Korzyści z chrześcijańskiej społeczności
Konwencja Badaczy Pisma Świętego w Mountain Lake Park, Maryland, sobota, 9 września 1911.
Werset na dzisiejsze popołudnie znsię w Hebr. 10:25: „Nie opuszczając społecznego zgromadzenia naszego, jako niektórzy obyczaj mają, ale napominając jedni drugich, a to tym więcej, im więcej widzicie, iż się on dzień przybliża”
Jest to „dzień Królestwa” [motto dnia konwencji] i temat, który obraliśmy, ma bardzo żywe odniesienie do zagadnienia Królestwa. Gdy nasz Ojciec Niebieski powołał do istnienia pierwsze ze swych inteligentnych stworzeń, przywiódł do istnienia także swoje królestwo – Królestwo Boże. Wcześniej w całym wszechświecie nie było ani jednej duszy, która mogłaby poważać Boga jako króla; nie było też w całym wszechświecie nikogo, kogo Bóg postrzegałby jako swego poddanego. Bóg nie miał jeszcze wtedy królestwa; nadzorował nieograniczoną przestrzeń, jaką stanowi nasz wszechświat, ale nie było żadnych poddanych. To, co zasadnicze dla królestwa, jeszcze nie nastało, ale gdy Bóg przywiódł do istnienia swego pierworodnego, Królestwo Boże miało swój początek. Swym zakresem obejmowało cały kosmos, a podwładnym była owa jedyna powołana do życia istota.
Powołanie do istnienia miriad aniołów oznaczało dalszy wzrost liczby poddanych wielkiego Bożego Królestwa, a gdy w końcu została stworzona Ziemia, oznaczało to po prostu ulepszenie części Boskich sfer zasięgu. Gdy został stworzony człowiek, oznaczało to zapoczątkowanie i egzystencję nowego gatunku poddanych, aby poważali wielkiego Stworzyciela i Króla. Wszyscy pamiętamy, jak sześć tysięcy lat temu miał miejsce spisek pośród poddanych tego wspaniałego Króla. Pamiętamy, jak jeden z anielskich podwładnych zbuntował się i wystąpił przeciwko Temu, który był odpowiedzialny za jego egzystencję. Pamiętacie, w jaki sposób ów spisek rozciągnął się również na członków naszej rasy, czego skutkiem było wystąpienie przeciwko autorytetowi Wszechmocnego. Jesteśmy całkowicie przekonani, że Boska moc mogła natychmiast zdusić ten bunt przeciwko Jego prawu, ale dla jakiejś przyczyny – bez wątpienia dla dobrej – wielki Król nie uczynił tego. Zezwolił na kontynuowanie owej rebelii. Dostrzegamy niektóre z powodów, dla których Bóg zezwolił na ten straszny bunt. Między innymi pomogło nam to uświadomić sobie, jak bardzo potrzebujemy wielkiego Króla; przez sześć tysięcy lat człowiek był bez prawowitego Władcy. Bóg dozwolił, by ziemia trwała w swym zbuntowanym stanie i przyjrzała się panującym warunkom; przyjrzała się chorobom, smutkom, cierpieniom i śmierci. Pomyślcie o trzęsieniach ziemi i cyklonach; pomyślcie o wielu rzeczach, które niszczą planetę, na której żyjemy. Przypominamy sobie, że wszystkie te rzeczy mają miejsce dlatego, że ziemia została wydarta z ręki swego prawowitego Króla z powodu buntu za sprawą uzurpatora. Jednak Słowo Boże nas informuje, że Królestwo to zostanie na ziemi przywrócone.
Nie chcemy, żeby myślano, iż kiedyś w przyszłości Pan Jezus zamierza stworzyć Królestwo Boga. Królestwo Boga istnieje nieprzerwanie, odkąd pierwotnie zostało powołane do życia, ale chcemy podkreślić myśl, że jak swego czasu Królestwo Boże sięgało do każdego zakątka naszego wszechświata, jak potem na krótko objęło także ziemię i jej nielicznych mieszkańców, tak obecnie nadchodzi czas, gdy Królestwo Boże przyjdzie znowu, gdy Boże królowanie ponownie przejmie kontrolę nad ziemią, a Boża wola będzie się wykonywała na ziemi tak dokładnie i zupełnie, jak cały czas wykonuje się w niebie.
Pamiętamy, że Pan Jezus Chrystus w wielu swoich wypowiedziach odnosił się szczególnie do nadejścia owego Królestwa. Powiedział nam, aby się o nie modlić: „Przyjdź królestwo twoje; bądź wola twoja jako w niebie, tak i na ziemi” [Mat. 6:10]. Pamiętamy, jak mówił nam, że Królestwa tego należy się spodziewać w czasie Jego drugiego przyjścia. W dziewiętnastym rozdziale Ewangelii Łukasza, wersety 11, 12, mamy zapisaną przypowieść, którą Jezus powiedział uczniom, gdyż zbliżali się do Jerozolimy, a oni sądzili, że natychmiast zapanuje Królestwo Boże. Jezus rzekł: „Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się do dalekiego kraju, aby objąć królowanie i wrócić” [Łuk. 19:11-12 NBI. Chciał zaznaczyć, że musi On odejść w pewnym celu i że kiedyś powróci, aby ustanowić to Królestwo.
Tę samą myśl pamiętamy z Jego stwierdzenia wypowiedzianego przed Piłatem: „Moje królestwo nie jest z tego świata Pan dał nam przez to do zrozumienia, że gdy nastanie koniec tego świata, gdy zostanie zaprowadzony nowy świat, nowy porządek, wówczas nadejdzie czas na Jego Królestwo. Pismo Święte wskazuje, że gdy w pełni nastanie dla Pana Jezusa Chrystusa czas sprawowania przez Niego królewskiej władzy i urzędu, wtedy obejmie On władzę i panowanie, aby przywieść Ziemię i jej mieszkańców z powrotem do całkowitego i doskonałego poddaństwa względem owego wielkiego Króla wszystkich istot. Pismo Święte nam mówi, w jaki sposób On miał Mu wszystko podporządkować i to samo Pismo stwierdza, że gdy wszystkie rzeczy zostaną Mu podporządkowane, wówczas Jezus odda Królestwo Ojcu, Temu, który poddał Mu wszystkie rzeczy w związku z wielkim planem, jaki Ojciec przygotował, a wtedy Ojciec Niebieski jeszcze raz zajmie swe prawowite miejsce w sercach i umysłach rodzaju ludzkiego.
Co jednak działo się w ciągu owej przerwy między pierwszym a drugim przyjściem naszego Zbawcy? Tysiąc osiemset lat temu Pan Jezus mówił, że nadejście Królestwa Bożego jest blisko, i tak dalej. Co miał na myśli? Uważnie badając stwierdzenia Pisma Świętego, przekonujemy się, że nie miał On na myśli ustanowienia Królestwa tysiąc osiemset lat temu, lecz to, że dzięki specjalnemu zarządzeniu szczególny przywilej zajęcia wyjątkowej pozycji w tym wspaniałym Królestwie miał być zaoferowany pewnej klasie; że ci, którzy byli gotowi wziąć krzyż i iść śladami Pana Jezusa Chrystusa, zostaną uznani za obywateli tego Królestwa, choć w rzeczywistości w nim nie są, gdyż Królestwo jest w niebie, a oni na ziemi, ale ich serca, ich umysły, ich uczucia są w Królestwie Boga, a w związku z tym mogą wraz z Pawłem powiedzieć: „Nasza zaś ojczyzna jest w niebie” [Filip. 3:20 NB].
Dlaczego Pan wydał takie specjalne zarządzenie? Ponieważ Bóg zaplanował, żeby ci, którzy okażą się wiernymi poddanymi Królestwa, nawet jeśli w rzeczywistości Król nie był obecny pośród nich, ci, którzy będą Mu wierni, okazując niechęć wobec wszelkich wdzięków, powabów i pokus tego życia – mogli dzielić z Jezusem Jego tron w Jego Królestwie, jak sam Zbawiciel oświadczył: „Zwycięzcy pozwolę zasiąść ze mną na moim tronie, jaki Ja zwyciężyłem i zasiadłem wraz z Ojcem moim na jego tronie” [Obj. 3:21 NB].
W Łuk. 12:32 nasz Zbawiciel ponownie wyraża tę samą myśl: „Nie bój się, o malutkie stadko! albowiem się upodobało Ojcu waszemu dać wam kró1estwo” W innym miejscu Pismo Święte nazywa ich „dziedzicami królestwa” – dziedzicami Boga i współdziedzicami z Jezusem Chrystusem w tej chwalebnej nadziei Królestwa, współpracującymi z Jezusem w dziele przywracania ziemi do stanu, jaki został utracony wskutek wystąpienia przeciwko wielkiemu Królowi.
Drodzy przyjaciele, pomyślałem, że dzisiejszego popołudnia nic nie będzie bardziej stosowne niż powiedzenie wam o pewnych istotnych kwestiach, ważnych dla mnie i dla was w związku z otrzymaniem miejsca w tym oferowanym nam wspaniałym Królestwie. Nie na próżno w Słowie Bożym znajduje się niejedno napomnienie w tym względzie; niejedna sugestia dla was i dla mnie; musi być zatem bardzo ważna tego przyczyna – przyczyna, dla której powinniśmy zważać na tę kwestię, przyczyna, dla której musimy pracować nad tą sprawą. Wybraliśmy więc na to popołudnie tekst, który powinien być przez was i przeze mnie poważany i zgodnie z którym musimy postępować, jeśli chcemy znaleźć się pośród tej królewskiej klasy – klasy, która wraz z naszym Odkupicielem ma sprawować to zdumiewające dzieło.
Czy zwróciliście kiedyś uwagę na związek między naszym tekstem a następnym wersetem? Przeczytajmy: „Nie opuszczając społecznego zgromadzenia naszego, jako niektórzy obyczaj mają, ale napominając jedni drugich, a to tym więcej, im więcej widzicie, iż się on dzień przybliża. Albowiem jeślibyśmy dobrowolnie grzeszyli po wzięciu znajomości prawdy, nie zostawałaby już ofiara za grzechy” Wydaje mi się, że powiązanie między tymi dwoma wersetami jest niezwykle zdumiewające, jakby Apostoł chciał nam przekazać, że w tym szczególnym czasie – w okresie, gdy wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej zaczynamy dostrzegać zbliżanie się owego dnia – nadejdzie pora, kiedy to wspólnota i społeczność z ludem Bożym będą bardziej istotne niż kiedyś, a jeśli zlekceważymy i zaniedbamy ten przywilej, narazimy się na wielkie niebezpieczeństwo, którego ostatecznym rezultatem może być utrata wszystkiego.
Zauważcie, że Apostoł używa tu słowa „opuszczać” Nie mówi: „Nie ignorujcie społecznego zgromadzenia Gdybyśmy, i wy, i ja, nigdy nie spotkali się z ludem Bożym i nie wiedzieli o błogosławieństwach i korzyściach płynących ze społeczności, Pan nie wyrzekłby tak dobitnego stwierdzenia i ani wy, ani ja nie całkiem bylibyśmy w stanie tak dobrze dostrzec potrzebę i wartość spotkań z Bożym ludem. Natomiast, jeśli raz skosztowaliście tego błogosławieństwa, gdy raz zasmakowaliście w takiej społeczności, raz uczestniczyliście w tego typu wspólnocie, teraz tego nie opuszczajcie; nie zostawiajcie tego; nie opuszczajcie zbierania się razem, jak niektórzy mają w zwyczaju.
Teraz chcemy oddać się rozważaniu, dlaczego i wy, i ja nie mamy opuszczać społecznego zgromadzania się. Dlaczego jest to taka ważna sprawa? Dlaczego Apostoł tak bardzo kładzie na to nacisk? Dlaczego powinniśmy być tak staranni, jeśli chodzi o spotkania z dziećmi Boga? Pierwsza odpowiedź na to pytanie – i ta wydaje mi się najprostsza – byłaby taka: wy i ja powinniśmy czynić to ze względu na wiarę – ponieważ tak mówi Pan, nawet jeśli nie moglibyśmy dostrzec żadnego dobrodziejstwa, jakie miałoby z tego wynikać, i najmniejszej korzyści, jaką można by uzyskać. Już tylko ten fakt, że Pan tak powiedział, powinien wystarczyć, my zaś powinniśmy stwierdzić: »Panie, szanuję Twoje słowo; Ty to powiedziałeś, więc zamierzam się tego trzymać«.
Uważam, że w wielu stwierdzeniach Bożego Słowa mowa jest o braku wystarczającej wiary i ufności – nawet pośród niektórych Jego dzieci, czyli tam, gdzie powinna ona być. Czy pamiętacie, jaką wiarę miał Abrahama? Pamiętacie, jak Bóg przyszedł do niego i rzekł: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę” [1Moj. 12:1 BT]? Czy pamiętacie, że Abraham nigdy nie przystanął, aby podać w wątpliwość sens Boskiej rady? Nie powiedział: »Panie, Twoje żądanie jest dla mnie jasne, ale nie rozumiem, dlaczego chcesz, abym stąd wyszedł. Czy nie sądzisz, Panie, że to miejsce, gdzie żyję, jest całkiem niezłe? Dlaczego nie mogą tutaj zostać i Ci służyć? Jaka jest ta ziemia, do której mam się udać? Czy jest dobra do gospodarowania na niej? Czy uważasz, że dam radę osiągnąć takie plony, by utrzymać siebie i swoją rodzinę? I czy myślisz, że mogą tam utrzymać swoje bydło i owce?«. Nie mówi ani słowa. Bóg powiedział Abrahamowi, że ma wyjść, więc ten był gotów wyjść. Gdy już dotarł na miejsce, nie znalazł nic prócz jałowej pustyni. Drodzy przyjaciele, to była wiara itaką wiarę chcę mieć ja i chcecie mieć wy. Chcemy też zadbać o to, by nie był to jedynie rodzaj naiwnej wiary, w myśl źle rozumianego Pisma. Chcemy być pewni, że w kwestii tej posiadamy właściwy pogląd, a skoro posiadamy Prawdę, musimy według niej postępować, niezależnie od tego, czy dostrzegamy tego przyczynę bądź potrzebę, czy też nie. Tak właśnie jest z tym fragmentem. Skoro znajdujemy w Słowie Bożym radę, by nie opuszczać społecznego zgromadzania się, to jeśli znaleźliśmy ludzi, którzy mają ducha Bożego, jeśli znaleźliśmy ludzi, którzy dają dowody tego, że żyją blisko Pana, to niezależnie od tego, czy korzystacie z tej społeczności w takiej mierze, jak oczekiwaliście, czy też nie – powinniście się z nimi spotykać, gdyż Bóg tak powiedział.
Ktoś mógłby zapytać: »Czy to nie jest zależne od sytuacji?«. Jestem pewny, że jeśli w waszym otoczeniu nie ma nikogo, kto dawałby dowody swej miłości dla Boga i Jego Prawdy, wtedy sprawa wygląda inaczej, ale nawet i w tym przypadku możecie mieć z ludem Bożym społeczność serca i umysłu, choć osobista społeczność nie była możliwa. Gdy jednak mieszkacie tam, gdzie znajdują się dzieci Boże, wtedy z powyższego stwierdzenia wynika dla was jasny sposób postępowania. Możliwe, że czasem idziemy za wzorem Balaka. Czytamy o nim w 22 rozdziale 4 Księgi Mojżeszowej. Pamiętacie, jak król ten posłał po Balaama, aby przyszedł i przeklinał lud Izraela. Gdy prorok przybył na umówione miejsce, ten, który po niego posłał, pokazał mu zastępy izraelskie i powiedział: »Teraz, Balaamie, przeklinaj ten lud, chcę, żeby byli przeklęci«. Balaam zaś odrzekł: »Chcę się przekonać, co Pan o tym powie«. Pamiętacie, że zbudował siedem ołtarzy i złożył na nich ofiary, a potem otrzymał Bożą odpowiedź; gdy ją przekazywał, stwierdził, że lud ten jest błogosławiony. Wtedy Balak powiedział: »Balaamie, posłałem po ciebie, żebyś przeklął ten lud, a ty go błogosławisz; nie chcę, żeby byli błogosławieni; zrób coś. Postąpiłeś dokładnie odwrotnie w stosunku do tego, co było moim zamysłem. Idź, poparz na ten lud z tamtego miejsca, może Pan da ci inne poselstwo«. Wybudowano jeszcze więcej ołtarzy i złożono kolejne ofiary, a Balaam oddalił się, aby otrzymać dalsze poselstwo od Pana, gdy zaś powrócił, miał błogosławieństwo, jakie Bóg przeznaczył dla narodu izraelskiego. Pamiętacie, że władca był strapiony na myśl o tym, że Balaam przyniósł pomyślną wieść dla jego wrogów. Powiedział więc: »Balaamie, przyjdź tutaj i przekonaj się, jakie stąd otrzymasz przesłanie«. I znowu, jak pamiętacie, treścią poselstwa było błogosławieństwo. Jakże to znamienne, że ów biedny Balak sądził, iż widok z innego miejsca sprawi, że poselstwo będzie odmienne! Wiadomość była tymczasem taka sama, czy stąd, czy skądinąd. Bądźmy zatem ostrożni, by nie postępować jak pogański król. Obawiam się, że pośród ludu Bożego znajdą się tacy, co stwierdzą: »No cóż, wiem, że Pismo Święte mówi, aby nie opuszczać społecznego zgromadzenia, ale ja patrzę na tę sprawę z innego punktu widzenia. Przechodzę pewne próby i mam niejakie przeszkody; nie sądzicie, że to mnie usprawiedliwia, by nie uczestniczyć w spotkaniach z „małym stadkiem” u nas?«.
»Siostro, Pan powiedział: „Nie opuszczajcie społecznego zgromadzenia«
»Poczekaj, wyjaśnię ci to z innego punktu zapatrywania: Mieszkam całkiem na uboczu i zdrowie mam nienajlepsze. Czy nie uważasz, że to mnie usprawiedliwia, by zostawać w domu i nie spotykać się z Pańskim ludem?«
»Pan powiedział, siostro, nie opuszczajcie społecznego zgromadzenia. Nie ma to znaczenia, w jaki sposób ty zapatrujesz się na tę kwestię, sprawa jest postanowiona.« Nie bądźmy jak ludzie, którzy szukają wymówki, by nie postępować tak, jak radzi Bóg, lecz bądźmy jak ci, którzy są zdecydowani pokonać każdą przeszkodę po to, by trzymać się rad i postępować według wskazówek, jakich udzielił Bóg. Myślę, że pewne niebezpieczeństwo kryje się w takiej postawie, która szuka wymówek, by zlekceważyć Boże Słowo. Wierzę, że Szatan zdaje sobie sprawę z naszych słabości w tym względzie i wie, jak to wykorzystać. Zdaje się, że posiada wielki departament usprawiedliwień i jeśli ktoś potrzebuje wymówki od czegoś, co byłoby niezgodne ze Słowem Bożym, Szatan mu jej dostarczy. Nie musicie nawet kierować specjalnego zamówienia; nie musicie w tej sprawie pisać na adres „Diabeł & S-ka”: »Proszę o przesłanie dziesięciu usprawiedliwień, bo nie pójdę dzisiaj do pracy ochotniczej«. Naprawdę, nie musicie! Jedyne, co potrzebujecie zrobić, to mieć w swym sercu zaledwie połowę takiego pragnienia, żeby nie wziąć jutro udziału w tej pracy, a on zaraz wyśle wam całą paczkę pretekstów.
Pewnie sobie myślicie: »Chyba nie sądzisz, że skorzystamy z tego, co wyprodukował diabeł? Skąd! Oto posłana przez niego paczka z wymówkami. Przejrzę je i zobaczę, co mi podesłał«.
»Też pomysł! Czy on myśli, że zrobiłbym z tego użytek? To nonsens. Ani myślę wykorzystywać takich rzeczy – zabierajcie to!«
»Pokażcie następną.«
»Ależ kto by skorzystał z takiego usprawiedliwienia?! Byłbym największym z osłów, gdybym posłużył się taką wymówką. Diabeł nie może podejść mnie żadną z nich. Mnie to nie dotyczy.«
»To zobaczmy, co tam jeszcze mamy.«
»O, to jest kiepski pretekst; byłbym nędznym rodzajem chrześcijanina, gdybym skorzystał z takiej wymówki.«
»Pokażcie następną.«
»Aha, spotkanie z panem Smithem – tak, ta jest dobra; powiedziałem panu Smithowi, że wpadnę któregoś ranka. Jutro rano pasowałoby doskonale. Nie wiem, myślę, że może powinienem tam pójść jutro. Nie chciałbym jednak jutro opuścić pracy ochotniczej. Nie mógłbym przesunąć spotkania z panem Smithem na inny dzień? Niedobrze. Myślę, że tym razem po prostu nie dam rady pójść z braterstwem. Zatelefonuję do nich i dam im znać, że jutro rano nie będę mógł iść z nimi do tej pracy.«
Drodzy przyjaciele, sądzę, że to jest metoda, przy użyciu której diabeł często nas podchodzi. Jeśli w waszym lub moim sercu znajdzie się najmniejsza skłonność do ignorowania Pańskiego napomnienia, znajdzie on sposób wykorzystania tego i pułapka gotowa.
Gdy znajdziemy w Słowie Bożym jakieś stwierdzenie co do postępowania, jakie mamy naśladować, niech dobrze się w nas ono zakorzeni: »Bóg tak mówi i tak zrobię, nie martwiąc się, czy będzie mnie to coś kosztować, czy nie«.
Wielu mogłoby powiedzieć: »Nie wiąże się z tym żadne wielkie niebezpieczeństwo«. Drodzy przyjaciele, są szanse, że dla niektórych z nas kryje się za tym większe ryzyko, niż mogą sobie wyobrazić. Zaledwie kilka tygodni temu spotkałem w pewnym w miejscu jednego brata i jego żonę. Byli związani z jednym z najbardziej znanych zgromadzeń w Stanach Zjednoczonych; byli jego członkami od piętnastu lat. Myślę, że znali ich braterstwo ze wszystkich okolicznych zborów; byli uważani za wiernych chrześcijan. Kilka lat temu przeprowadzili się do miasta, gdzie było tylko pięcioro czy sześcioro przyjaciół, którzy przejawiali głębokie zainteresowanie, ale ów brat ze swą żoną nawet nie pytali, gdzie odbywają się nabożeństwa lub o cokolwiek innego. Ten mały zbór usiłował pomimo przeciwności budować się wzajemnie, ale owi braterstwo przez pięć lat nie spotkali się z tamtejszym zgromadzeniem, aż do niedawna. Jeśli zatem mamy skłonność by nie dostrzegać Pańskich napomnień, Szatan znajdzie sposób, by wykorzystać wahanie i nas usidlić oraz doprowadzić do popełnienia błędu, a rezultaty nie są nam znane.
Jeśli więc podobał się wam ten sezon społeczności i duchowej łączności, jaką mieliśmy tutaj, to gdy powrócicie do swoich domów, zachowajcie w pamięci ów werset i nie opuszczajcie wspólnego zgromadzania się. W domowym otoczeniu może nie być was tak dużo spośród „malutkiego stadka jak zebrało się w tej sali, ale jest to tak samo społeczność dzieci Bożych, jak społeczność dzieci Bożych tutaj.
Jest też inna przyczyna, dla której wy i ja pragniemy nie opuszczać wspólnego zbierania się, a mianowicie taka, że gdzie jest lud Boży, tam jest Bóg i gdzie jest Kościół, tam jest Głowa Kościoła. Zbawiciel sam stwierdza: „Gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem pośród nich” [Mat. 18:20 NB].
Byłoby absurdem ze strony dzieci Bożych – jeśli naprawdę są dziećmi Bożymi – zbierać się z innymi, jeśli nie byłoby pośród nich Pana. Jakże by to wyglądało, gdyby ktoś przyszedł na zebranie, a swoją głowę zostawił w domu? Zaiste, jeśli już przychodzą, muszą zabrać swoją głowę ze sobą. Jeśli jesteście spośród dzieci Bożych i jeśli Jezus jest waszą Głową, jeśli zrezygnowaliście z własnej głowy i ze swojej woli, aby czynić wolę waszego Mistrza, wówczas dokądkolwiek idziecie, wasz Mistrz idzie z wami; wy zaś mówcie: »Gdzie jest społeczność pod kierunkiem ducha Mistrza, tam chcę być; chcę być tam, gdzie On jest, a wiem, że On tam jest w takim szczególnym i wyjątkowym sensie, w jakim jest też ze mną, gdy jestem sam i zajmuję się codzienną pracą«.
Istnieje jeszcze jeden powód, by nie opuszczać społecznego zgromadzania się. Mamy świadomość, że są tam ludzie, którzy lubią rozmawiać o takich sprawach, o których i my lubimy rozmawiać; kochają zajmowanie się tematami, które są najdroższe naszemu sercu. Jeśli jest się spomiędzy ludzi światowych i jeśli wszelkie sprawy i pragnienia miałyby świecki charakter, wówczas szłoby się raczej tam, gdzie chodzą sąsiedzi – raczej poszlibyśmy do jakichś miejsc rozrywki, raczej poszlibyśmy tam, gdzie w jakimś stopniu w myśl zasad tego świata odnieślibyśmy korzyści; jeśli zaś oddaliście swe serca Panu, zechcecie pójść do miejsc, gdzie rozmawia się o rzeczach, które was bardzo interesują, o sprawach Pańskich, tam gdzie nadzór sprawuje Jego wola. Nie oznacza to wszakże, że jeśli lud Boży się zgromadza, ich rozmowy i dyskusje zawsze ograniczają się do tematów, które znaczą dla nich najwięcej. Bądźmy uważni w tym względzie. Gdy spotykamy się z Pańskim ludem, skupiajmy się na sprawach Pana; niech nasze serca koncentrują się wokół zagadnień duchowych. Można zmarnować Pański czas, rozmawiając o rzeczach, które nie są dla was pożyteczne w sensie moralnego oddziaływania na „nowe stworzenie”
Myślę, że to jest tak jak z żydowskim Przybytkiem. Gdy wchodziło się do Swiątnicy, patrząc w górę na zasłonę, można było zobaczyć wszystkie postacie cherubinów wyszyte na tkaninie. Obrazuje mi to, w jaki sposób wy i ja – znajdując się w tym stanie spłodzenia z ducha świętego i spoglądając ku górze – widzimy Boską opatrzność, widzimy Jego mądrość, Jego miłość, Jego moc i Jego sprawiedliwość, a oczyma wiary dostrzegamy też owych usługujących aniołów, posyłanych po to, by służyli tym, co należą do Boga.
Pamiętacie, że gdy najwyższy kapłan i inni kapłani znajdowali się w Świątnicy, to spoglądając w górę, widzieli owych aniołów, owych cherubinów misternie wyhaftowanych wszędzie na zasłonie. Załóżmy jednak, że zamiast spoglądać ku górze, kapłan patrzyłby ku dołowi i kierowałby swój wzrok ku ziemi – co by wtedy widział? Nic, tylko ziemię, po prostu grunt. Pamiętacie, że w Przybytku nie było podłogi, stał on bezpośrednio na ziemi. Dostrzegamy w tym cel, widzimy stosowność obrazu; ukazuje nam on myśl, że nawet jeśli wy i ja zostaliśmy spłodzeni z Bożego świętego ducha, nawet jeśli zostaliśmy przywiedzeni na to miejsce, w którym jesteśmy „nowymi stworzeniami” w Jezusie Chrystusie, pomimo to musimy, utrzymywać nasz wzrok skierowany ku górze, jak mamy powiedziane: „Podnośmy głowy nasze” I przeciwnie, gdy patrzymy w dół, w kierunku spraw światowych, widzieć będziemy rzeczy ziemskie; widzieć będziemy po prostu ziemię, nic tylko grunt.
Mam świadomość, drodzy przyjaciele, że o sprawach duchowych nie każdemu możemy opowiadać. Gdy spotykacie się z członkami waszej rodziny, którzy nie poświęcili się Panu, gdy spotykacie sąsiadów, którzy nie skłaniają się w stronę zagadnień duchowych, możecie przedstawić im jakieś opinie i zwrócić na pewne rzeczy uwagę, poświęcając część waszej rozmowy sprawom, które mogą oni docenić, ale gdy spotykacie się z ludem Bożym, jest inaczej; ludzie ci spotykają się z innymi po to, by rozmawiać o rzeczach, które zbliżą ich do Królestwa, pomogą uczynić ich powołanie i wybranie pewnym oraz zapewnią im „szeroko otwarte wejście do wiekuistego Królestwa Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa” [2Piotra 1:11 NB].
Pamiętam, że jakiś czas temu musiałem w związku z tą kwestią udzielić napomnienia dwóm braciom. Odwiedzaliśmy pewne miejsce na Zachodzie. Braterstwo spotykali się tam około pół godziny przed rozpoczęciem nabożeństwa. Owi dwaj bracia znajdowali się kiedyś pośród Indian i potrafili co nieco mówić językiem Choctaw; zaczęli więc o tym opowiadać, wymieniając słowa, które pamiętali i szczególne wyrażenia w tym języku, a reszta z nas nie mogła im oczywiście za bardzo przerwać, więc siedzieliśmy cicho, podczas gdy oni rozprawiali o języku Choctaw. Gdy tak mówili na ten temat przez jakiś kwadrans – dokładnie nie wiem, jak długo – poczułem, że było moją powinnością, by coś powiedzieć. Rzekłem: »Czy wiecie, braterstwo, że Biblia nawiązuje do mówienia Choctaw?«.
»Nie, zauważył jeden brat, nie sądzę, żeby Biblia mówiła coś na ten temat.«
»Tak, powiedziałem, jest w Biblii werset, który odnosi się do mówienia Choctaw.«
»Jak to, rzecze tamten, gdzie on się znajduje?«
»W trzecim rozdziale Listu do Filipian.«
»A jak brzmi; nie pamiętam nic takiego.«
Odrzekłem: »Powiem wam, jak on brzmi: „Zapominając o tym, co za mną” [Filip. 3:13 NB]«. Sądzę, że jest całkiem sporo tematów, które pod to podlegają, my zaś powinniśmy się uczyć przywiązywać nasze uczucia do rzeczy, które są w górze i zapominać o tych, które są za nami. Chcemy upatrywać rzeczy, które będą nas moralnie budować, a szczególnie strzeżmy się chełpliwości w tym zakresie. Stwierdzam, że tak często przejawiamy skłonność do pielęgnowania ducha nieznacznej chełpliwości, lubimy opowiadać o różnych ludziach, których wciągnęliśmy do rozmowy i jak to ich poniżyliśmy swoją argumentacją, jak to nie potrafili nam odpowiedzieć i jak udało nam się wprowadzić ich w zakłopotanie itd. Drodzy przyjaciele, myślę, że byłoby dla nas lepiej nie rozmawiać tak wiele w tym duchu. Nie chcemy posiadać takiego ducha chełpliwości, który przechwala się dookoła odniesionymi zwycięstwami lub coś w tym rodzaju. Nie chcemy jedynie poniżyć wiary innych, chcemy ich wiarę budować we właściwym kierunku. Dlatego proponowałbym, żebyśmy więcej rozmawiali o tym, co zwracałoby nas w stronę Pana, a mniej o sprawach, które by od Niego odciągały.
Jest jeszcze inna przyczyna, dla której nie powinniśmy opuszczać wspólnych zgromadzeń, a mianowicie taka, że spotkanie z ludem Bożym jest źródłem łaski i siły, które przygotowują nas na ciężkie doświadczenia, jakie mają nadejść. Przypominacie sobie, jak w 2 Kor. 12:9 Pan poprzez apostoła Pawła wyraża się następująco: „Dosyć masz na łasce mojej” Nie wyciągajmy z tego złego wniosku; nie sądźmy, że Pan miał tu na myśli, iż zawsze będziecie mieć dość łaski w każdej próbie. Zupełnie nie to miał On na myśli. Pokażę wam, o co Mu chodziło. Możliwe, że niektórzy spośród ludu Pana znajdowali się czasem w próbach i musieli uznać, że mieli nie dosyć łaski. Mówili: »Wiem, że jeśli miałbym dość łaski, lepiej mógłbym znieść to doświadczenie. Coś tu jest nie tak; Pan powiedział, że Jego łaski nam wystarczy, ale tak nie było«. Czyżby Pan złamał obietnicę? Wcale nie. Oto wyjaśnienie: Pan obiecał, że udzieli nam wystarczająco łaski, ale żebyśmy mogli z niej skorzystać, wy i ja, musimy we właściwy sposób udawać się do źródła. Przyjechaliście na tę konwencję. Skąd wiecie, czy Bóg nie zaplanował, iż na tej konwencji możecie uzyskać łaskę, która przygotuje was na doświadczenia, jakie nadejdą w grudniu? Pan ma świadomość, że spotkają cię doświadczenia, o których nie śniłeś i przygotowuje cię na nie. Jakże wielu stwierdzało: »0, teraz, gdy patrzę wstecz, widzę, że Pan przygotowywał mnie na te straszne przejścia; nie wytrwałbym, gdyby On mnie do tego nie przygotował. Teraz widzę, jak owe doświadczenia, przez które przechodziłem kilka miesięcy temu, rzeczywiście uczyniły mnie gotowym na te straszne próby, jakie mam właśnie za sobą«. W ten sposób widzimy, że Pan przygotowuje nas na próby, jakie mają przyjść.
Gdy więc w waszych małych zgromadzeniach zbieracie się tydzień po tygodniu, Pan zaopatruje was w łaskę. Powiedział, że łaski Jego wystarczy i to jest sposób udzielania wam jej. Załóżmy jednak, że powiecie: »Wiem, że Pan nakazał, abym nie opuszczał zgromadzania się z innymi – wiem to, ale na zebranie mam tak daleko i nie za bardzo lubię tamtych braterstwa. Uważam, że niektórzy mają bardzo osobliwy i dziwny sposób bycia; myślę, że po prostu nie pójdę i zostanę w domu«. Jaki będzie rezultat? Nie otrzymasz łaski, jakiej potrzebujesz, gdy pojawiają się próby, a skutek będzie taki, że gdy próby nadejdą, nie powiedzie ci się – nie dlatego, że Bóg zawiódł, nie dotrzymawszy swego słowa; Bóg wykonał swoją część – zapewnił ci łaskę, ale ty, jakbyś Mu mówił: »Panie, wiem, że łaska jest tam, w zgromadzeniu, ale nie chcę jej brać stamtąd; powinieneś był przelać ją bezpośrednio na mnie; tak chciałbym ją otrzymywać«. Drodzy przyjaciele, nie możemy sobie pozwolić na utratę jednej choćby sposobności do służby czy też jednej okazji, która byłaby sensowna i właściwa, żeby zrobić z niej użytek w społeczności z tymi, którzy kochają Pana, tak żeby nie doznać żadnej duchowej krzywdy na wypadek jakiejś próby, gdybyśmy byli na nią nieprzygotowani. Mówię więc – chcemy być gotowi na te przyszłe doświadczenia; pragniemy mieć tak przygotowane serca i umysły, by pozwoliło nam to przejść przez te próby zwycięsko i to jest powodem, dla którego nie jest naszym życzeniem opuszczanie społecznego zgromadzenia.
Kryje się tu jeszcze jedna myśl, drodzy przyjaciele. Chcemy spotykać się z ludem Bożym, gdyż uznajemy, że są to ludzie, z którymi chcemy spędzić wieczność; chcemy już wcześniej zawrzeć z nimi znajomość. Jeśli jesteście jednymi z wiernych naśladowców Pana Jezusa Chrystusa, jeśli ja jestem jednym z tych, którzy mogą dowieść Mu swej wierności, wówczas znajdziemy się pośród tych, którzy będą mieć ze sobą społeczność poprzez wszystkie nieskończone wieki przyszłe. Czuję więc, że jeśli wcale nie miałbym dzisiaj ochoty na wasze towarzystwo, jeśli czuję, że chętniej pozostałbym z dala od ludu Bożego, że raczej spędziłbym czas w towarzystwie osób z pracy lub na światowych przyjemnościach, skutek byłby taki, że nie byłbym gotowy spędzić owych przyszłych wieków w waszym gronie i w gronie tych, którzy chcą swoje powołanie i wybranie uczynić pewnym.
Przejdźmy teraz do punktów, na które chciałem położyć największy nacisk. Chcemy wziąć pod uwagę napomnienie naszego wersetu i nie opuszczać społecznego zgromadzenia, gdyż kiedy spotykamy się z ludem Boga, oni pomagają nam, a my możemy pomóc im. Czy nam pomagają? Z pewnością tak, jeśli mamy odpowiednie nastawienie serca. Sądzę, iż wielu może mieć taki problem, że nie zastanawiają się nad tym, jak otrzymać pomoc od naszych braci i sióstr w takim stopniu, w jakim powinniśmy, wskutek czego nie otrzymujemy takiej pomocy, jaką byśmy mogli. Jaka była wasza motywacja, by przybyć na tę konwencję? Jaki był wasz cel? Czy zakładaliście, że będziecie wspaniałą pomocą dla Bożego ludu? Nie oczekiwaliście żadnej specjalnej pomocy – nie powiedzą tu nic, czego nie wiedzieliście; sądziliście, że macie całkiem niezłą pozycję i dobrą znajomość Pisma Świętego i że macie kilka wspaniałych myśli, które chcieliście przekazać komuś w rozmowie. Jeśli takie było wasze nastawienie, gdy tu jechaliście, wówczas stosownie do stopnia tego typu nastawienia i ducha utracicie błogosławieństwo. Jeśli natomiast przybyliście tutaj z chęcią uczenia się, z pragnieniem, by się czegoś dowiedzieć – nie tylko, żeby poznać coś nowego, ale nauczyć się czegoś, co was przybliży do Pana, wiem, że odjedziecie duchowo wzbogaceni, odjedziecie w poczuciu, że jesteście bliżej Pana niż kiedykolwiek.
Myślę, że to nie są nowe rzeczy; sądzę, iż jest to jeden z dowodów, że jesteśmy niemowlętami w Chrystusie. Zdaje mi się, że jest kilka sposobów, by wskazać tych, którzy są niemowlętami w Chrystusie. Pismo Święte mówi o niemowlętach w Chrystusie i o ludziach dorosłych. Stwierdza ono: „Bo każdy, co się tylko mlekiem karmi, (…) jest niemowlątkiem, aleć doskonałym należy twardy pokarm, to jest tym, którzy przez przyzwyczajenie mają zmysły wyćwiczone ku rozeznaniu dobrego i złego” [Hebr. 5:12-14]. Są inne sposoby rozróżnienia między niemowlętami a tymi, którzy są dojrzali w Panu. Jak wiadomo, jedną z cech właściwych niemowlętom jest to, że dużo płaczą; są bardziej skłonne do płaczu niż starsi wiekiem. Uważam, że tak samo jest z niemowlętami duchowymi! Gdy zachodzę do jakiegoś domu i spotykam tam brata, który przez cały czas, gdy tam przebywam, płacze – płacze, bo nie został wybrany na starszego zboru, rozpacza, bo przechodzi właśnie taki trudny okres, płacze, bo ma dalej na zebranie niż większość zborowników i narzeka, bo to czy tamto – to generalnie myślę sobie: »Oto jedno z Pańskich niemowląt; mogę to stwierdzić po sposobie, w jaki płacze; mam nadzieję, że pewnego dnia dorośnie i będzie mężem dojrzałym w Panu«.
Jest jeszcze inna rzecz charakterystyczna ogólnie dla niemowląt i dzieci. Można zauważyć, że osoba w zaawansowanym wieku potrafi zasadniczo skupić uwagę na jednej sprawie i jakiś czas w tym trwać. Jednak w odniesieniu do małych dzieci zauważyłem, że ciągle trzeba robić coś nowego, żeby je zabawić; przez dwie, trzy minuty da się je czymś zająć, ale zaraz musi być coś nowego, potem jeszcze coś innego. Osoby, które potrafią stale przechodzić od jednej formy zabawy do innej, żeby zająć dziecko, i takie, które dysponują największą rozmaitością nowych propozycji zabawy, zdają się być najbardziej przez dzieci lubiane.
Myślę, że tak samo jest w zakresie spraw duchowych. Jeśli mamy takie nastawienie, że ciągle chcemy czegoś nowego, że przyjeżdżamy na konwencję nie tyle po to, by posłuchać o braterskiej miłości, nie po to, by słuchać o cierpliwości i nie dla wzmocnienia naszego ducha gorliwości ani po to, by znaleźć się pod wrażeniem chwały Królestwa, lecz by usłyszeć coś nowego, coś, czego nikt wcześniej nie powiedział, tak, że od samego słuchania przyspieszy nam krążenie, gdyż będzie to jakaś nowinka – wówczas okaże się, że odjedziemy nieco rozczarowani, bo nie taki jest Pański cel. Nie jest Pańskim zamysłem budowanie Jego ludu i wzmacnianie go w zależności od ilości wypowiedzianych nowinek, lecz przeciwnie – to częste powtarzanie starych rzeczy ma nas wzmacniać i umożliwiać czynienie naszego powołania i wybrania pewnym. Gdy więc udajecie się do waszego rodzimego, małego zgromadzenia i stwierdzacie, że brat, który przewodniczy w nabożeństwie, nigdy nie ma nic oryginalnego do powiedzenia, a braterstwo w waszym zborze dzielą się w swych wypowiedziach nielicznymi nowinami, wina, drodzy przyjaciele, nie leży po stronie zboru – winni jesteście wy sami, bo nie macie odpowiedniego nastawienia. Pomyślcie tylko – jeśli należymy do tych wiernych, którzy będą połączeni z Panem w przyszłych wiekach, to jaką będziemy wykonywać pracę – jaką wy, a jaką ja? Czy poprzez ów tysiąc lat będziemy mieć każdego dnia coś nowego do powiedzenia światu? Sądzę, że nie. Wydaje mi się, że gdy świat powstanie z grobów w przyszłym wieku, to jeśli jesteśmy jednymi z tych, którzy należeć będą do tej wyróżnionej grupy połączonej z naszym Panem, to będziemy musieli powtarzać Boski plan tak wiele razy, że jeśli go szczerze nie kochacie, będziecie tym zmęczeni. Dlatego też Pan nie chce mieć w tej klasie nikogo, kto nie kocha owej „Old, old story” [HoD 352, PBT 395 „Powiedz mi tę wieść starą”] tak gorąco, że mógłby ją śpiewać z całego serca, bowiem „ci, którzy najlepiej ją znają, łaknącymi i pragnącymi jej ciągle być się zdają
Weźmy na przykład badania beriańskie: Stwierdzam, że są tacy bracia i siostry, którzy czasem idą na badanie beriańskie i słuchają tylko połowicznie. Brat taki a taki coś mówi, a oni myślą o czymś innym; wiedzą, że brat ten nigdy nie powie nic nowego. Później wypowiada się inny brat, a oni niewiele zwracają uwagi na to, co mówi, ponieważ już wiedzą, co on ma zamiar powiedzieć. W rezultacie, gdy badanie się kończy, myślą sobie, że to dziwne, ale oni nie za bardzo z niego skorzystali. Fakt jest taki, że nikt spośród dzieci Bożych nie mówi niczego, w czym nie znalazłoby się coś pożytecznego i korzystnego. Weźmy badanie beriańskie: Jakiś brat coś stwierdza; jeślibyś zwrócił uwagę na to, co mówi, zamiast pozwalać duchowi pychy, by zrodził w tobie poczucie, że już to wiedziałeś i nic się od niego nie nauczysz, istnieją szanse, że w tym, co ów brat powiedział, znajdzie się jakiś niewielki punkt, który mógł wyrażać to, co było w twoim umyśle, a to by cię zadowoliło; byłoby to odświeżające, gdyż ty już to wiedziałeś, ale zostało to wyrażone nieco dogłębniej. Wtedy słuchając następnego brata, który wyraził jakąś myśl, zauważyłbyś prawdopodobnie, jak szczególnie pomocny jest związek między tym, co powiedział on, a tym, co stwierdził ów inny brat. Gdy z kolei krótko wypowie się trzeci brat, znajdzie się jakiś pomocny aspekt także w jego stwierdzeniu, zgodny z wypowiedziami poprzedników, a gdy nabożeństwo się zakończy, będziesz mógł orzec: »Czyż nie było to pożyteczne zebranie? Jak wiele odniosłem korzyści! Jak bardzo było dla mnie pomocne to krótkie badanie beriańskie!«. Pamiętajmy zatem, drodzy przyjaciele, że często to pycha sprawia, że jesteśmy nieuważni, gdy mówi ktoś inny. Zapamiętajmy też, że nie ma nikogo takiego, kto mając ducha Bożego, nie mógłby w jakiejś mierze okazać się dla nas do pewnego stopnia pomocnym i pożytecznym.
Myślę o miejscu, w którym Paweł mówi Kościołowi, iż ma dziesięć tysięcy nauczycieli w Chrystusie, a stwierdzając, że „choćby mieli dziesięć tysięcy nauczycieli” zdaje się mówić o tym jako o stanie faktycznym, jakby tak właśnie było. Co miał przez to na myśli? Zasugerowałby rzecz następującą: Jest możliwe, że w owym czasie mogło być około dziesięciu tysięcy poświęconych wierzących, na ile apostoł Paweł mógł to ocenić; liczbą tą chciał uzmysłowić fakt, że każde poświęcone dziecko Boże posiadało w jakimś stopniu taką dyspozycję, że mogło być nauczycielem. Muszę powiedzieć, że w niewiarygodnej wprost mierze odniosłem korzyści, obserwując po prostu zachowanie, język i maniery tych, z którymi miałem kontakt podczas moich podróży po kraju. Powiedziałem mnóstwo wykładów, które – żeby bracia wiedzieli – powstały po prostu z niewielkich rzeczy, jakie zaobserwowałem w tych, z którymi miałem kontakt.
Pamiętajmy ponadto, że nie możemy tylko uczyć się od innych i pouczać innych poprzez słowa, które są wypowiadane, ale także poprzez nasz przykład, poprzez uczynki, jakie wykonujemy. Myślę, że bardzo wielu osobom musi brakować tej oceny, jakim powinniśmy być przykładem. Często mówimy: »No cóż, nie musisz brać ze mnie przykładu«. A jednak – drodzy przyjaciele – jeśli twierdzisz, że jesteś poświęconym chrześcijaninem, powinieneś być przykładem, musisz być przykładem; bycie chrześcijaninem oznacza bycie przykładem; nie przykładem doskonałości, lecz tego, co może zdziałać łaska Boża. Czy może powiecie, że jesteście pod wpływem Bożej łaski przez pięć, dziesięć czy piętnaście lat, a mimo to Pan nie dokonał w waszym życiu niczego, co mogłoby być przykładem, zyskiem, błogosławieństwem dla tych, którzy mają z wami styczność? Byłoby to powodem do sporego wstydu, gdybyśmy musieli stwierdzić, że tak bardzo opieraliśmy się wpływom Boskiego ducha, iż nie stanowimy przykładu tego, czego w ogóle Pan może dokonać – nawet jeśli zajmował się nami tak długo. Poza tym pamiętajcie, że gdy mówimy o przykładzie, jaki mamy stanowić, i życiu, jakie mamy prowadzić, nie mamy na myśli przykładu, jaki powinniście stanowić będąc na konwencji. W istocie, jeśli jesteśmy żywymi listami, powinniśmy być nimi w swoich domach – będziemy dbać w nich o to dokładnie tak samo jak gdzie indziej. Czasami jednak nawet braterstwo, którzy będąc pośród innych w miejscu publicznym, zachowują niezwykłą ostrożność, to w swoim własnym domu przejawiają raczej obojętność. Nic nie można na to poradzić, ale czasem da się to zauważyć. Pamiętam, byłem raz w domu oddalonym o wiele setek kilometrów stąd; mieszkała tam niepozorna siostra, która pod wieloma względami przejawiała wspaniały, poświęcony charakter. Jej mąż nie za bardzo był religijnie określony, ale nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na mnie wywarła. Na przykład, gdy siedzieliśmy przy stole i poprosiłem o coś, siostra ta zadałaby sobie wszelki trud, żeby tylko owa rzecz natychmiast znalazła się na moim talerzu; gdy jej mąż o coś poprosił, wydawało się, że jej to nie obchodziło, bez względu na to, czy go usłyszała, czy nie; musiał czekać, aż dana rzecz podawana wokół stołu do niego dotrze. Gdy ja zadałem pytanie, mogła mi odpowiadać przez dziesięć minut i objaśniać, jak dojść na pocztę, czy cokolwiek innego; gdy mąż ją o coś zapytał, odcinała mu się w tak zgryźliwy sposób, że dziwiłem się, dlaczego w ogóle chce on ją jeszcze o coś pytać. Nie mogłem temu zaradzić, ale zdawałem sobie sprawę, że siostra ta nie przejawiała takiego ducha, jakiego Pan pragnie widzieć u swego ludu. Nie mogłem dopomóc, ale sądzę, że gdybym pomieszkał w tym domu przez sześć miesięcy, nie wydawałaby mi się ona już tak wspaniała w obchodzeniu się ze mną, na jaką wyglądała przez te kilka dni, gdy tam przebywałem.
A zatem, drodzy przyjaciele, bądźmy uważni, jeśli chodzi o te sprawy. Pamiętaj my, że ukryć coś w towarzystwie możemy przez dzień lub dwa, ale jacy jesteśmy naprawdę, jaki jest rzeczywisty stan naszych serc – to ujawnia się w codziennym życiu w naszych domach i pośród tych, z którymi zazwyczaj przebywamy dzień po dniu.
Bycie przykładem to bardzo ważne zagadnienie, pamiętajmy wszakże, iż stanowiąc przykład dla innych w bardzo prostych kwestiach, w zwykłych rzeczach, możemy mieć na nich wpływ także w sprawach bardzo ważnych. Dla przykładu załóżmy, że w waszym zborze brakuje domyślności. Gdy na przykład śpiewacie, są bracia czy siostry, którzy nie mają śpiewnika, a nikt się nawet nie rozejrzy, czy inni mają śpiewniki, czy nie; reszta śpiewa, a ktoś siedzi, nie mając sposobności zerknięcia do tekstu. Byłoby to oznaką, że pomiędzy braterstwem zabrakło uwagi, a w jakiejś mierze przeważyło może samolubstwo. Jeśli tak jest, powinniście dobrze sobie zapamiętać, że po części ponosicie za to odpowiedzialność, gdyż jeśli stanowicie właściwy przykład, to nieważne, kim jesteście – pozornie możecie być zupełnie nieważną postacią – a jednak w danej chwili wasz udział w przezwyciężaniu takiego stanu rzeczy może być bardzo cenny. Na przykład, gdy jesteście na zebraniu i rozpoczyna się śpiew, rozglądacie się i dojrzawszy brata, który nie ma śpiewnika, natychmiast podajecie mu swój; prawdopodobnie nikt o tym nie pomyślał – byłby to po prostu niewielki uczynek, na który nikt by nie zwrócił uwagi, ale gdy na następnym zebraniu zrobiłbyś to samo, z czasem więcej członków zboru zauważałoby takie sprawy i zaczęło dostrzegać w tobie ducha poświęcenia, a ty zacząłbyś zauważać, że oni postępują podobnie. Pierwszą rozpoznawalną rzeczą w tym zborze byłby duch otwartości, stanowiący dla każdego szczerego serca zachętę do tego, by się z nim spotykać. Tak więc, jeśli w małej grupie, z którą się zgromadzasz, nie panuje taki stan, jaki powinien panować, nie wiń ich za to, lecz zacznij od siebie i pomyśl: »Czyż to nie ja powinienem być przykładem? Czy nie powinienem przejawiać innego usposobienia, by moje postępowanie przyniosło korzyść innym członkom zgromadzenia?«
Chcę tu powiedzieć jeszcze słowo w nieco innej kwestii. Pamiętajmy, że nasz wpływ będzie ze strony większości oceniany w proporcji do posiadanego przez nas całościowego ducha pokory. Stwierdzamy, że mężczyzna lub kobieta, którzy próbują wybić się na czoło, sprawić, żeby byli widzialni, zaszkodzą w ten sposób wywieranemu przez siebie wpływowi; chciałbym to powiedzieć szczególnie w odniesieniu do starszych różnych zgromadzeń. Skoro bratu pozwała się zajmować stanowisko starszego, to zdaje mi się, że powinien on pełnić spoczywające na starszym obowiązki w takim duchu, który jest do tego stopnia przepełniony pokorą, że inni odnoszą błogosławieństwo z jego służby, a równocześnie z trudnością można się zorientować, że jest on starszym zboru.
Byłem w jednym zborze, gdzie część starszych dokładała wszelkich starań, żeby każdy wiedział, iż to oni są starszymi. Bywałem w zgromadzeniach, gdzie nie trwało to długo, a już wszyscy starsi powiadamiali mnie o swoim starszeństwie, o tym, jak długo są starszymi itd. Ktoś mógłby powiedzieć: »Nie było w tym nic złego, chcieli, żebyś był poinformowany w tym względzie«. Tak, ale obawiam się, że czasem istniały oznaki, jakkolwiek nie mogę tego osądzić, które kazały mi podejrzewać, że panował tam jakiś inny duch. Pamiętam pewien zbór, w którym wszyscy zdawali się być dość skromni, ale jeden brat – no, cóż, obawiam się, że chciał być bardziej uznawany i widoczny – otóż za pierwszym razem ten właśnie brat wyszedł na przód, by rozpocząć zebranie, za drugim razem znów ten sam brat przewodniczył w nabożeństwie, ale zanim rozpoczęło się trzecie zebranie, zapytałem: »Bracie, kto dzisiaj rozpocznie nabożeństwo?« – była to niedziela.
On rzekł: »Myślę, że ja, bracie Barton«.
»Czy są inni starsi w tym zborze?«
»0, tak, mamy czterech starszych.«
»Zakładam, bracie, że macie swoją kolejkę, bo byłoby miło, gdyby wszyscy starsi po kolei uczestniczyli w usłudze tego rodzaju. Spodziewam się, że jeden z tych braci rozpocznie dzisiejsze nabożeństwo.« »No, cóż, bracie Barton, jest mi wiadomo, że nie zechcą tego zrobić; przekazali tę usługę mnie i twierdzą, że ja mam to robić; wiem, że odmówią.«
Rzekłem: »Idź i ich zapytaj«.
Podszedł do jednego z tych braci i zapytał go, czy rozpocząłby zebranie. Tamten brat widocznie odmówił, więc ten wrócił do mnie i powiedział: »Twierdzi, że to ja powinienem raczej przewodniczyć; on nie chce tego zrobić«.
Powiedziałem: »Poczekaj, pójdę i pomówię z nim«.
Rzekłem: »Bracie, jesteś jednym ze starszych w tym zborze, czyż nie?«.
»Tak.«
»Czy nie mógłbyś rozpocząć dzisiaj nabożeństwa?«
»Sądzę, że brat ten a ten zrobiłby to lepiej.«
»Ależ, bracie, jeśli zgromadzenie wybrało cię na starszego, byłoby stosowniej, gdybyś przejął swoją kolej.«
»Dobrze, skoro tak uważasz, to w porządku.«
Brat ten rozpoczął nabożeństwo, a ja poprosiłem innego brata, żeby poprowadził następne i trzeciego o przewodniczenie w kolejnym. Jak się nie mylę, to chyba wszyscy starsi tego zboru mieli swoją kolejkę w usłudze rozpoczynania nabożeństwa, zanim zakończyła się tam nasza wizyta.
Chodzi o to, że bracia ci ewidentnie posiadali ducha pokory, ale jeden brat za bardzo chciał się wyróżniać. Powinien on był zwrócić uwagę pozostałych na fakt, że oni też mają coś do zrobienia, mają swoją sposobność zgodnie z głosem Pańskim wyrażonym poprzez zbór. Sugerowałbym, żeby bracia, którzy są starszymi zboru, byli szczególnie ostrożni w tym względzie, by nie brali na siebie zbyt wiele odpowiedzialności, pomijając innych starszych w zgromadzeniu. O ileż bardziej ostrożny powinien być brat, który jest jedynym starszym w zborze!
Znam pewien zbór, wspaniałe, zacne, również niewielkie zgromadzenie; brat, który jest tam starszym, usługuje temu zborowi bardzo wiernie. Miano tam o nim bardzo dobre zdanie, ale przyszedł czas, że ów brat stwierdził, iż ma możliwość pracy kolporterskiej. Musiał pożegnać swoich braci i odjechał. Wyznał mi, że po kilku miesiącach działalności kolporterskiej dowiedział się, że odkąd odszedł, nie odbyło się w tamtym zborze ani jedno zebranie. Braterstwo byli tak bardzo od niego zależni i poważali go do tego stopnia, że jak tylko odszedł, zbór się natychmiast rozpadł. Brat ten stwierdził: »Przeraziła mnie myśl, że nie wykorzystałem swojej pozycji z większym oddaniem, lecz pozwoliłem, by włożono na mnie całą odpowiedzialność, gdy tymczasem to ja powinienem był pomóc rozwinąć się innym braciom. Porzuciłem więc pracę kolportera i wróciłem do zgromadzenia. Teraz jest tam czterech czy pięciu starszych i gdybym odszedł, zbór na tym nie ucierpi«. A ty, bracie – jakie jest twoje stanowisko w tej kwestii? Czy nie musisz czasem wyznać, że brałeś raczej zbyt wiele na siebie, tak że zbór był od ciebie ogromnie uzależniony i że będzie to dla niego wielką próbą, gdybyś miał odejść? Czy może przeciwnie – ukazywałeś brak samolubstwa w swoim sercu, robiąc wszystko, co w twojej mocy, aby pomóc rozwinąć się innym braciom, tak żeby zbór – gdybyś został zabrany – był w stanie doskonale sobie ze wszystkim poradzić bez ciebie? Być może inni nie będą posiadać takich samych zdolności, ale w swoim czasie zrobiłeś ze swej strony wszystko, żeby im w owych sprawach dopomóc.
Inna rzecz: starszy, który wywiera największy wpływ na zgromadzenie, to starszy, który spełnia swe obowiązki w taki sposób, by inni z ledwością zauważali, że jest on starszym. Nie chełpi się z tego powodu, nie wykazuje oznak, jakoby chciał być zawsze na przedzie. Pamiętam, jak w jednym zborze pewna siostra opowiadała mi, że przechodzą w tym względzie doświadczenia. Mówiła, że były chore osoby w ich mieście i braterstwo poczuli się w obowiązku, byje odwiedzać; jedna siostra rzekła do drugiej: »Ty nie możesz w ogóle odwiedzać tej chorej osoby, bo nie jesteś diakonisą«. Wydaje mi się, że ujawnił się przy tym okropny duch; to straszne znaleźć się w takim stanie. My pragniemy ducha otwartości, ducha, który nie szuka swego. Często śpiewamy: „Ja chcę być niczym, niczym” [HoD 2291, ale czy to mamy na myśli, śpiewając? Jeśli dostaniemy się do Królestwa, to znaczy, że tak właśnie myśleliśmy. Chcemy należeć do klasy, która z serca może zaśpiewać: „Już nie ja, lecz tylko Ty” [HoD 224]. Pomyślałem o tym w związku z pewną ilustracją, na jaką natknąłem się niedawno i była ona bardzo odświeżająca. Chodziło o to, w jaki sposób nad tym światem panuje noc. Biblia mówi: „Z wieczora bywa płacz” [Psalm 30:6] – owa wielka noc grzechu, ciemności i ucisku, noc smutku, ale wiadomo, jak jest w ciągu nocy – gdy spojrzysz w górę, zobaczysz gwiazdy; jedna tu, jedna mała tam, a tam znów wielki gwiazdozbiór. Tak też jest w ciągu tej wielkiej nocy grzechu. Lud Boży jest jak te świecące gwiazdy. Mam nadzieję, że jesteś jedną z takich gwiazd, która jaśniała w ciągu nocy w swoim otoczeniu. Jestem wdzięczny, że po całej ziemi Pan ma rozproszone takie gwiazdy, tych, którzy błyszczą i jaśnieją. Wiemy, czym gwiazdy są. Swego czasu astronomia nie była znana tak dobrze jak dzisiaj; dawno temu ludzie sądzili, że gwiazdy to po prostu dziury w sklepieniu nieba, a światło, które migotało w gwiazdach, było po prostu światłem niebios przeświecającym przez owe otwory w sklepieniu. Samoistnie nasuwa się myśl, że jest to dokładnie to, czym musimy być. Mamy być takimi otworami, przez które przenika światło z niebios. Czym jest otwór? Gdyby ktoś mnie zapytał, czym jest otwór, odpowiedziałbym, że według mnie otwór jest niczym, co otacza dookoła jakaś rzeczywista materia. Tak więc, gdy wy i ja osiągniemy taki stan bycia niczym, a Bóg otoczy nas swą rzeczywistą dobrocią, łaską, miłością i mądrością, wówczas będziemy otworami, przez które świecić będzie niebiańskie światło. Wtedy możemy wywierać najbardziej pomocny wpływ na naszych braci, a oni również mogą wywrzeć swój najbardziej przydatny wpływ na nas. Dlatego też nie chcemy opuszczać wspólnego zbierania się, gdyż nie tylko stwarza to okazje, byśmy sami się budowali, ale również współuczestniczyli w budowaniu Ciała Chrystusowego.
Istnieje jeszcze inna przyczyna, dla której nie wolno nam opuszczać schodzenia się razem, a mianowicie taka, że w społeczności z ludem Bożym znajdujemy szczególnie pomocne możliwości duchowego rozwoju. Nie znajdziemy ich w świecie, między innymi dlatego, że gdy wy i ja wchodzimy w kontakt ze światem, to jeśli przejawia on złego ducha, nie dziwi nas to. Mówimy, że ludzie ci nie uczynili żadnego wielkiego wyznania, nie twierdzili, że będą naśladowcami Pana Jezusa Chrystusa; nie możemy spodziewać się niczego lepszego, lecz trzeba nam zaakceptować ten niemiły świat. Gdy natomiast spotykamy się z ludem Bożym, oczekujemy czegoś lepszego i skutek jest taki, że gdy stwierdzamy, iż lud Boży jest niedoskonały, gdy się przekonujemy, że czasem robią oni rzeczy, których raczej nie powinni robić i mówią rzeczy, których raczej nie powinni mówić, to pomaga nam to rozwijać w sobie większą miarę duchowości, większą miarę owoców ducha świętego, niż byłoby to możliwe, gdybyśmy mieli do czynienia z osobą światową.
Uważam, że wszyscy oczekujemy zbyt wiele od ludu Bożego. Mamy przecież świadomość, że jesteśmy w ciele i wiemy, że dopóki jesteśmy w ciele, jesteśmy niedoskonali i mamy wszyscy swoje upadki. Jesteśmy jednak wdzięczni, że te upadki, niedoskonałości i wady nie należą do nowej, lecz do starej natury – nie biorą się z serca, lecz raczej z ciała. Sądzę, że gdybyśmy o tym pamiętali, bylibyśmy gotowi okazywać więcej przychylności tym, z którymi mamy kontakt i mielibyśmy więcej pobłażliwości dla tych drogich braci i sióstr, którzy zrobią czasem coś, co nam się zupełnie nie podoba.
Pamiętam słowa apostoła Pawła w Rzym. 15:24. Mówi, że wybierał się do Hiszpanii i sądził, że uda się tam przez Rzym, że zatrzyma się w tym mieście i przez chwilę zagości pośród rzymskich braterstwa; wyraża też nadzieję, że spotkawszy braci w Rzymie, będzie nimi niejako napełniony. Tak oddaje to Biblia Króla Jakuba. W innym tłumaczeniu brzmi to nieco jaśniej – że miał on nadzieję, iż po części będzie z nich zadowolony. Co takiego?! Czy Apostoł oczekiwał tylko częściowego zadowolenia z braci w Rzymie? Czy nie spodziewał się całkowitej satysfakcji? Nie. A dlaczego? Cóż, nie był on do końca zadowolony z samego siebie, jak więc mógł być całkowicie zadowolony z nich? Mam świadomość, że siebie znam o wiele dłużej niż was i wiem, że mam szanse lepiej zrozumieć motywy swego postępowania, niż mógłbym przypuszczalnie zrozumieć wasze motywy, ponieważ nie potrafię czytać w waszych sercach. Poza tym wiem, że miałem mnóstwo czasu, żeby przyzwyczaić się do swoich własnych osobliwości i dziwactw, natomiast niezbyt wiele sposobności przywyknięcia do waszych. Musi więc być tak, że skoro po tych wszystkich latach nie jestem zadowolony z siebie, to jakim sposobem miałbym być zadowolony z was? Wiem, że są w was rzeczy, które mi się nie podobają; jeśli nie wiem, jakie są to rzeczy, to jest tak po prostu dlatego, że nie przebywałem pośród was wystarczająco długo. Gdybyśmy przeżyli pod jednym dachem jakieś pół roku, wówczas prawdopodobnie wiedziałbym więcej o waszych słabościach, wy zaś wiedzielibyście co nieco o moich. Naszym przeto zadaniem jest pielęgnowanie nie takiego ducha, który chętnie upatrywałby winy po stronie brata, bo jest słaby, lecz raczej takie usposobienie, które poprzez słabości braterstwa stara się osiągnąć dla siebie wzmocnienie, korzyść i pomoc. W jaki sposób słabości te mogą nam dopomóc? Poprzez rozwijanie w nas w większym stopniu ducha cierpliwości, współczucia itp. – ducha, który będzie mieć wzgląd na brata.
Słyszałem o jednym przypadku, który to bardzo dobrze obrazuje. Pewien brat jechał pociągiem na konwencję. Jechała nim też na tę konwencję całkiem spora grupa braci. Gdy szedł przez jeden z wagonów, rozmawiając z kilkoma przyjaciółmi, przysiadł się do jednego brata, by także z nim porozmawiać. Stwierdził, że jest to jeden z najbardziej nieprzyjemnych braci, jakich kiedykolwiek spotkał; nie podobał mu się jego sposób bycia, mówienia, niektóre z jego manier itp. Skutek był taki, że szybko zakończył tę rozmowę i wstając, rzekł sam do siebie: »Cóż za żałosny brat, nie chcę być razem z nim na tej konwencji«. Opowiadał, że po kilku krokach przyszła mu do głowy myśl: »Spójrz, to jest brat, który stanowi dla ciebie okazję, by się uniżyć. Czy nie sądzisz, że skoro Pan go przyjął, ty nie możesz się odwracać do niego plecami? Twoim obowiązkiem jest okazanie lepszego ducha, niż pokazałeś względem tego brata«. Powiedział, że wrócił się i usiadł znowu obok tego brata, po czym rozmawiał z nim jakiś czas i wreszcie rzekł: »Bracie, czy zarezerwowałeś wcześniej pokój dla siebie na czas konwencji?«.
»Nie, odrzekł tamten, sądziłem, że dostanę pokój po przyjeździe i nie pisałem wcale w tej sprawie.«
»Ja również tego nie zrobiłem, stwierdził tamten brat, nigdy nie robię wcześniejszej rezerwacji; może więc ty i ja moglibyśmy poprosić o wspólny pokój?«
Brat ten opowiadał następnie, że gdy dojechali na konwencję, dostali pokój razem, a łączność z tym nieprzyjemnym bratem była dla niego najprzyjemniejszym przeżyciem na tej konwencji. Stwierdził, że za nic na świecie nie chciałby tego stracić. Znajomość ta i czas, jaki spędzili razem, okazały się dla niego błogosławieństwem, pożytkiem i wzmocnieniem.
Tak samo jest i z nami. Gdy spotykamy się z osobami, które zdają się przejawiać jakieś nieprzyjemne cechy, to nie należy od nich uciekać, lecz patrzeć na nową naturę. Nie patrz na starą naturę; z nowej natury nie możemy zobaczyć wiele, ale ona tam jest. Powinniśmy myśleć raczej o tym, by chodzić według ducha, a nie według ciała.
Sądzę, że często jest tak samo jak z naszymi wizytami w niektórych domach zimową porą. Czasem zachodzimy do jakiegoś domu i jest tam małe dziecko; jego matka jest z niego bardzo dumna i chce nam je pokazać. Przyniesione dziecko jest całe zawinięte w becik i stwierdzasz, że strasznie trudno w ogóle coś zobaczyć. Stopniowo wszakże dostrzegasz w tym zawiniątku mały otwór i spoglądając przezeń, widzisz kawałeczek noska niemowlęcia, zaś matka mówi: »Czy nie uważasz, że to wykapany tata?«. »Nie widzę na tyle, żeby to stwierdzić, ale sądzę, że tak«. Tak samo jest z ludem Bożym. Oni wszyscy są obrazem swojego Ojca, nie możesz jednak oczekiwać, że dojrzysz wiele z tego obrazu. Jest on zawinięty w cielesną powłokę, a wy i ja chcemy należeć do klasy, w której jedni o drugich nie będą myśleć według ciała. Pamiętajcie, co powiedział Apostoł: „Nikogo według ciała nie znamy”
Drodzy przyjaciele, nie opuszczaj my społecznego zgromadzenia. Chciejmy należeć do tych, co w pełni doceniają tę możliwość społeczności. Niech Pan nas błogosławi, gdy z tego wielkiego zgromadzenia udamy się do naszych lokalnych społeczności. Oby czas, jaki tu razem spędziliśmy, umocnił nas w Pańskim duchu, tak żebyśmy udając się do małych zborów, przekazali im silę i pokrzepienie nie tylko przez to, co będziemy potrafili im opowiedzieć, ale też przez ducha, jakiego okażemy, i życie, jakie będziemy prowadzić. Jeśli ta konwencja wzniosła nas na nieco wyższy poziom w stosunku do tego, na jakim byliśmy wcześniej, to mamy propozycję: Pozostańcie na tym poziomie; nie wracajcie na stary poziom – a w zasadzie nie zostawajcie na tym wyższym poziomie, lecz próbujcie iść jeszcze wyżej, aż stopniowo, dzięki Pańskiej opatrzności, ciesząc się błogosławieństwem płynącym z tych małych zgromadzeń, będziemy mogli być wszyscy przygotowani do zajęcia miejsca w tym wielkim zgromadzeniu, jakie mamy nadzieję dzielić z naszym Panem i Mistrzem.
St. Paul Enterprise, 28 listopada 1916