, co do mnie należy. Poświęcam się, by być własnością mego chwalebne­go Odkupiciela. Ofiaruję Mu siebie samego, aby Go kochać, służyć Mu i ufać w kwestii mojego życia i zbawienia aż do końca.

Podpisano: Benjamin H. Barton
Zamieszkały: 5430 Vinc St. Philadelphia
Dnia: 19 maja 1895

Benjamin Barton urodził się 5 października 1874 roku, poświęcił w roku 1895, a zmarł 24 czerwca 1916 roku. Często w książeczkach „Manny” wpi­sywał swoją datę urodzin i dedykację: „Niech twoje życie będzie Biblią”.

Niech Twoje życie będzie Biblią:
Chrystus niech będzie w nim Księgą Rodzaju,
Twe poświęcenie to Exodus,
Twa miłość to Księga Kapłańska,
A radość – twoje życiowe Psalmy;
Odwagę okaż Danielową,
Cierpliwość Ijobową,
Gorliwość taką jak Jeremiasz,
A miłość tę Janową.
Niech w Biblii twego życia
Jezus zapełni mnóstwo stron.
Niech koniec wspanialszy będzie niż początek,
Jak Objawienie góruje nad Księgą Rodzaju.

 

      W związku ze śmiercią brata Bartona do gazety „St. Paul Enterprise” [ty­godnik ukazujący się w miejscowości St. Paul w latach 1910-1919] wpły­nęły liczne wspomnienia i wyrazy uznania, których było zbyt wiele, żeby zamieścić je w tej książce. Chcieliśmy jednak zacytować fragment z listu od brata J. W. Gilberta:

      5 lipca 1916. Po raz pierwszy zetknąłem się z bratem Bartonem około siedemnaście lat temu, gdy przyszedłem właśnie do poznania Prawdy; zawarcie z nim znajomości oznaczało pokochanie go, gdyż nigdy nie do­świadczyłem, żeby przejawiał innego ducha niż ducha Mistrza.

      Siedemnaście lat temu brat Bennie był jednym z dwóch starszych zbo­ru w Filadelfii i w niedziele przemawiał na zmianę z bratem Smithem Walkersem, który obecnie również choruje. Styl brata Walkersa był pe­dagogiczny, zaś brata Bartona sympatyczny. Jego serce zdawało się być zawsze przepełnione czułością i miłością dla wszystkich i wiele z jego przemówień do przyjaciół było czymś w rodzaju naturalnego, ducho­wego lekarstwa, szczególnie dostosowanego do potrzeb zgromadzenia w tym specyficznym czasie oraz dostarczanego w mądry i miłujący spo­sób.

      Wykłady naszego drogiego brata były dla mnie zawsze pomocne i in­spirujące, i to coraz bardziej wraz z upływem lat. Wiele myśli w sposób niezatarty odcisnęło się w moim umyśle. Jedną z najbardziej pomocnych było to, co wyraził w czasie wykładu wygłoszonego parę lat temu w tym mieście. Powiedział wtedy, że gdy przyszedł do Prawdy, nękał go strach, że przydarzy mu się jakiś wypadek albo zaatakuje go jakaś straszna cho­roba, zanim będzie mieć dość czasu na uczynienie swego powołania i wybrania pewnym. Gnębiło go to przez jakiś czas. Aż któregoś dnia taka oto myśl przyszła mu do głowy: »To, że Pan cię powołał tym wy­sokim powołaniem i dał ci ucho, które usłyszało i chęć, by to przyjąć, stanowi absolutną gwarancję, że będzie On również tak kierował spra­wami, żebyś miał dokładnie tyle czasu, ile potrzeba, by uczynić swoje powołanie i wybranie pewnym«.

      I czyż to nie owa myśl zdawała się być kluczem i ideą przewodnią w życiu naszego drogiego brata? Miał zagwarantowane dokładnie tyle czasu, by uczynić swoje powołanie i wybranie pewnym, ale nie miał za­pewnione nic ponadto. Był pewien, że ma wystarczającą ilość czasu na dokończenie wszystkiego, co Pan mu powierzył, ale nie otrzymał pew­ności ani nawet przyrzeczenia co do tego, że będzie mieć czas, aby robić coś jeszcze; nie miał czasu, żeby próżnować, nie miał czasu do stracenia. Ci, co znali go w czasach jego pielgrzymowania, wiedzą, jak gorliwie się angażował, by wykorzystać każdy moment swego czasu ku czci i chwale Bożej oraz dla rozwijania swego własnego charakteru.

      Inny list był od brata J. H. Coylea, który dnia 4 lipca 1916 napisał:

      Chciałbym powiedzieć słowo na temat naszego drogiego brata Barto­na. Był on człowiekiem miłości – był miłujący i niezmiernie miły. Było mi szczególnie przyjemnie z nim przebywać w czasach, gdy dzieliłem z nim pokój; nigdy nie słyszałem, żeby narzekał, skarżył się lub wyglą­dał na zmartwionego życiowymi sprawami. Pewnego razu słyszałem, jak opowiadał, że kiedyś próbował po trzykroć wstać z łóżka i się ubrać, zanim mu się udało, a następnie był w stanie wygłosić, z pomocą Pana dobre, solidne kazanie. Miał wielki umysł i wielkie serce; „był jednym z najszlachetniejszych ludzi z natury, i to natura (nowa natura) uczyni­ła go nadzwyczaj dobrym”. Wspaniała była jego służba, wspaniała jego nagroda, niczym błyszcząca i świetlista gwiazda wysoko na niebiosach. Miał on siłę przekonywania i korzystał z niej mądrze i dobrze; zawsze wynajdował coś dobrego w ludziach, zwłaszcza w świętych – szlachet­ny budowniczy chrześcijańskiego charakteru. Wyróżniał się pokorą, ła­godnością i cierpliwością, a jednocześnie był ostoją siły i nieprzerwanej energii w służbie Mistrza. Można prawdziwie powiedzieć: „Czy nie wie­cie, że wódz, i to wielki, poległ dziś w Izraelu?” [2Sam. 3:38 NB].

Do tego dodajemy nasze: „Amen”.
Portland Area Bible Students, 2010