Lekcje z życia Mojżesza, sługi Bożego

      Konwencja Badaczy Pisma Świętego w Colorado Springs, Colorado, 17czerwca 1911.

      Odczuwałem wielką wdzięczność, że będę miał przywilej spotkać grono konwencyjne w jednym czy dwóch miejscach i ucieszyłem się, że nie będę musiał dzisiaj przemawiać, lecz jak pozostali – słuchać, co inni mają do powiedzenia; wygiąda jednak na to, że zaplanowano, abym miał swój mały udział w programie.

      Nasz tekst na dzisiejszy poranek znajduje się w 2 Księdze Mojżeszowej, w rozdziale drugim, pierwsze dziesięć wersetów. Pozwólcie, że przypomnę okoliczności, jakie doprowadziły do wydarzeń opisanych w tych słowach. Wszyscy pamiętamy, że Izraelici byli niewolnikami w ziemi egipskiej i że mimo ich niewoli Bóg im błogosławił, a Jego błogosławieństwo zamanifestowało się do pewnego stopnia w tym, że we wspaniały sposób rozmnożył On swój lud tak bardzo, że faraon i jego doradcy zaczęli dostrzegać w tym zagrożenie. Faraon zaczął rozumować tak: »Jeśli wybuchnie wojna między Egiptem a jakimś odległym narodem, Izraelici, zmęczeni niewolą i uciążliwą służbą, mogą przyłączyć się do wroga, a wówczas wrogie siły powiększą się o ogromną liczbę Izraelitów i z łatwością pokonają Egipt«. Pamiętamy, że faraon postanowił zmniejszyć ilość Izraelitów. Wydał w tym celu dekret, że każdy chłopiec ma zostać uśmiercony zaraz po urodzeniu. Bez wątpienia zamierzał utrzymać to w mocy aż do czasu, gdy liczba Izraelitów osiągnie taki poziom, że nie będzie już stanowić poważnego zagrożenia dla narodu egipskiego. I właśnie w tym czasie i w warunkach egzekwowania owego edyktu narodził się Mojżesz. Przejdźmy teraz do naszego tekstu.

      „A pewien mąż z rodu Lewiego poszedł i pojął za żonę córkę z rodu Lewiego. Kobieta ta poczęła i urodziła syna, a widząc, że jest piękny, ukrywała go przez trzy miesiące. A gdy nie mogła ukrywać go dłużej, sporządziła dla niego koszyk z trzciny i powlekła go żywicą i smołą, a włożywszy weń dziecko, położyła go w sitowiu na brzegu Nilu. Siostra zaś jego stanęła z daleka, aby wiedzieć, co się z nim stanie. I zeszła córka faraona, aby się kąpać w Nilu, a służące jej przechadzały się nad brzegiem Nilu. Gdy ujrzała koszyk w sitowiu, posłała swą służącą, aby go przyniosła. Gdy go otworzyła, zobaczyła dziecko, a był to chłopiec, który płakał. I ulitowała się nad nim, mówiąc: Jest to jedno z dzieci hebrajskich. Wtedy siostra jego rzekła do córki faraona: Czy mam pójść i zawołać ci kobietę, mamkę hebrajską, by ci karmiła to dziecko? I rzekła do niej córka faraona: Idź! Dziewczyna poszła i zawołała matkę dziecka. I rzekła do niej córka faraona: Zabierz to dziecko i wykarm mi je, a ja dam ci należną zapłatę. Wzięła więc kobieta dziecko i wykarmiła je. A gdy dziecko podrosło, przyprowadziła je do córki faraona; ta zaś miała go za syna. I nazwała go Mojżesz, mówiąc: Wyciągnęłam go zwody” [2 Mojż. 2:1-10 NB].

      Jedną z cudownych rzeczy, jakie uczyniła dla nas Prawda, jest ukazanie nam nieprzebranej głębi wszystkiego, co znajdujemy w Biblii. Kiedyś Biblia była dla nas książką, którą pojmowaliśmy powierzchownie, ale teraz jest zupełnie inaczej. Fragment, który odczytaliśmy, doskonale to obrazuje. Mógłby to być przedmiot stanowiący podstawę do lekcji wiary lub kazania na temat Boskiej opatrzności; moglibyśmy się mu przypatrzeć pod kątem jego symbolicznego znaczenia łub rozważyć w tym opisie postać Mojżesza jako obrazową bądź też podejść jeszcze z innego punktu widzenia i nauczyć się, w jaki sposób ludzkie skrajne położenie stanowi sposobność dla Boga; patrząc z jeszcze innej strony, wyciągnęlibyśmy lekcję praktyczną, ukazującą, wjaki sposób matka Mojżesza spełniła swoją rolę, posyłając córkę, by pilnowała dziecka i podsunęła pomysł córce faraona itd., zaś Pan pobłogosławił rezultat – także i wy, i ja musimy wykonywać swoją część, a wtedy Pan będzie błogosławił wyniki. Moglibyśmy podejść z jeszcze innej strony i zauważyć, jakie wspaniałe rezultaty Bóg wywodzi z zaledwie skromnych początków. Możemy odnotować, jak z takiego małego dziecka Bóg wzbudził wielkiego prawodawcę i wodza oraz wybawcę ludu Izraela. Moglibyśmy rozpatrzyć tę historię pod bardzo wieloma względami, ale nie zamierzamy jej rozpatrywać w żaden z powyższych sposobów. Mamy zamiar potraktować ją jako lekcję chrześcijańskiego poświęcenia. Chcemy zauważyć, w jaki sposób w tym nieznacznym incydencie zobrazowane jest nasze poświęcenie dla Pana i jak nasz związek z Panem wynika z naszego całkowitego poddania się Jego woli.

      Najpierw zwracamy uwagę, że gdy to dziecko się urodziło, wisiał nad nim wyrok śmierci. Pamiętacie, że dekret faraona głosił, iż każdy malutki chłopiec miał być wydany na śmierć i było tylko kwestią czasu, kiedy matka miała utracić swoje niemowlę. Drodzy przyjaciele, mamy świadomość, że wszyscy znajdowaliśmy się w podobnej sytuacji. Przyznajemy, że wyrok śmierci wisiał nad wszystkim, co posiadaliśmy, i było tylko kwestią czasu, a mieliśmy wszystko utracić. Kwestią czasu była utrata naszego zdrowia; jedynie kwestią czasu była utrata przez nas wzroku, słuchu, rozumu czy naszych ukochanych lub naszego domu czy atrakcyjnych posiadłości. Wiedzieliśmy, że gdy umrzemy, stracimy wszystko; nie wiedzieliśmy tylko, że znacznie szybciej możemy utracić niektóre z tych rzeczy. Pamiętamy jednak, że matka Mojżesza – wiedząc, iż straci swoje dziecko – była mimo to zdecydowana pozostać przy nim tak długo, jak tylko mogła; nie zamierzała odstąpić od syna wcześniej, niż było to absolutnie konieczne. My również tak postanowiliśmy. Zdecydowaliśmy, że chociaż mamy stracić życie, nie dopuścimy, by stało się to wcześniej, niż będzie konieczne. Naszym zamiarem było trzymanie się życia tak długo, jak się da. Zatrzymalibyśmy nasze zdrowie, nasz wzrok, nasz słuch tak długo, jak tylko się da. Nie opuścilibyśmy naszych najbliższych ani chwilę wcześniej, niż byłoby to konieczne. Trzymalibyśmy się swoich pieniędzy tak długo, jak to będzie możliwe. Itak jak matka Mojżesza, jesteśmy zdecydowani trzymać się tych rzeczy, które uważamy za cenne, tak długo, jak będziemy mogli. Jednak myśl, że wcześniej czy później miała ona stracić swoje dziecko, musiała rodzić ogromne cierpienie umysłu i wielki smutek serca. Tylko pomyślcie, co to dla niej oznaczało, gdy dzień po dniu taka troska ściskała jej serce: »Może to będzie ostatni dzień, gdy to maleństwo należy do mnie, możliwe, że tego dnia odkryją jego istnienie i oddadzą je na śmierć«. Mogę to sobie wyobrazić, jak w gorące dni, dusząc się niemalże, trzyma zamknięte drzwi i okna, ze strachu, że jeśli drzwi będą otwarte, ktoś może usłyszeć płacz dziecka, dziecko zostanie znalezione i pozbawią je życia. Mogę sobie wyobrazić, że gdy czasem usłyszała czyjeś kroki na zewnątrz, doprowadzało ją to do szaleństwa, bo bała się, że to żołnierz, który idzie przeszukać jej dom, a znalazłszy dziecko, przebije je mieczem. Pomyślcie, co matka ta musiała wycierpieć. Pomyślcie, przez co musiała przechodzić, gdy dzień po dniu myślała: »Być może jest to ostatni dzień, że mam swoje dziecko!«. Taka też była nasza sytuacja. Wiedzieliśmy, że to tylko kwestia czasu, a stracimy wszystko, co ma dla nas wartość; jaki smutek powodowało to w naszych sercach! Jak bardzo odbierało nam to pokój! Jak źle się czuliśmy, myśląc: »Może choroba mojego dziecka zakończy się śmiercią?!«. Jak bardzo przygnębiały nas myśli o tym, że »może dzisiaj stracę życie, może stracę zdrowie lub siły«. Jak podle czuliśmy się na myśl o utracie pieniędzy lub pożarze domu! Jak bardzo nas to gnębiło i jaką udrękę umysłu rodziło to w naszej głowie.

      Jednak pamiętamy, drodzy przyjaciele, że matka Mojżesza, zamierzając zatrzymać dziecko tak długo, jak się da, w stosownym czasie zdecydowała inaczej i postanowiła zrezygnować ze swego synka. Zdecydowała się je oddać. Zrobiła dla niego koszyk z trzciny i zostawiła dziecko w sitowiu na brzegu rzeki. Mogła zatrzymać je nieco dłużej; udawało jej się ukrywać je przez trzy miesiące i pewnie potrafiłaby ukrywać je przez kolejne trzy. Mogła zachować synka jeszcze na miesiąc albo przynajmniej na kilka dni, ale nie chciała czekać, aż syn zostanie jej zabrany, dobrowolnie z niego zrezygnowała i ułożyła w arce z sitowia na brzegu rzeki.

      My uczyniliśmy to samo – zanim faktycznie pozbawiono nas życia, zanim rzeczywiście je straciliśmy, zanim naprawdę odebrano nam wszystkie pieniądze, zanim straciliśmy wzrok, słuch czy rozum – zanim rzeczy te zostały nam zabrane, sami je oddaliśmy. Złożyliśmy je w arce pomiędzy zasłonami; złożyliśmy je na ofiarniczym ołtarzu. Tak jak matka Mojżesza mogła zatrzymać swoje dziecko trochę dłużej, tak i my mogliśmy nieco dłużej zatrzymać owe rzeczy. Mogliśmy dłużej zatrzymać życie. Mogliśmy trochę dłużej zachować nasze pieniądze, zdrowie, siły; wzrok czy słuch. Ale tak jak tamta matka nie chciała czekać, aż rzeczywiście zabiorą jej dziecko, lecz je poświęciła i oddała, tak i my nie chcemy czekać, aż wszystko zostanie nam naprawdę odebrane. Kładziemy to na ołtarzu. Pozbywamy się tego. Składamy w ofierze poświęcenia naszemu Bogu. Zauważcie jednak, że gdy matka oddawała swoje dziecko, nie wiedziała, jakie będą tego skutki. W znacznej mierze uczyniła krok w nieznane. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek odzyska dziecko. Nie wiedziała, jakie będą skutki, ale bez względu na wszystko chciała zaryzykować.

      Tak też, drodzy przyjaciele, gdy wy i ja poświęciliśmy wszystko w Pańskiej służbie, gdy naszego „Mojżesza” położyliśmy w arce z sitowia, nie wiedzieliśmy dokładnie, co to będzie oznaczać. Uczyniliśmy krok w nieznane. Wiem, że gdy poświęciłem swoje życie Panu, nie rozumiałem wszystkiego, co to ze sobą niesie. Wiedziałem, że oznacza to po prostu poddanie wszystkiego pod wolę Ojca, ale co to obejmowało, zupełnie nie miałem pojęcia; jak to wpłynie na moje przyszłe życie i jak odbije się na moich ziemskich perspektywach, jak narazi na szwank moje ziemskie przyjaźnie i ambicje itd. – nie wiedziałem i było to naprawdę pójście w nieznane.

      Myślę, drodzy przyjaciele, że przyłączenie się do Kościoła Chrystusowego, poświęcenie swego życia służbie Pańskiej jest bardzo podobne do stania się członkiem jednej z tych tajnych organizacji. Znajomy podchodzi do przyjaciela i mówi: »Dlaczego nie wstąpisz do masonów albo Old Fellows? Chcę zaproponować twoje nazwisko. Nie chciałbyś zostać członkiem tej organizacji?«. Ten odpowiada: »Tak, chciałbym; możesz mnie zgłosić«. Cóż, nie wie on, drodzy przyjaciele, co oznacza wstąpienie do organizacji. Człowiek, który przyłącza się do masonów, nie wie, jakiego rodzaju zobowiązania będzie musiał na siebie wziąć. Nie wie, jak odmieni to jego życie. Nie wie, co dzieje się za tymi drzwiami, które są zawsze zamknięte dla wszystkich z wyjątkiem wtajemniczonych. On nie wie, co to znaczy, ale wie, że musi być dobrze, bo ma zaufanie do przyjaciela, który już do tej organizacji należy, i zamierza uczynić ten krok w nieznane. Jest gotowy podporządkować się wszystkim wymaganiom tej organizacji, zanim się tak naprawdę dowie, jakie one są. Tak samo jest, gdy wy i ja poświęcamy swoje życie Pańskiej służbie. Nie wiemy, czego dokładnie Pan będzie od nas oczekiwać. Pewne sprawy są nam wiadome. Wiemy do pewnego stopnia, czego to będzie wymagać, ale o szczegółach wiemy niewiele. Ale oto ważna myśl: Pokładamy taką ufność w naszym Niebiańskim Ojcu, że wiemy, iż wszystko będzie w porządku. Wiemy, że nie zaproponowałby On niczego, co nie jest dobre i dlatego jesteśmy gotowi uczynić ten krok, ufając Mu i wierząc, że wszystko będzie dobrze, gdy staniemy się członkami tajnej organizacji, gdy staniemy się członkami Kościoła Chrystusowego.

      Widzimy, że tak jak matka Mojżesza nie wiedziała dokładnie, co się stanie, gdy odda swe dziecko – miała pewne wyobrażenia w swym umyśle, ale w jakim stopniu się one urzeczywistnią, mogła tylko przypuszczać, nie mogła wiedzieć. Była gotowa podjąć ryzyko. Itak jest też z nami. Gdy poświęciliśmy się Pańskiej służbie, nie znaliśmy dokładnie wszystkich szczegółów odnośnie tego, co to oznacza, ale byliśmy gotowi podjąć ryzyko, mieliśmy chęć zrobić ten krok. Wiedzieliśmy, że wszystko będzie dobrze, ponieważ Bóg na to wskazał.

      Zauważcie, że gdy matka Mojżesza go oddała, otrzymała go później z powrotem. Zaraz go jej zwrócono. Moglibyście pójść do jej domu nazajutrz po tym, jak położyła synka w koszyku z sitowia, a znaleźlibyście tam jej dziecko. Wciąż tam było. Było tam, chociaż je oddała. Również z nami tak jest, drodzy przyjaciele. Gdy wy i ja poświęciliśmy się Panu, oddaliśmy Mu wszystko, ale jednak to mamy. Oddaliśmy Mu nasze ręce i nogi, a jednak je mamy. Oddaliśmy Mu nasz wzroki słuch, ale mimo to je mamy; oddaliśmy Panu nasz umysł, a jednak nadal go posiadamy; oddaliśmy Panu nasze języki i usta, a mimo to mamy je; oddaliśmy Panu swoje pieniądze, ale mamy ich jeszcze trochę; oddaliśmy Panu swoich bliskich, a mimo to wciąż ich mamy; oddaliśmy Panu wszystko, co posiadamy, ale nadal to mamy.

      Zauważcie wszakże, że gdy matka Mojżesza dostała swoje dziecko z powrotem, nie należało już ono do niej; było królewską własnością, było w królewskim posiadaniu. Gdy więc wy i ja dostajemy po poświęceniu wszystko, co oddaliśmy, dłużej to do nas nie należy, staje się własnością królewską i jest w królewskim posiadaniu; nie w posiadaniu faraona i jego córki, lecz wielkiego Króla królów i Pana panów. Itak jak matka Mojżesza mogła od owego dnia spoglądać na tamto dziecko i mówić: »Kiedyś było ono moje, ale już nie jest; teraz dziecko to należy do córki faraona, należy do rodziny królewskiej, a ja jestem tylko jego mamką, jedynie mi je powierzono« – tak i my: patrzymy na wszystko, co posiadaliśmy i mówimy jak niegdyś matka Mojżesza: »Był czas, gdy używałem tych rąk dla siebie, ale teraz należą one do Króla; swego czasu pieniądze te były moje, ale teraz należą do Króla; był czas, że te stopy były moje, ale teraz należą do Króla; swego czasu mój umysł, mój wzrok, mój słuch, mój język należały do mnie, ale teraz należą do Niego«. Wszystko oddaliśmy Jemu I jesteśmy jedynie sługami, którym powierzono te wszystkie rzeczy.

      Przekonujemy się, iż matka Mojżesza musiała nie tylko mieć na uwadze to, że jest jedynie sługą, że to dziecko jej jedynie powierzono i że jest ono w królewskim posiadaniu, ale ponadto nie mogła odtąd postępować z tym dzieckiem we własny sposób, lecz musiała słuchać rozkazów z pałacu. Kiedyś to ona zwykła była określać, jak dziecko ma być ubrane, jak ma być karmione, ona decydowała, co zrobić, gdy dziecko zachorowało, ale teraz było inaczej. Teraz nie miała już żadnego prawa, by powiedzieć, co należy zrobić dla tego dziecka, miała bowiem nakazy z pałacu. Określały one, jak ma dziecko ubierać, jak się nim zajmować i jej obowiązkiem było ich słuchać.

      Tak też jest i z nami. Poświęciwszy wszystko na służbę Panu, położywszy wszystko na ofiarniczym ołtarzu, otrzymujemy obecnie nakazy z pałacu. Dzień po dniu dostajemy rozkazy od wielkiego Króla. On nam rozkazuje i mówi, jak żyć. Posyła nam nakazy dotyczące tego, co mają czynić nasze ręce i dokąd mają chodzić nasze nogi. On przesyła nam polecenia odnośnie tego, co mają mówić nasze języki i wargi, daje rozkaz, co ma myśleć nasz rozum. Wydaje rozkazy, na co przeznaczać pieniądze oraz wskazuje, jak powinniśmy wykorzystywać nasz czas. I tak jak matka Mojżesza dzień po dniu musiała słuchać tych nakazów, jakie przychodziły z pałacu, podobnie wy i ja dzień po dniu musimy być posłuszni rozkazom przychodzącym od naszego Pana, z pałacu wielkiego Króla.

      Jak otrzymujemy te rozkazy? Poprzez Jego Słowo. Pamiętacie, jak stwierdza ono: „Według rady swej prowadź mię” [Psalm 73:24]. To Boskie Słowo prawdy dostarcza rozkazów z pałacu, a znajdziecie instrukcje z pałacu wielkiego Króla dotyczące nawet tego, co macie myśleć. W czwartym rozdziale Listu do Filipian powiedziane jest bowiem: „Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały” [Filip. 4:8 NB]. Dostaliśmy królewski nakaz odnośnie tego, jak mamy myśleć. Otrzymaliśmy królewskie nakazy dotyczące tego, co mamy jeść i pić: „Przetoż lub jecie lub pijecie, lub cokolwiek czynicie, wszystko ku chwale Bożej czyńcie” [1 Kor. 10:31].

      Następnie pojawia się inna kwestia. Matka Mojżesza dostawała nakazy określające, co należy zrobić dla dziecka, ale nakazy te zawierały w sobie pewną dozę mądrości znacznie przekraczającej tę, którą posiadała kobieta. W normalnych okolicznościach, gdyby dziecko zachorowało, matka od razu by wiedziała, co będzie dla niego najlepsze. W owych dniach ludzie tak biedni jak ci niewolnicy w Egipcie nie mogli liczyć na opiekę lekarską, w odróżnieniu od biednych ludzi dzisiejszej doby. Skutek był taki, że gdy przydarzyła się choroba, sami musieli wiedzieć, jak sobie poradzić, co najlepiej posłuży, a w najlepszym razie – mogli zasięgnąć porady u sąsiadów. Teraz było inaczej. Gdy dziecko było chore, z pałacu przychodziło polecenie, co należy zrobić, a wskazówki te pochodziły od najmądrzejszych lekarzy w egipskim kraju. O ileż mądrzejsze były owe pomysły pochodzące z pałacu od tych, które znajdowały się w matczynej głowie.

      I tak samo jest z nami. Uznajemy, że poświęciwszy nasze życie Pańskiej służbie, dostajemy rozkazy od wielkiego Króla; dostajemy rozkazy z pałacu; o ile więcej mądrości mieści się w tych nakazach z pałacu niebiańskiego Króla, niż wy czy ja moglibyśmy kiedykolwiek posiadać. Wiecie, to wydaje się niesamowite, że Bóg, który uczynił ten wszechświat, jest Bogiem, który kieruje waszym i moim postępowaniem! Czyż nie jest to cudowne?! Przede wszystkim przestaliśmy pokładać ufność w samych sobie, a zaufaliśmy Jemu! Pamiętam, że jakiś czas temu myślałem: Ja żyję tu zaledwie kilka lat – tylko kilka krótkich lat. On natomiast żyje przez całą wieczność; żyje od niezliczonych, niekończących się wieków w przeszłości, ów wielki Ojciec w niebiosach. W ciągu tych kilku lat, jakie przeżyłem, nie uczyniłem nic wielkiego. Największa rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem, jest mała i zupełnie bez znaczenia, gdy tymczasem On dokonał w ciągu tych niezliczonych wieków wspaniałych rzeczy; uczynił cudowne rzeczy. Stworzył słońca, księżyce i gwiazdy, stworzył góry itd. I dalej rozmyślałem, że przez te kilka lat, jakie przeżyłem, nigdy nie zrobiłem niczego wielkiego; wszystko, co robiłem, było nieznaczne i ani jednej rzeczy nie zrobiłem dobrze. Nie mogę sobie przypomnieć ani jednej rzeczy, z której po zrobieniu byłbym zadowolony – ani jednej. Mam tego świadomość nawet w odniesieniu do bardzo prostych spraw. Zastanawiałem się nad tym niedawno i przyszła mi do głowy taka myśl: Dlaczego nie potrafisz nawet dobrze zaostrzyć ołówka? Staram się jak mogę, a itak wychodzi mi byle jak. Załóżmy, że obejrzę go pod mikroskopem – będzie wyglądał jak koniec kija od miotły. Potem pomyślałem o sposobie, w jaki Bóg urnie wszystko zaostrzyć. Popatrzcie na ciernie; te są zaostrzone! Sprawdźcie pod mikroskopem – pod nim wyglądają tak sarno ostro. Żadna ludzka istota nie potrafiłaby tak naostrzyć igły, jak Bóg ostrzy ciernie. Połóżcie pod mikroskop najcieńszą z igieł, jakie uczynił człowiek, a przekonacie się, że jest tępo zakończona, ale weźcie pewien specjalny rodzaj cierni, które stworzył Bóg, a będą ostro zakończone, choćbyście wielokrotnie powiększyli obraz.

      Co to oznacza? Ze nie mogę sobie ufać; że obawiam się o siebie; boję się sam kierować swoim postępowaniem; jestem pewny, że popełnię błędy. Pomyślałem sobie: Gdybym tylko znalazł jakąś istotę, która byłaby zdolna powiedzieć mi, co zrobić, nawet jeśli powiedziałaby mi rzeczy, które byłyby całkiem przeciwne względem moich najlepszych osądów – uczyniłbym tak, jak mi powiedziała, gdyż nie ufam swoim osądom. A to właśnie robi nasz Niebiański Ojciec. W swoim Słowie zawarł wskazówki. Jak matka Mojżesza otrzymywała rozkazy z pałacu faraona, tak my otrzymujemy nasze rozkazy z pałacu Boga. Dlatego, gdy znajduję w Słowie Bożym doradę, to nawet jeśli jest ona przeciwna moim najlepszym osądom, jeśli znajdowane tam sugestie zdają się być niespójne z tym, co ja uważałbym za najlepsze, zamierzam postąpić według tych sugestii i zastosować się do danej rady, ponieważ mam do niej więcej zaufania niż do tego, co wymyśliłbym sam.

      Następnie mamy tutaj na uwadze jeszcze inną lekcję. Matka Mojżesza nie tylko otrzymywała polecenia z pałacu, lecz wraz z nimi zawsze dostawała środki na ich wykonanie. Wyobrażam sobie, że czasem przychodziło polecenie, by dziecko ubrać w jedwab, ona zaś nigdy nie mogłaby sobie pozwolić na taki materiał; gdy więc przychodził taki rozkaz, dostawała też tkaninę na ubranie dla dziecka lub przynajmniej pieniądze na zakup materiału.

      Tak samo jest i z nami: Pan nigdy nie daje nam po prostu poleceń, ale też sprawia, że ich wykonanie przez nas jest możliwe. Poeta wyraził to następująco:

„Pan nie da nam nic do wykonania,
jeśli nie da też siły do zdziałania”:

      Jeśli Pan zdaje się sugerować ci wykonanie jakiejś rzeczy, a ty uważasz, że jest to dla ciebie niemożliwe i sądzisz, że środki do przeprowadzenia danej sprawy są całkowicie poza twoim zasiągiem, wówczas możesz być pewny, że źle zrozumiałeś Pańską wolę. Pan nigdy nie udziela swoim dzieciom nierozsądnych wskazówek.

      Mamy też tutaj inną lekcję. Matka Mojżesza nie tylko dostała z powrotem swoje dziecko, nie tylko się przekonała, że nie należy już ono do niej, lecz do córki faraona, nie tylko dzień po dniu otrzymywała polecenia z pałacu odnośnie tego, co ma być zrobione dla dziecka, ale ponadto uświadomiła sobie, że teraz jej dziecko jest pod królewską protekcją. Odnotowaliśmy już, że wkładając dziecko do koszyka z sitowia, musiała niemalże odchodzić od zmysłów na myśl, że jest to może ostatni dzień, gdy widzi małego; dziecko mogło jej zostać właśnie tego dnia odebrane! Pomyślcie, co wycierpiała i przez co przechodziła! Ale oto jak bardzo sytuacja się zmieniła – teraz dziecko to osłaniała protekcja faraona. Sądzę, że teraz drzwi i okna w jej domu były pootwierane i nie martwiła się, gdy dziecko zapłakało. Wcale bym się nie zdziwił, jeśliby teraz podchodziła z płaczącym dzieckiem bliżej drzwi i kładła je tam, gdzie każdy mógł je usłyszeć, a jeśli nadszedłby żołnierz, mówiłaby: »Nie waż się go dotknąć; to jest adoptowany syn córki faraona!«. Jaką to robiło różnicę! Dziecko znajdowało się pod królewską pieczą!

      My także; poświęciwszy swoje życie królewskiej służbie, włożyliśmy „Mojżesza” do arki z sitowia, wszystko, co oddaliśmy Panu, jest teraz pod królewską protekcją. Jaki to jest rodzaj protekcji? Jest to Boska protekcja. Odtąd uważamy, że nasze zdrowie jest pod Boską ochroną, nasze życie jest pod Boską ochroną, nasz wzrok i słuch są pod Boską ochroną i nasz rozum jest pod Boską ochroną, jak i nasi najbliżsi, nasze pieniądze i nasz dom – wszystko jest pod Boską ochroną. Boska ochrona rozciąga się wokół wszystkich poświęconych dzieci Bożych, a wcześniej tak nie było. Czy naprawdę tak jest, zapytacie, i dlaczego? Naprawdę. Czyż Pismo Swięte nie mówi, że mamy wszystko staranie nasze wrzucić na Niego, gdyż On ma pieczę o nas [1 Piotra 5:7]? Zawsze bardziej mi się podobały te słowa po grecku, w wersji: „Wszelką troskę swoją złóżcie na niego, gdyż On ma o was staranie” [NBJ. Chodzi o to, że jeśli wszystko poświęciliśmy Panu, wszystko jest Jego i Pan nie zamierza zlekceważyć żadnej rzeczy, którą Mu powierzyliście – ani jednej. Jest różnica między Panam a wami, jest też różnica między Panem i mną. Pan udzielił mi bardzo wielu prawd, a ja zlekceważyłem niektóre z nich, jak sądzę. Dał mi możliwości, a ja nie dostrzegłem niektórych. Natomiast, jeśli wy poświęciliście coś Panu – nie ma znaczenia, co to było – On tego nie zlekceważy i nie pominie, tak jak wy i ja nie zważaliśmy czasem i pomijaliśmy to, co On powierzył nam. Jeśli poświęciliście Mu wszystko, co mieliście, On będzie miał te rzeczy na uwadze i zajmie się nimi, a wokół nich rozciągać się będzie Jego królewska protekcja.

      Nie chcę, żebyśmy wyciągnęli z tego taki wniosek, że jeśli jesteśmy poświęconymi dziećmi Boga, to nigdy nie zgubimy pieniędzy lub też nie stracimy zdrowia, a nasi bliscy nigdy nie umrą. Nie taka jest myśl. Chodzi o to, że jeśli jesteście poświęconymi dziećmi Boga, wasi najukochańsi umrą tak samo, jak naprawdę umierają bliscy innych ludzi; zgubicie swoje pieniądze, jak gubią je inni ludzie, ale różnica polega na tym, że jeśli człowiek nie jest poświęconym dzieckiem Bożym, to gdy umiera jego dziecko, to jest to kwestią przypadku; natomiast jeśli jesteś poświęconym dzieckiem Bożym, to gdy umrze twoje dziecko, nie będzie to kwestią przypadku – nie jest tak, że Bóg wezwał twoje dziecko, by umarło, lecz chodzi o to, że Król nie zezwoliłby na śmierć twojego dziecka, gdyby nie widział, że tak było lepiej. On mógł to zobaczyć, że tak było naprawdę najlepiej ze względu na ciebie i twoją rodzinę – zezwolić na takie trudne doświadczenia, ale nie były one przypadkiem, były opatrznościowe. Pan mógł zezwolić na to, że straciłeś swoje pieniądze, ale nie dopuściłby tego, gdyby nie zobaczył, że takie doświadczenie było dla ciebie najlepsze. Pan może dopuścić, że twój dom spłonie, ale nie dozwoliłby na to, gdyby nie widział, iż tak jest dla ciebie lepiej. Jest tak, jak stwierdza Salomon: „Błogosławieństwo Pańskie ubogaca, anie przynosi z sobą utrapienia” [Przyp. 10:22]. Nie znaczy to, że nie będziecie mieć żadnych utrapień, lecz oznacza, że Pan nie przyda wam żadnych utrapień, które by się nie przyczyniły do wzbogacenia was.

      Widzimy więc, że patrząc z boku, nie wydaje się, jakoby dziecko Boże miało jakąkolwiek przewagę w stosunku do ludzi ze świata. Wydaje się, że dziecko Boże napotyka na dokładnie takie same przeciwności, a jego życie przebiega w myśl zasady przypadkowości dokładnie tak samo jak życie człowieka światowego, ale gdy popatrzymy oczyma wiary, sprawa przedstawia się inaczej. Bóg stoi za sprawami życia swoich poświęconych. Naprawdę uważam, drodzy przyjaciele, że rzeczy mają się dokładnie tak, jak układają się w sposób naturalny. Jest dom, w którym zachoruje dziecko i lekarz ciągle tam zagląda; a oto dom, w którym również ktoś jest chory, ale lekarz tam nie zachodzi. Dlaczego idzie do tego domu, a do tamtego nie? Przyczyna jest po prostu następująca: jedna rodzina oddała się pod opiekę lekarza, a druga nie. I tak samo jest obecnie z ludźmi na ziemi. Jest klasa tych, którzy powierzyli się opiece Pana oraz klasa tych, którzy tego nie uczynili. Tym, którzy powierzyli się Jego opiece, Pan nie gwarantuje, że będą wolni od prób lub że ich życie będzie spokojne, nie daje im gwarancji co do tego, jak długo będą żyć ich najbliżsi albo jakie przytrafią się im nieszczęścia – gwarantuje po prostu każdemu, że wszystkie sprawy w ich życiu, a zatem wszystko będzie współdziałać dla dobra tych, którzy kochają Boga i którzy są powołani zgodnie z Jego zamierzeniem.

      Dalej mamy jeszcze inną lekcję, jaką czerpiemy z matki Mojżesza. Pomyślcie, jak chodzi po domu, śmiejąc się i śpiewając! Jaka nastąpiła odmiana! Tak samo jest z nami: złożywszy naszego „Mojżesza w arce z sitowia” na ołtarzu, złożywszy wszystko na ołtarzu ofiarniczym, doświadczyliśmy wielkiej odmiany! Jaka radość wypełniła nasze serca! Poznaliśmy pokój, którego świat ani nie może dać, ani nie może zabrać – pokój, który przewyższa wszelki rozum; pokój, o którym prorok mówi: „Temu, którego umysł jest stały, zachowujesz pokój” [Izaj. 26:3 NR].

      A oto kolejna lekcja. Zwróćcie uwagę, co córka faraona powiedziała do owej matki: „Zabierz to dziecko i wykarm mi je, a ja dam ci należną zapłatę” [2Mojż. 2:9 NB]. Wydaje mi się, że była to jedyna matka, która kiedykolwiek dostała zapłatę za wykarmienie własnego dziecka. Nie wątpię, że chętnie by to uczyniła bez zapłaty, ale tym razem miała zostać nagrodzona za zrobienie tego; miała dostawać zapłatę za posiadanie dziecka pod królewską protekcją. Sądzę, że gdyby miała milion dolarów i poszła do faraona, mówiąc: »Zobacz, zapłacę ci milion dolarów, jeśli zapewnisz protekcję memu dziecku i zdejmiesz z niego edykt, jaki obejmuje małych izraelskich chłopców«, faraon odrzuciłby jej ofertę. Jaką opiekę zapewniłby za dar tego rodzaju! A jednak, drodzy przyjaciele, tutaj to nie matka płaci za protekcję nad jej dzieckiem, lecz ona sama otrzymuje zapłatę za to, by pozwolić faraonowi sprawować królewską ochronę nad jej dzieckiem, to jej płacą za pozwolenie, by dziecko było ubierane w lepsze niż kiedykolwiek ubrania, by na wypadek choroby mogło korzystać z opieki najlepszych w kraju lekarzy, jak też za to, by mógł być zdjęty z jej serca ów ciężar i żeby mogła być szczęśliwa. Nie sądzę, by kiedykolwiek ktoś otrzymał zapłatę za takie rzeczy, za jakie zapłacono tamtej matce.

      Tak samo odbywa się to w naszym przypadku: gdy poświęcamy wszystko na rzecz Pańskiej służby, składając wszystko na ofiarniczym ołtarzu, Pan nas wynagradza. Za co? Przecież płaci nam za posiadanie lepszych nadziei niż inni. Płaci za udział w radości i pokoju, jakich świat ani nie może dać, ani zabrać. Płaci za słuchanie o sprawach, które wnoszą więcej szczęścia do naszych serc, niż mogłoby to sprawić cokolwiek innego. Jakże wspaniałe jest to wynagrodzenie! Czym ono jest? Nie odnosi się do przyszłych błogosławieństw za zasłoną, lecz do tego, co wy i ja otrzymujemy już dziś. Pamiętacie, jak Pismo Święte stwierdza: „Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne” [Jan 4:36 BT]. Zapłatę ową otrzymujemy tu i teraz.

      Pamiętacie, że gdy Bóg dał Zakon ludowi Izraela, jedno z tych szczególnych praw głosiło, że jeśli będą zatrudniać robotnika, nie powinni zatrzymywać zapłaty do rana, lecz mają mu płacić codziennie, przed zachodem słońca. Nie mogli wypłacać zarobku swoim najemnikom raz w tygodniu, jak my robimy to obecnie; mieli im wypłacać wynagrodzenie przed końcem każdego dnia. Dlaczego Pan określił to tak precyzyjnie? Ponieważ w tym, jak w innych względach pragnął, żeby Izrael pełnił rolę narodu obrazowego, gdyż Bóg chciał, abyśmy widzieli, że nie każe nam On czekać na zapłatę do poranku zmartwychwstania, lecz wynagradza nas tu i teraz, zanim zaj – dzie słońce naszego życia. Co stanowi tę zapłatę? Jest to zupełne zadośćuczynienie za wykonaną służbę. Czy Pan płaci nam pełną równowartość usług, jakie wykonujemy dla Niego dzisiaj? Zaiste, tak. W jaki sposób daje nam tę zapłatę? Przecież wspaniałe prawdy, jakie nam dzisiaj objawia, są częścią tego wynagrodzenia. Tak jak apostoł Paweł napisał w trzecim rozdziale Listu do Filipian – że wszystko poczytał sobie za szkodę dla zacności znajomości Chrystusa Jezusa, swego Pana [Filip. 3:8]. Chodzi o to, że właśnie owa zacna znajomość była zapłatą i pełnym ekwiwalentem za wszelkie koszty, jakie apostoł Paweł poniósł w służbie dla swojego Mistrza.

      Drodzy przyjaciele, sądzę, że my wszyscy powinniśmy stwierdzić to samo. Powiem wam, że Pan wynagradza mnie już od około osiemnastu lat. Nigdy nie chciałem pracować dla kogoś innego – po tym, czego doświadczyłem. Czasem wydaje się, że Pan daje mi jakąś niewielką służbę dla Niego i gdy tylko ją rozpocznę, On już się zjawia i mi płaci. Ledwie zacząłem pracować, a Pan już okazuje wielkość swego serca, płacąc mitu i tam. A czasem wydaje się, jakoby Pan już po piętnastu minutach zapominał, że już mi zapłacił i płaci ponownie. Czasem po kilku minutach wynagradza mnie po raz trzeci. I nie potrafię nawet powiedzieć, ileż to razy Pan ciągle na nowo mi odpłaca. To pokazuje, że Pan dotrzymuje słowa. Przekonujemy się, że w cudowny sposób dochowuje swych obietnic. Jak Kiedyś zwróciłem na to uwagę jednego brata. Rozmawialiśmy o Pańskich obietnicach, siedząc przy obiedzie. Powiedziałem: Oto, proszę brata, mamy przykład, w jaki sposób Pan dochowuje obietnicy. Przy pewnej okazji stwierdził On, jak pamiętasz, że „chleb jego dany mu będzie, wody jego nie ustaną” [Izaj. 33:16]. Czy Pan dochowuje tej obietnicy? Tak. Oto na talerzu znajduje się chleb, w dzbanie jest woda, a zatem Pan dał ci wodę i chleb, jak obiecał. A teraz popatrz tutaj: mamy masło do posmarowania chleba; On nie mówił nic o maśle, nieprawdaż? Masło dorzucił ekstra. A tutaj trochę dżemu, żebyś nałożył sobie na masło. On nie powiedział: chleb i masło, i dżem; powiedział tylko o chlebie, ale masło i dżem dorzucił. Jest też pieczona wołowina, którą dorzucił do masła; widzę ponadto ziemniaki – te również są ekstra; dalej fasola, również dorzucona, a ty masz jeszcze groszek, także ekstra. Widzę też talerz z burakami, a więc je również dołożył ekstra, jest trochę ciasta i kawa, a tego nam nie obiecywał, więc również dorzucił ekstra. Popatrz, jak dochował obietnicy! Powiedział „chleb i woda” ale miał na myśli: chleb, wodę, masło, dżem, wołowinę, ziemniaki, groch, buraki, ciasto i kawę. W taki to właśnie sposób Bóg dochowuje swych obietnic. Czy nie uważasz, że powinniśmy mieć olbrzymią wiarę, skoro mamy do czynienia z takim jak On Bogiem? Sądzę, że nasza wiara powinna być wprost niezachwiana. Powinniśmy mieć wiarę, której nic nie wzruszy, skoro sobie uzmysławiamy, że możemy ją oprzeć na takim Bogu, który dochowuje wierności przymierzu.

      Jestem pewny, drodzy przyjaciele, że przykłady tego mamy codziennie. Ja miałem tego przykład dzisiaj rano. Gdy wysiadałem z tego specjalnego pociągu i przechodząc przez wagony, rozmawiałem z pewnym bratem, powiedziałem mu o sprawach, które niezwykłe mnie poruszały. Rzekłem: Bracie, jesteś tutaj, podobnie jak przynajmniej trzydzieści czy czterdzieści innych osób w tym pociągu, dla których, jak sądzę, ogromny problem przedstawiał wydatek 25 dolarów, i nie wiem, skąd wzięli pieniądze na tę podróż, a jednak jakoś ją opłacili. Przypuszczam, że każdy mógłby opowiedzieć jakąś wspaniałą historię o tym, w jaki sposób Pan to umożliwił. To nam pokazuje, czego może dokonać Boża łaska i jak powinniśmy się wstydzić, jeśli doświadczywszy czegoś takiego, nie mielibyśmy więcej wiary. Wydaje mi się, że powinniśmy mieć takiego ducha, który nie zawahałby się przed żadną przeszkodą, który by się nie zachwiał i nie zadrżał w obliczu żadnej trudności lub próby, jaka mogłaby nas dotknąć; mamy bowiem świadomość, że więcej znaczy ten, który jest za nami, niż ci wszyscy, którzy mogą być przeciwko nam.

      A zatem, drodzy przyjaciele, cieszę się, że Pan nas wynagradza. Wiem, że wielu z was wyruszyło w tę konwencyjną podróż i jestem pewien, że jest ona dla was ogromną przyjemnością. A Pan was wynagrodzi za to, że przyjechaliście. Wiem, że Pan daje mi zapłatę za spełnianie usługi pielgrzyma. Doprawdy, gdybym miał dziesięć milionów dolarów, daję wam słowo honoru, że z radością oddałbym te dziesięć milionów za przywilej, jaki był mi udzielony przez ostatnie dziesięć lat w służbie pielgrzyma. Zamiast zapłaty dziesięciu milionów dolarów za ten przywilej, Pan płaci mi za zaangażowanie w tej pracy.

      Myślę, że raduje nas to, iż Pan wynagradza nas dzień po dniu. Ale to nie wszystko. Cieszymy się z zapłaty, jaką dostajemy dzisiaj, ale pomyślcie, co nas jeszcze czeka! Pomyślcie o chwale, czci i nieśmiertelności, jakie czekają nas za zasłoną! Gdy myślimy o obecnych błogosławieństwach, nawet jeśli związane są z mniejszymi lub większymi próbami i gdy pomyślimy o przyszłych błogosławieństwach, którym nie będą już towarzyszyć żadne doświadczenia, wówczas wydaje nam się, że wszystkie sprawy tego świata bledną i zdają się nie mieć znaczenia. Powinniśmy przyznać jak kaznodzieja: „Marność nad marnościami, i wszystko marność”, w porównaniu z tym, na co mamy nadzieję. Niech to nas ożywi i pobudzi do większej wierności, która przezwycięży wszelką przeszkodę na naszej drodze oraz ostatecznie uczyni nas zwycięzcami przez tego, który nas umiłował.

      Pamiętajcie jednak, że w Egipcie wiele izraelskich matek nie włożyło swoich niemowląt do arki z sitowia. Była tylko jedna matka, która to zrobiła; inne nadal chodziły ze zbolałym sercem. One wciąż drżały ze strachu przed utratą swoich najdroższych. Tylko jedna matka naprawdę odważyła się oddać swoje dziecko i otrzymała błogosławieństwo. Również na świecie wiele jest klas ludzi i wciąż noszą oni brzemię w swym sercu, ciągle chodzą przepełnieni troską, gdyż nie wiedzą tego, co niektórzy z nas, ale jedna klasa korzysta z przywileju złożenia swojego „Mojżesza” w koszyku z sitowia. Jakże jesteśmy wdzięczni za wszystkie błogosławieństwa, jakie nas spotykają! A mamy świadomość, że czeka nas więcej błogosławieństw, gdy do końca przemierzymy pozostałą część wąskiej drogi. Wówczas nadejdzie czas rzeczy najlepszych ze wszystkich!

      Convention Report oraz St. Paul Enterprise, 31 października 1916