Niektóre dowody poświęcenia
„,Na ostatek niechaj mi nikt trudności nie zadaje;
albowiem ja piętna Pana Jezusowe noszę na ciele moim” – Gal. 6:17.
Konwencja Badaczy Pisma Świętego w Hot Springs, Arkansas, 1-8 czerwca 1913.
Wszyscy mamy świadomość faktu, że w czasach biblijnych niewolnictwo było niemal powszechnym zjawiskiem. Wiem też, że za owych dni w zwyczaju było nie tylko posiadanie niewolników, lecz nierzadko także wypalanie własnym niewolnikom piętna, tak jak dzisiaj wypała się znaki bydłu. Bardziej okrutni właściciele piętna oznajmiające o niewolniczym stanie wypalali swym niewolnikom na czołach. Niektórzy znakowali rękę czy ramię, a ci bardziej rozważni mówili: »Może któregoś dnia niewolnik ten wyświadczy mi jakąś przysługę, może uratuje mi życie lub życie kogoś z członków mojej rodziny i w zamian za jego służbę zechcę zwrócić mu wolność – dlatego nie chcę, żeby zawsze nosił na swoim ciele ten znak niewolnictwa« i znakowali swego niewolnika gdzieś z tyłu, w miejscu skrytym, trudno dostrzegalnym. Tym sposobem każdy niewolnik nosił na swoim ciele znaki swego pana. Historia poświadcza nie tylko ten zwyczaj, ale donosi również, że w czasach antycznych niewolnicy byli traktowani z niewiarygodnym okrucieństwem. Z historii dowiadujemy się, że nawet z niewolnikami galijskimi i greckimi obchodzono się bardzo niehumanitarnie. Uznawano tylko nieliczne ich prawa i prawie zupełnie o nich nie dbano w tych starożytnych czasach, stąd też ich los był bardzo ciężki. Często niewolnik idący drogą i mijający jakąś budowę domu mógł zostać zatrzymany przez właściciela, który mu nakazywał: »Chodź tu i pomóż mi wciągnąć te belki na górę«. Niewolnik mógł odpowiedzieć: »Nie mogę, bo śpieszę wy- konać polecenie mojego pana».
»Nie obchodzą mnie sprawy twojego pana; albo mi pomożesz z tą belką, albo cię wychłostam.«
Ów biedny niewolnik musiał zaniedbać sprawy swoj ego pana, ale możliwe, że po tym, jak pomógł danemu człowiekowi przy budowie, w domu itak czekała go chłosta, bo pan musiał ukarać swego niewolnika za zwłokę w wypełnianiu swoich obowiązków. Czasem jednak na człowieka, który usiłował w ten sposób przeszkodzić niewolnikowi w jego pracy, czekała przykra niespodzianka. Gdy niewolnik idący drogą został zatrzymany przez kogoś, kto rozkazywał: »Pomóż mi wyciągnąć te belki na górę mojego domu«, mógł odpowiedzieć: »Nie mogę, sprawa mojego pana jest bardzo ważna i nie mogę jej zlekceważyć«.
»Nie obchodzą mnie sprawy twojego pana, ukarzę cię, jeśli mi nie pomożesz. Nie możesz mi odmówić.«
Niewolnik mógł ponownie odpowiedzieć: »Nie mogę«.
A gdy człowiek ów zamierzał go wychłostać, niewolnik mógł odwinąć rękawy i powiedzieć: »Popatrz tutaj i nie rób problemu; noszę na ciele piętna cesarza, jestem cesarskim niewolnikiem, więc nie ośmielisz się przeszkodzić mi w załatwieniu spraw cesarza«. Wówczas tamten musiał ustąpić.
Apostoł Paweł wykorzystał to dla zobrazowania swej własnej pozycji. Mówi on: „Na ostatek niechaj mi nikt trudności nie zadaje; albowiem ja piętna Pana Jezusowe noszę na ciele moim”. Jestem Jego niewolnikiem, nie jakiegoś zwykłego władcy. Nie, nie; wielki Król królów i Pan panów jest moim panem. Czy nie widzisz znaków na moim ciele? Nie przeszkadzaj mi, nie jestem twoim niewolnikiem, lecz Jego.
Jest wam wiadomo, że apostoł Paweł często określał się mianem sługi Jezusa Chrystusa. W języku greckim da się to wyrazić znacznie dobitniej niż po angielsku. Ci, którzy posługują się wersją poprawioną lub tłumaczeniem Diaglott, zauważą, że mamy tam: „Paweł, więzień Jezusa Chrystusa” [Filem. 1:1,9]. Paweł nie był jedynie sługą; on chciał, żeby każdy wiedział, iż był on sługą w najbardziej absolutnym znaczeniu – był więźniem, był niewolnikiem. Drodzy przyjaciele, ufam, że i wy, i ja, jak stary Paweł, nosimy na ciele piętna Pana Jezusowe. Oznaki te znajdują się pośród innych dowodów, że nie należymy już do siebie, lecz należymy do Niego; że uczyniliśmy poświęcenie, o którym tak szeroko słyszeliśmy w dzisiejszych wykładach. A tego popołudnia czeka nas mały sprawdzian, żebyśmy się przekonali, czym są owe piętna oraz czy je posiadamy, czy też nie. Nie zamierzam was sprawdzać, aby stwierdzić, czy posiadacie te oznaki ani sprawić, żebyście wy przeegzaminowali mnie; zechciejmy przypatrzeć się własnym sercom, oceńmy sami siebie i zobaczmy, czy nosimy na swoich ciałach piętna Pana Jezusa.
Czym byłyby te piętna Pana Jezusa? Możemy mówić o nich na dwa sposoby: Po pierwsze, że byłyby to pewne znaki, które Jezus każe nam rozumieć jako znaki rozpoznawcze Jego uczniów, Jego sług. To były znaki Pana Jezusa. Gdy się czyta, co Pan Jezus mówi o tym, czego spodziewał się u swoich uczniów, u swoich sług – to są to właśnie znamiona Pana Jezusa. Po drugie, jak wiadomo, Jezus nosił pewne znamiona. Przede wszystkim były to pewne cechy charakteru, pewne przymioty, które wyróżniały Jezusa i czyniły zeń człowieka odmiennego od innych, człowieka szczególnego, dziwnego. To także były znaki Pana Jezusa. Ponadto Jezus nie tylko nosił pewne znamiona charakteru, ale Jego życie naznaczone było pewnymi szczególnymi doświadczeniami, przeżyciami, które w takim kształcie nie były udziałem innych ludzi na tej ziemi. To również były piętna Pana Jezusowe. I z tych dwóch punktów widzenia możemy popatrzeć na nasze własne.
Najpierw chcemy rozpoznać w naszych ciałach owe znaki, jakie w myśl słów Jezusa powinni mieć Jego słudzy. W następnej kolejności chcemy posiąść na swoich ciałach znamiona, jakie On posiadał – niektóre ze znamion Jego charakteru i niektóre ze znamion Jego doświadczeń. Chcemy mieć charakter, który będzie przypominał ten, który On posiadał oraz chcemy mieć udział w Jego doświadczeniach – jeśli tak będzie, to znaczy, że również w naszych ciałach odciśnięte są piętna Pana Jezusowe.
Nasz Odkupiciel zostawił nam listę tych znaków i zamierzamy się nad nimi zastanowić. Jest ich osiem, a wymienione są w piątym rozdziale Ewangelii Mateusza, wersety 3 do 11. Pierwszy: Oto słowa Jezusa: „Błogosławieni ubodzy w duchu; albowiem ich jest królestwo niebieskie” [Mat. 5:3]. Jezus nie miał na myśli, że błogosławieni są ci, którzy są biedni pod względem ducha świętego ani że błogosławieni są ubodzy w ducha Bożego lub też, że błogosławieni ubodzy w ducha gorliwości i pobożności oraz poświęcenia się Bożej woli. 0, nie! Jezus miał na myśli tych, którzy są ubodzy pod wzglądem ducha tego świata, ducha ciała, ubodzy w zakresie ducha samolubstwa i pychy. Innymi słowy ubóstwo duchowe jest tutaj synonimem pokory – uniżenia umysłu i serca.
Przyznajemy, że gdyby wziąć pod uwagę jakąś jedną rzecz, która odznaczała Jezusa bardziej niż cokolwiek innego, to jest to właśnie Jego wszystko przewyższająca pokora. Jakże cudownie był On pokorny! Dostrzegamy Jego pokorę w gotowości opuszczenia chwały niebios i przyjścia na tę ziemię, aby się stać członkiem ludzkiej rasy. Jakiż to był wspaniały krok! Nie był to krok dla naszego odkupienia. Jezus nie odkupił nas przez przyjście tutaj. Odkupieni zostaliśmy dzięki Jego śmierci. Nie przywiódł nas do harmonii z Ojcem, zstępując tutaj, a jednak uznajemy, że był to krok pełen uniżenia, zasadniczy dla stania się przez Jezusa członkiem rodzaju ludzkiego, co z kolei możliwym uczyniło odkupienie ludzkości. Chociaż był On bogaty, dla nas stał się ubogi. Wiem, że wymaga to odpowiedniej wiedzy i ogromnej wiary, by uznać, że w kroku tym było coś wspaniałego. Wymaga to zaznajomienia się z tym, czego naucza Biblia odnośnie wielkiej różnicy między stanem niebieskim a ziemskim, niezbędna jest do tego także wiara, jak i do tego, by pojąć, co to oznaczało dla Jezusa. Dzisiaj niektórzy ludzie powiedzieliby: »Och, nie uważam, żeby było w tym coś godnego podziwu; wydaje mi się, że całkiem przyjemnie jest żyć na ziemi i nie widzę powodu, żeby w związku z tym Jezus musiał się uskarżać. Może nie było tak dobrze jak w niebie, ale było dość dobrze i mógł On być zadowolony«. Gdybyśmy kiedykolwiek byli tam w górze i dojrzeli przebłysk niebiańskiej chwały, poczulibyśmy tę różnicę.
Czasem myślę, że to jest tak – żeby to zobrazować – jakby chodziło o jakieś zwierzęta niższego rzędu. Powiedzmy, że karaluchy zgrzeszyły i muszą być odkupione, a jedynym sposobem ich odkupienia jest to, żebyśmy wy i ja zeszli gdzieś tam na dół, stali się karaluchami i pełzali wraz z nimi w ciemnościach i w brudnych miejscach między belkami pod podłogą przez trzydzieści trzy i pół roku. Czy zgoda na taki krok nie wymagałaby ogromnej dozy uniżenia? Z pewnością, a mimo to nie sądzicie chyba, że karaluchy doceniłyby to poniżenie, jakie okazalibyście, podejmując taki krok. Przypuszczam, że gdybyście napomknęli coś do nich o tym, jakie poniżenie stanowił ów krok, odpowiedziałyby: »Nie rozumiem, czemu narzekasz na twój obecny stan jako karalucha. Jest całkiem nieźle; myślisz, że lepiej być człowiekiem, ale ja uważam, że powinieneś być wdzięczny – spójrz, jakie piękne, ciemne miejsce pod podłogą. Widzisz te hałdy brudu pod deskami? Któż pragnąłby przyjemniejszego skupiska brudu, żeby móc po nim pełzać?«. Nie doceniłyby one twojego kroku. Tak samo jest dzisiaj z członkami rodzaju ludzkiego; nie potrafią sobie uzmysłowić, co znaczyło dla Jezusa pozostawienie chwały, zstąpienie na ziemię i stanie się człowiekiem.
Uważam, że pokora jest jedną z cnót, które są w znacznym stopniu źle pojmowane. Wielu ludzi zdaje się mieć na przykład takie pojęcie pokory: To pokora każe twierdzić: jestem najbardziej przeciętną osobą na całej ziemi; sądzę, że nie ma na ziemi osoby, której serce byłoby w gorszym stanie niż moje«. To w ogóle nie jest pokora. Fakt jest taki, że można mieć świadomość własnej wielkości, jak w przypadku naszego Ojca Niebieskiego, a mimo to równocześnie być pokornym. Czy Bóg jest pokorny? Tak, drodzy przyjaciele, ale jest to pokora słusznego rodzaju. Gdy Szatan zbuntował się przeciwko Bogu i przywiódł Adama i Ewę do grzechu, Bóg nie okazał rzeczonej pokory, która kazałaby Mu powiedzieć: »No cóż, nie wiem, może Szatan potrafi ogarnąć sprawy tak samo dobrze jak ja. Może miałem zbyt wygórowaną opinię o sobie. Mam nadzieję, że Szatanowi się powiedzie w jego wysiłkach, by władać ziemią; naprawdę będę się cieszył. Może jest on tak samo zdolny i sposobny jak ja«. Czy uważacie, że byłoby to przejawem uniżenia, gdyby Bóg tak powiedział? Ależ oczywiście, że nie. Wskazywałoby raczej, że coś jest nie tak z naszym Ojcem Niebieskim. Nasz Ojciec Niebieski wie, że to On jest najpotężniejszą istotą we wszechświecie. Wie również, że bez Niego wszechświat nie ostałby się ani przez moment. Wie, że wszelka mądrość i dobroć w tym wszechświecie w Nim się skupia. Wie, że cała reszta wszechświata może doświadczyć powodzenia tylko wtedy, gdy będzie się na Nim wzorować, naśladować Go i odzwierciedlać Jego podobieństwo. Czy sądzicie, że to pycha każe naszemu Ojcu Niebieskiemu w taki sposób przemawiać przez proroków? Ależ nie. Nasz Ojciec Niebieski okazuje najwspanialszą pokorę w tym, że skłonny jest przyjąć was i mnie do swojej rodziny i nazywać nas synami i córkami. Znacie te słowa: „Bo tak mówi Ten, który jest Wysoki i Wyniosły, który króluje wiecznie, a którego imię jest Święty”: Króluję na wysokim i świętym miejscu, lecz jestem też z tym, który jest skruszony i pokorny duchem, aby ożywić ducha pokornych i pokrzepić serca skruszonych” [Izaj. 57:15 NB]. Pokora nie wyraża się w sposób sentymentalny – o, jesteś słaby i biedny, jesteś niczym itp., bo jeśli tak, to Bóg nigdy nie posiadał pokory i nigdy nie odczuwał w ten sposób, podobnie Jezus nigdy tak nie odczuwał ani też nie miał takiego poczucia żaden z aniołów, którzy pozostali świętymi. Wiedzieli, że Bóg ich uczynił takimi i takimi pozostali. Natomiast uniżenie naszego Niebiańskiego Ojca pokazało się w tym, że był gotowy zstąpić na dół, aby nas poznać i zajmować się nami. Również Jezus. Pomyślcie o tym uniżeniu potrzebnym, by opuścić niebiańską chwałę, zejść na ziemię i być znalezionym jako człowiek. A to był zaledwie pierwszy krok w procesie uniżenia, które dla naszego Odkupiciela trwało wiele lat. Pomyślcie o pokorze, jaką Jezus okazywał tu na ziemi. Czasem rozmyślam o tym, że aby zapewnić utrzymanie dla swojej matki, nasz Odkupiciel musiał pracować jako cieśla. Wielu odnotowuje, że Józef był cieślą, ale zdają się nie dostrzegać, że Biblia cieślą nazywa Jezusa. Ludzie pytali: „Czy to nie jest ów cieśla” [Mar. 6:3]. Jestem całkowicie przekonany, że nasz Pan Jezus jako cieśla nie mógł mieć pracy wysokiej klasy. Ze światowego punktu widzenia nie był wystarczająco prominentny. Jego matka i Józef byli biednymi ludźmi. Wiemy, że musiała to być bardzo biedna rodzina i jak sądzę, cała stolarska praca Jezusa poległa na naprawianiu klatek dla ptactwa, zagród i ogrodzeń oraz tego rodzaju czynnościach. Tylko sobie wyobraźcie – istota, która stwarzała gwiazdy, wykonująca tu, na dole takie prace! Istota, która pomagała przy stwarzaniu aniołów jako wielkie „narzędzie” Ojca, wykonująca taką pracę! Wyobraźcie sobie, jak istota, która jako główny reprezentant Ojca uczyniła wszystko tak dobrze, pochyła się nad takimi czynnościami! Gdyby nasz Odkupiciel miał ducha pychy, rzuciłby siekierę, rozejrzał się i orzekł: »Przecież jestem stworzony do czegoś wyższego niż to; zajmowanie się taką pracą obraża moją godność«. Ale nie, On okazał pokorę. Za każdym razem, gdy wykonywał klatkę dla drobiu, był tak samo staranny i dokładny, jak gdyby robił skrzydła dla aniołów. I za każdym razem, gdy naprawiał zagrodę, robił to z taką samą precyzją i dbałością, żeby wszystko zrobić dobrze, z jaką postępował, wieszając gwiazdy tam w górze.
Lekcja dla nas: Jeśli mamy nosić na swoim ciele piętna Pana Jezusowe, musimy przejawiać pokorę. Nikt nie może o sobie mówić, że jest sługą Jezusa Chrystusa, jeśli nie otrzymał znaku pokory na swoim ciele. Uznajemy, że pokora potrzebna jest po pierwsze do poświęcenia. Jeśli nie jesteśmy skłonni uniżyć się pod wszechmocną ręką Boga, nie możemy wejść przez ciasną bramę, o której mówił Jezus, gdy rzekł: „A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; a mało ich jest, którzy ją znajdują” [Mat. 7:14]. Stwierdzamy, że jest bardzo wielu takich, którzy nie są gotowi uczynić tego poświęcenia po prostu dlatego, że nie chcą ukorzyć się w stopniu niezbędnym do wejścia przez tę ciasną bramę na wąską drogę. Czasem zdarza się, że brat podjeżdża do ciasnej bramy i wąskiej drogi automobilem. Dociera tam i stwierdza: »Panie, nie przejadę moim pojazdem«.
»Nie, nie taki był mój plan.«
»Co mam zrobić, Panie?«
»No cóż, musisz zostawić swój pojazd na zewnątrz.«
»Och, Panie, tego nie mogę uczynić. Czy nie poszerzyłbyś nieco tej bramy?«
»Nie.«
»A zatem nie nadążasz za zmianami, Panie; wiesz, w dzisiejszych czasach robi się szersze bramy; moją maszyną nie przejadę.«
»Nie planowałem, że kiedykolwiek to zrobisz.«
»Zatem zrobię rundę po kraju, Panie, może za kilka dni zmienisz zdanie i będzie na tyle przestronnie, że przejadę swoim automobilem.«
Po nim zbliża się człowiek, ciągnąc swój sklep spożywczy. Stwierdza:
»Panie, nie przedostanę się z tym.«
»Nie, musisz to zostawić na zewnątrz.«
»Nie mogę tego zrobić.«
Jeszcze inny wlecze swoje stuakrowe gospodarstwo. Następny ciągnie za sobą własną reputację lub coś w tym rodzaju. Nie mogą przejść.
Gdy mówię, że Pan ma na myśli, iż powinni zostawić te rzeczy na zewnątrz, nie chodzi mi o to, że Pan twierdzi, iż mają pociąć pojazd i wyrzucić, lecz ma On na myśli pozostawienie na zewnątrz w sensie nieprzywiązywania swych uczuć do tych rzeczy. Innymi słowy należy uniżyć się do takiego stopnia, żeby być gotowym pozbyć się swej dumy i postanowić: »Panie, rezygnuję z tego wszystkiego dla Ciebie; chcę czynić Twoją wolę za wszelką cenę, o każdej porze i w każdych okolicznościach«. Wiadomo, że nawet po wstąpieniu na wąską drogę wydaje nam się, że robi się ona coraz węższa. Zaczęliście nią iść i po pokonaniu niewielkiego odcinka stała się ona tak wąska, że utknęliście; mury na was napierają z każdej strony, a wy mówicie: »Nie wiem, jak pójdę dalej; co mam zrobić?«. Jest tylko jedno rozwiązanie: będziecie musieli ująć kawałek siebie i nieco „zeszczupleć” To umożliwi wam przejście trochę dalej. Nie chodzi o rzeczywiste odcięcie literalnego kawałka swego ciała, lecz zgodnie z tym, co miał na myśli Odkupiciel, o to, że lepiej wejść do Królestwa bez jednej ręki, niż mając obie ręce, wrzuconym być do gehenny. Inaczej mówiąc: chociaż przyjemności i gratyfikacje są tak cenne jak ręka, lepiej się ich pozbawić, niż zawrócić.
Idziecie dalej wąską ścieżką, a ona robi się jeszcze węższa i musicie pozbyć się kawałka z drugiej strony. Idąc trochę dalej, tracicie kolejną porcję. I tak podążacie dalej, a potem stwierdzacie: »No cóż, Panie, dotarłem domiejsca, w którym jestem już taki mały, jak powinienem; dalej nie pójdę. Tu zamierzam się zatrzymać. Nie pozbawię się już ani kawałka więcej«. Ów człowiek staje tam, aż w końcu Pan podkłada pod niego laskę dynamitu i zmiata go z drogi. Chodzi bowiem o to, by wytrwać na tej wąskiej drodze. Jak długo będzie ona się zwężała? Będzie się stawać coraz węższa, aż dwie ściany prawie się ze sobą zetkną. Jak się przedostaniemy, gdy droga stanie się aż tak wąska? Żeby w ogóle przejść, musimy być niczym; tak jak śpiewamy: „Ja chcę być niczym, niczym”
A zatem, drodzy przyjaciele, tak przedstawia się nasze doświadczenie w kwestii pokory. Bardzo się cieszę, że dzięki Bożej opatrzności żyjemy w dniu, gdy tak wiele środków i tak wiele czynników pomocnych do rozwijania pokory mamy w swoim zasięgu. Jestem wdzięczny za przywilej rozdawania ulotek w pociągach i za podobne sprawy. Wydaje mi się, że nie można było wymyślić lub wynaleźć nic lepszego dla takiego skutecznego rozwijania pokory, jak właśnie owe środki. Mam nadzieję, że wszyscy korzystacie z tych łaskawych metod, nie czekając, aż Pan znajdzie jakiś łatwiejszy sposób, by obdarzyć nas pokorą. Widzimy więc, że wystarczający stopień pokory osiągamy wtedy, gdy wykazujemy gotowość złożenia samych siebie na ofiarniczym ołtarzu lub bycia złożonym na ołtarzu ofiary, czyli w momencie stania się niewolnikami Pana Jezusa Chrystusa. Jest to chwila, gdy piętna Pana Jezusowe zaczynają być odciskane na naszym ciele. A choć zdajemy sobie sprawę, że znamiona te nie są ani tak wyraziste, ani tak głębokie, jak będą za kilka lat, a może za kilka miesięcy – bo itak może być – wszakże cieszymy się, że moment naszego poświęcenia oznacza czas, kiedy w naszym przypadku pokora uzyskała tak definitywną postać, że byliśmy gotowi na złożenie nas w ofierze.
Przejdziemy teraz do następnego z tych znamion. W wersecie czwartym nasz Zbawiciel mówi: „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni” [Mat. 5:4 NB]. Jezus nie miał na myśli, że błogosławieni są ci, którzy się smucą ze światowego punktu widzenia, tak jak nie mówił o błogosławionych, którzy są ubodzy w duchu, według pojęć tego świata. Są dwa sposoby, żeby być ubogim w duchu: droga ludzka i droga Boża. Na przykład ktoś cię źle traktuje, a ty nie zabiegasz o swoje prawa; świat powie: »Ten człowiek jest biedny w duchu«. Jednak Jezus tak nie myślał. Tak samo jest ze smuceniem się. Nasz Odkupiciel nie uważał, że błogosławieni są ci, którzy się smucą, bo nie mogą mieć własnego domu; błogosławieni ci, którzy się smucą, bo nie mogą sobie kupić auta; błogosławieni ci, którzy są smutni, ponieważ nie mogą kupić diamentu, jaki widzieli u jubilera na wystawie; błogosławieni ci, co się smucą z powodu silnych bólów głowy. Nie, nie. On miał na myśli, że błogosławieni ci, którzy się smucą tak, jak On się smucił. Jakże odmienny był Jego smutek od smutku innych ludzi. W Jego smuceniu się było coś niesamolubnego. Pamiętacie, że gdy poszedł do grobu Łazarza, nie nad sobą zapłakał. Gdy płakał nad Jerozolimą, smucił się nie nad sobą, lecz z ich powodu. Płakał na myśl o tym, że nie są skłonni wielbić i czcić Boga tak jak powinni, i o tym, co ich czeka z powodu nieposłuszeństwa. Potem, przy innej okazji, smucił się w ogrodzie Getsemane. Pamiętacie Jego łzy i Jego usilne wołanie. W tym znowu było coś niesamolubnego; płakał nie dlatego, że musi umrzeć; dla tej przyczyny przyszedł na świat. Płakał z powodu kielicha, z którego wtedy pił. Cóż to był za kielich? Kielich oczekiwania na śmierć? Nie. Pan Jezus był bardzo zatroskany o to, żeby Ojciec był zadowolony w każdym najdrobniejszym szczególe, i zdawał sobie sprawę, że Jego sposobność wykonania powierzonego Mu przez Ojca dzieła – odkupienia ludzkości – zależy od Jego rzeczywistej doskonałości. Zdawał też sobie sprawę, że nie ma adwokata, który by się wstawiał w przypadku Jego niedociągnięć, i to w związku z tym Pan się smucił. Nie było w tym nic samolubnego. Stąd też mówimy: Błogosławieni jesteśmy, jeśli smucimy się tak jak Jezus, jeśli nasz smutek nie jest samolubny. Czy smucicie się, bo chcecie uwielbić Pana w znacznie większym stopniu, niż zdają się tego pragnąć ludzie? Czy smucicie się, bo pragniecie więcej radości i pokoju, jakie daje bliższe zaznajomienie się z Bogiem i lepsze zrozumienie Jego planu? 0, to jest właściwe smucenie się!
Pamiętam, jak jeden brat z północnego wschodu powiedział do mnie jakiś rok temu: »Wiele lat temu straciłem dziecko i myślałem, że nigdy się z tym nie uporam. Płakałem i rozpaczałem, aż pomyślałem, że sobie „wypłaczę oczy”; gdy to wszystko minęło, postanowiłem całym swoim umysłem, że już więcej nie będę płakał. Umarło mi inne dziecko, a ja nie płakałem. Umarła moja żona – nie płakałem. Miałem wiele poważnych problemów, ale zawsze potrafiłem tak zapanować nad swoimi uczuciami, że nic nie było widać na zewnątrz. Ale powiedział – gdy wieczorem kładłem się spać, rozmyślałem o wszystkich swoich słabościach i niedoskonałościach oraz niezdolności lepszego niż obecnie służenia Bogu i płakałem, płakałem, aż moja poduszka była mokra od łez«.
O, to było takie smucenie się, jakie chce widzieć w nas Jezus. To jest właściwy rodzaj smutku. Jest to smutek na wzór Jezusowego smucenia się. Jeśli smucicie się, bo mówicie tyle rzeczy, których wcale nie chcieliście powiedzieć – smucicie się jak On. Jeśli smucicie się, bo wasze ręce robią tyle rzeczy, których wcale nie chcieliście robić, smucicie się jak On. Jeśli smucicie się, bo wasze nogi idą w tyle miejsc, do których nie chcieliście iść – smucicie się tak jak Jezus. To jest droga za Nim. On smucił się, ponieważ Jego język i usta wyrzekły tak wiele rzeczy, których nie chciał, żeby mówiły. Smucił się, gdy Jego ręce angażowały się w tak wiele rzeczy, których nie chciał wykonywać. Smucił się, gdy Jego nogi niosły Go w tak wiele miejsc, do których nie chciał iść. Tak, drodzy przyjaciele, Jezus nieustannie smucił się takimi sprawami.
»Ależ to, co mówisz, mnie zdumiewa! Czy chcesz powiedzieć, że Jezus był niedoskonały? Sądziłem, że On był doskonały; sądziłem, że był święty, niewinny, nieskalany i odłączony do grzeszników. Myślałem, że nigdy nie zrobił niczego złego, a ty mi teraz oświadczasz, że Jego usta wyrzekły tak wiele rzeczy, które nie powinny być wypowiedziane, zaś Jego ręce zrobiły tak wiele rzeczy, których nie powinny były uczynić, a nogi szły w tyle miejsc, dokąd nie powinny się były udawać. Czy naprawdę tak było?«
Tak, przyjaciele, to prawda. Jezus był doskonały pomimo tego wszystkiego. Był święty, niewinny, nieskalany i odłączony od grzeszników. On nigdy nie zgrzeszył.
»Jak zatem wytłumaczysz tę pozorną sprzeczność w twoim stwierdzeniu?«
Następująco: Jak wiadomo, my mamy kłopoty z naszymi ustami, rękami i nogami, ale w naszym przypadku chodzi o fizyczne członki naszego fizycznego ciała. Jezus nie miał żadnych problemów ze swoimi naturalnymi członkami w Jego naturalnym ciele, lecz z duchowymi członkami Jego mistycznego Ciała. To owi członkowie sprawiali Mu problemy. Jak pamiętacie, Ciało Chrystusowe nie było w jakiś określony sposób zorganizowane aż do dnia Pięćdziesiątnicy, ale w sensie przygotowawczym możemy mówić o apostołach jako o tych, którzy stanowili Ciało Chrystusa jeszcze za Jego dni. Jak wiele członkowie Jego Ciała kosztowali Pana Jezusa! Wy i ja mamy tylko po jednym języku, z którym się zmagamy, a On miał języków dwanaście i one wszystkie sprawiały Mu problemy – język Jakuba, Piotra, Judasza, Andrzeja; o, ileż zmartwień miał On z tymi dwunastoma językami. Wystarczająco dużo kłopotów ma się z jednym. Wiemy, ile rodzi on problemów. Nieraz myślałem o wersie, który głosi: „O, gdybym miał tysiąc języków, żeby śpiewać mojemu wielkiemu Odkupicielowi!” Jestem jednak wdzięczny Boskiej opatrzności, że nie obciążyła mnie tysiącem języków; gdyby tylko opiewały chwałę mojego wspaniałego Odkupiciela, wszystko byłoby w porządku, nie martwiłbym się tym. Obawiam się wszakże, że o ile trzy z nich śpiewałyby na cześć Pana, pozostałe dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć wyrządzałyby jakieś szkody. Jezus miał dwanaście języków, z którymi były problemy, i dwanaście par rąk, które nie zawsze czyniły Jego wolę, oraz dwanaście par nóg, które stałe się gdzieś błąkały. Pomyślcie, co to dla Niego oznaczało. Jak widzicie, w pewnym sensie przechodził On podobne do naszych doświadczenia, tylko brały się one z Jego mistycznego Ciała.
Widzimy zatem, jaki ma być charakter smutków. A jak my się smucimy? Spójrzcie na swoje życie. Poświęciliście się Panu i co was najbardziej martwi? Czy to, że nie możecie sobie kupić jakiegoś nowego mebla? Czy to, że nie potraficie być bardziej cierpliwi podczas próby? Czy bardziej martwicie się tym, że ze względów finansowych nie stać was na pewne rzeczy, na które stać innych, patrząc ze światowego punktu widzenia? Czy może waszą największą troską jest to, że chcecie lepiej wielbić Boga? Jeśli umiecie odpowiedzieć na to pytanie, stwierdzając: »Wiem, że jest mi tysiąc razy łatwiej znosić zwykłe życiowe próby w sensie naturalnym, tysiąc razy łatwiej nie zjeść rzeczywistego posiłku niż stracić posiłek duchowy i znacznie łatwiej znieść pozbawienie mnie jakiejś nieznacznej ziemskiej korzyści niż korzyści duchowej« – wówczas posiadacie kolejne piętno Pana Jezusa, kolejny dowód, że jesteście jednym z Jego niewolników. „Błogosławieni, którzy się smucą”
Ale potem Jezus wymienił kolejne z tych znamion. Rzekł: „Błogosławieni cisi; albowiem oni odziedziczą ziemię” [Mat. 5:5]. Pamiętamy cichość naszego Odkupiciela; niemożliwe jest, byśmy byli bliskimi naśladowcami naszego drogiego Odkupiciela, jeśli w jakimś stopniu nie będziemy odwzorowywać również Jego cichości. Obecnie cichość jest często mylona z pokorą. Znajdzie się bardzo niewielu takich, co umieją poprawnie odróżnić te dwa pojęcia. Jezus nie miał tego samego na myśli, gdy mówił: „Błogosławieni ubodzy w duchu” i „Błogosławieni cisi”. Zwraca naszą uwagę na dwa różne pojęcia. Rozumiemy, że o ile pokora odnosi się do uniżonego stanu serca, do jego skromnego nastawienia, to cichość wskazuje raczej na łagodność – ducha uległej ustępliwości w obliczu nieprzyjemnych doświadczeń. Na przykład, pamiętacie, że Jezus powiedział: „Jestem cichy i pokornego serca”. W Biblii często znajdujemy porównanie chrześcijanina do dziecka – „Jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” [Mat. 18:3 NB]. W innym miejscu chrześcijanin porównany jest do owcy – „Owce moje głosu mego słuchają” [Jan 10:27]. Chrześcijanin porównany jest do małego dziecka z powodu dziecięcej pokory, zaś do owcy – z powodu łagodności owiec. Jak wiadomo, wiele małych dzieci nie ma nic wspólnego z cichością. Małe dziecko potrafi płakać całą noc i wszystkich obudzić. Nie ma w tym cichości. Cichość oznaczałaby pozostawanie spokojnym, subtelnym, nie przeszkadzając nikomu. Nie pomyślelibyście, żeby małego dziecka użyć dla zilustrowania cichości, ale jak takie dziecko jest pokorne! Nie zastanawia się, czy ludzie uważają, że jest ładniejsze od innych dzieci lub też nad tym, jak bardzo jest przez innych chwalone. Nic z tych rzeczy, takie jest skromne. Natomiast nie wpadlibyście na to, żeby dla zobrazowania pokory posłużyć się owcą; jest ona za to odpowiednim symbolem cichości. Gdy owca ma być zabita, jakże jest uległa! Jak powiedziane jest również o Jezusie: „Jako baranek na zabicie wiedziony był, i jako owca przed tymi, którzy ją strzygą, oniemiał, i nie otworzył ust swoich” [Izaj. 53:7]. I wy, ija chcemy być cisi, chcemy być pokorni; chcemy posiadać obie te cechy, gdyż można być pokornym, a nie być cichym i odwrotnie. Może na przykład być tak: Wyobraźmy sobie brata, który jest bardzo źle traktowany i jako chrześcijanin, obrażany przez innych. Ktoś go może w złości nawet uderzył i przewrócił, a brat ten nigdy nie powiedział ani jednego niemiłego słowa tym, którzy go krzywdzili, nigdy się nie obraził. Znosił wszystko cierpliwie i spokojnie; to była cichość. Gdybyście jednak mogli zajrzeć do jego serca i czytać w jego myślach, nie znaleźlibyście tam pokory. Prawdopodobnie myślał on sobie mniej więcej tak: »Jestem wspaniałym chrześcijaninem; nie sądzę, że znalazłby się chrześcijanin, który zniósłby te próby lepiej niż ja. Cieszę się, że bracia dookoła widzą, jak się zachowuję, tak że mogą każdemu powiedzieć, jakim jestem dobrym chrześcijaninem. Spodziewam się, że gdy będą spisywać historię, pojawi się w niej moje nazwisko i ludzie będą mówić, jakim byłem wspaniałym przykładem wierzącego. Mówię wam, jak szlachetnie dzisiaj postąpiłem«. Tam nie było pokory, ale była cichość. A może się zdarzyć brat, który będzie pokorny, ale nie cichy. On mógłby stwierdzić: »Oczekuję, że gdy znajdę się w Ciele Chrystusowym, otrzymam tam najniższe stanowisko, gdyż czuję, że nie zasługuję na Bożą łaskę i jestem gotowy na wszystko, nieważne, jak bardzo muszę się uniżyć – jestem skłonny to zrobić, żeby tylko przy tym uwielbić i uczcić naszego Pana«. Brat ten jest bardzo skromny, a mimo to nie musi być cichy. Gdy dochodzi do rozmowy z kimś, kto się z nim nie zgadza, stwierdza: »Problem z tobą polega na tym, że jesteś w ciemności i nie rozumiesz nauk biblijnych. Słuchaj mnie, a ja ci wszystko powiem«.
Brat ten wcale nie jest cichy, przeciwnie, gdy jednak zajrzycie do jego serca, stwierdzicie, że jest taki pokorny. My zaś pragniemy zarówno pokory, jak i cichości. Pomyślcie o cichości Odkupiciela – jak w cichości znosił swoje próby; jak w cichości cierpiał owej nocy, gdy Go zdradzono i gdy następnego dnia został ukrzyżowany. Dzisiaj możecie nie mieć tyle cichości, ile byście chcieli, ale musi być jej więcej niż wtedy, gdy zaczynaliście. Musi zachodzić postęp i mam nadzieję, że owe znamię będzie się w naszej naturze potęgować i pogłębiać wraz z kontynuowaniem wędrówki po wąskiej drodze.
Nasz Pan wymienił następny znak. Powiedział: „Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości; albowiem oni nasyceni będą” [Mat. 5:6]. Łaknąć i pragnąć czegoś znaczy tak wiele; oznacza to bardzo zdecydowane pragnienie sprawiedliwości w myślach, słowach i uczynkach; oznacza też, że się niczego nie udaje. Chodzi o to, czy tylko udajemy, że kochamy sprawiedliwość lub interesujemy się nią w jakiejś mierze, czy rzeczywiście łakniemy i pragniemy być nią nasyceni. Apostoł zwraca na to naszą uwagę w Filip. 3:2-3: „Upatrujcie psy, upatrujcie złych robotników, upatrujcie rozerwanie. Albowiem my jesteśmy obrzezaniem, którzy duchem służymy Bogu i chlubimy się w Chrystusie Jezusie, a w ciele nie ufamy” Słowo rozerwanie” oznacza cięcie. Można by rzec cnacięcie jeśli się tylko przetniecie, będzie to nacięcie. Natomiast słowo obrzezanie” oznacza coś więcej; zawiera w sobie znaczenie obcięcia dookoła. Tkwi w tym lekcja, drodzy przaciele. Paweł powiedział: »Braterstwo, są tacy, którzy dokonują tylko małego nacięcia, ale w rzeczywistości nie robią niczego w zupełności; podchodzą do spraw raczej formalnie. My jednak nie jesteśmy z takich. My jesteśmy z obrzezania, z takich, którzy chcą, żeby nacięcie było całkowite i kompletne, nieważne w jaką stronę«. Czasem związane jest z tym pewne niebezpieczeństwo dotyczące pracy żniwa. Możliwe, że wracając z konwencji, niektórzy bracia lub siostry mogą sobie pomyśleć: »Byłoby lepiej, gdybyśmy mieli przy sobie trochę broszurek, bo w pociągu można by je porozdawać ludziom i wykonać w ten sposób niewielką usługę misjonarską«. Ale mogą powstać w sercach i inne myśli: »Oczywiście, że mogę coś powiedzieć i że wezmę broszurki, ale mam nadzieję, że w pociągu znajdzie się ktoś inny, kto zrobi to za mnie i ja nie będę musiał tego robić«.
To jest nacięcie, a nie obrzezanie. To nie jest łaknienie i pragnienie okazji do służby; jest to rodzaj udawania, że posiada się takie nastawienie w tym względzie. Naprawdę chcielibyśmy sądzić, że jesteśmy poważni odnośnie tego, co mieliśmy na myśli, a jednak mówimy: »Mam nadzieję, że znajdzie się jakiś sposób, żebym nie musiał tego robić«. Chcemy się nauczyć zwyciężania takiego ducha. Pragniemy mieć usposobienie, które całym sercem jest oddane sprawie.
Gdy Jezus był na krzyżu, podszedł setnik i przebił włócznią Jego bok; nie było to tylko zadraśnięcie na skórze, lecz rzeczywiste przebicie, aż wyszła krew i woda. Pomyślcie, że włócznia przebiła się aż do serca. Czy również macie to znamię w waszym boku? Czy możecie o sobie powiedzieć: »Tak, łaknienie i pragnienie sprawiedliwości przenika także moje serce«? »Czy noszę to piętno Pana Jezusowe?«
Pozwólcie, że przytoczę znany mi przypadek. Dwoje młodych ludzi, mężczyzna i kobieta, znali się od kilku lat i zamierzali pobrać. Natknęli się na literaturę i bardzo się zainteresowali, gdyż przekonanie się o tym, jak wspaniałe, dobre i chwalebne są Boskie plany i zamiary, dawało im radość, pokój i zadowolenie serca. Poświęcili się Bogu. Zdecydowali, że chcą iść i Mu służyć, ale uznali, że małżeństwo, na które tak długo czekali, stanęłoby w jakimś stopniu na przeszkodzie ich użyteczności w Pańskiej służbie. Oboje chcieli udać się do pracy kolporterów, a teraz stwierdzili: »Jeśli się pobierzemy, a za jakiś rok będziemy musieli udać się gdzie indziej do pracy, to lepiej będzie mieć większą swobodę«. Oboje się więc zgodzili, że zawieszą wszystkie plany związane z małżeństwem. Nie dość tego – aby być pewnymi, że nie zawiodą w swej decyzji, rozdzielili się i siostra udała się do pracy kolporterskiej w jednym kierunku, a brat w przeciwnym. Są oddaleni od siebie o blisko cztery tysiące mil. Kontynuują swoją pracę i nadal wierni są postanowieniu o wolnym stanie. Bardzo poważnie podeszli do swej decyzji.
Gdyby tak nie było, mogliby stwierdzić: »Poddajemy się; nie pobierzemy się, ale zobaczymy, czy to się uda«. I po zebraniu brat ten zapraszałby siostrę do siebie do domu na dwa albo trzy wieczory w tygodniu, a po sześciu miesiącach ich determinacja by osłabła i uznaliby, że jednak będzie lepiej, jeśli się pobiorą. Nie mówię tego, żeby zaznaczyć, iż małżeństwo byłoby złą decyzją – o, nie, nie uważamy, że małżeństwo jest czymś złym lub coś w tym rodzaju, chodzi tylko o podkreślenie, jak bardzo braterstwo ci byli sumienni. Widać więc, że ktoś może być tak bardzo i na poważnie przejęty, że ofiaruje rzeczy, które są prawe i dobre. Ale jak bardzo Pan musiał ich miłować, widząc ich gorliwość – nie było to tylko nacięcie, czyż nie? To było obrzezanie, a nie zwykłe zadraśnięcie. Można dostrzec tę włócznię, która wbiła się wprost do ich serc. Mam nadzieję, że wszyscy posiadamy owo piętno Pana Jezusa. Ufam też, że potrafimy powiedzieć: »0, tak, widzę, jak miłość dla sprawiedliwości rośnie we mnie do dziś dnia i nie chciałbym się zaniedbać w Pańskiej sprawie, i w każdym doświadczeniu chciałbym jej podlegać, jeślibym przy tym mógł stać się choć odrobinę bardziej podobny do mojego Mistrza!«.
Oto następna wypowiedź: „Błogosławieni miłosierni: albowiem oni miłosierdzia dostąpią” [Mat. 5:7]. Jak wspaniałe miłosierdzie jaśniało w charakterze naszego drogiego Pana i Odkupiciela! Pomyślcie, jak bardzo był miłosierny nawet dla sługi najwyższego kapłana, który przyszedł Go poj – mać. Słudze temu odcięto ucho, ale w swym miłosierdziu Pan go uzdrowił. Jakże był miłosierny dla apostoła Piotra, gdy ten zaparł się Go. Po tym, jak powstał z martwych, jedną z pierwszych spraw, o jakich powiedział napotkanej Marii, było: „Idź i powiedz moim uczniom, i Piotrowi!” Ktoś mógłby oczekiwać, że powie: »Daj znać uczniom, ale nie mów Piotrowi, skoro się mnie zaparł tamtej nocy; nie chcę, żeby wiedział o moim zmartwychwstaniu. Ukryj to przed nim i nic mu nie mów«. Nie, On myślał o Piotrze. Piotr miał prawie złamane serce po tym, co zrobił; »o, jemu szczególnie opowiedzcie!«. Drodzy przyjaciele, wy i ja musimy posiadać więcej ducha miłosierdzia, jeśli chcemy nosić piętna Pana Jezusowe. Pamiętajcie że Jezus bardzo to podkreślał i apostołowie również. Jezus uczył nas, jak się mamy modlić: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” Oznacza to: Bądź miłosierny względem mnie proporcjonalnie do tego, na ile ja jestem miłosierny dla innych. To tak, jakby powiedzieć: »Panie, nie odpuszczaj mi moich występków, ponieważ ja nie przebaczyłem tym, którzy wystąpili przeciwko mnie«. I jakby stwierdzić: »Panie, tylko udawaj, że mi przebaczasz, bo i ja tylko udaję, że przebaczyłem tym, którzy mają coś przeciwko mnie«. Albo jakby prosić: »Panie, przebacz mi moje dzisiejsze wykroczenia, a jutro i pojutrze wypomnij mi je, bo i ja w taki sposób przeważnie postępuję«. O, jak bardzo miłosierni powinniśmy być w naszych osądach względem drugich! Jak bardzo bylibyśmy miłosierni, gdybyśmy zawsze mogli mieć świadomość, że jakim sądem sądzimy, takim też sądzeni będziemy. Myślelibyśmy bardzo podobnie do tego, jak wyraził się Dawid. Lubię przypominać jego stwierdzenie: „Chociaż jestem jak bukłak [KJV bottle] wśród dymu” [Psalm 119:83 BT]. Wiadomo, że gdybyście mieli butelkę pełną mleka i z zewnątrz cała byłaby odymiona, nie rozpoznalibyście, że w środku jest mleko. Wyglądałoby to jak farba albo brudna woda lub coś w tym rodzaju. A Dawid stwierdza, że tak właśnie jest z nim: w swoim sercu mam takie dobre intencje, ale z zewnątrz jestem pokryty dymem i ludzie nie mogą dostrzec moich dobrych intencji. Z zewnątrz mam na swojej butelce tyle dymu, a jestem pewny, że i na waszych jest go trochę. Zapomnijmy o dymie i wyglądajmy tego wielkiego dnia, gdy Bóg otrze cały ten dym z butelek i staną się one czyste.
Widzimy wszakże potrzebę miłosierdzia. W istocie stwierdzamy, że stopień naszego miłosierdzia często obrazuje stopień naszego całościowego podobieństwa do Mistrza, ponieważ miłosierdziu prawie zawsze towarzyszą i stanowią dla niego fundament inne znamienite cechy. Brak lub też niedostatek miłosierdzia dobrze odzwierciedla pewne moje przeżycie. Brat, którego przykład chcę przywołać, jest pod wieloma względami bardzo dobrym bratem. Nie zamierzam ani przez moment go osądzać w żadnej sprawie, ale inaczej nie potrafiłem sobie uzmysłowić, że w jakimś stopniu było coś niedobrego w jego postawie. Byliśmy razem w jednym miejscu, gdzie odbywało się zebranie świadectw. Wyznaczony do tego starszy zboru prowadził to nabożeństwo. Nazwiemy go bratem „A”. Po pieśni i modlitwie brat ten ogłosił, jaki na ten dzień przypada werset, wykorzystując wzorem większości zgromadzeń tekst „Manny” z ostatniego czwartku. Powiedział: »Werset na dzisiejszy wieczór zapisany jest tam a tam; sugerowalibyśmy, żeby świadectwa wszystkich braterstwa nawiązywały w miarę możliwości do treści tego wersetu«. Było to bardzo przyjemne zebranie świadectw, a gdy się skończyło, wracałem z tym samym bratem i nie uszliśmy jeszcze zbyt daleko, jak powiedział: »Brat „A” nie potraktował mnie dzisiaj zbyt uprzejmie«. Rzekłem: »Sądzę, że wszystkich potraktował doskonale«. Mój rozmówca odparł: »Naprawdę mnie zawstydził; sprawił, że cały zbór mówił dzisiaj o mnie«. Odpowiedziałem: »Bracie, jestem pewny, że się mylisz«. »Nie, odrzekł, wiem, co mówię; wypomniał mi coś przed całym zborem«. »Jak to?« – spytałem. »Naprawdę musisz być w błędzie. Jak miałby to zrobić? Jak to jest możliwe?« Odrzekł: »Słyszałeś, jaki wybrał tekst. Wiedział, że pasuje do mnie i obnaży mnie przed całym zborem«. Powiedziałem: »Nie uczestniczysz zbyt często w zebraniach świadectw, nieprawdaż?«. On na to: »Jak dotąd byłem tylko raz i wtedy postąpił tak samo«. Ja zaś: »Bracie, pozwól, że ci coś wyjaśnię. Brat ten nie zawinił w wyborze tekstu; tak naprawdę, jeśli ktokolwiek, to wybrał go Pan i obawiam się, że źle postrzegasz tę sprawę, gdyż brat „A” nie ma z nią nic wspólnego«. Powiedziałem mu, żeby zajrzał do „Manny” i przekonał się, że na dany wieczór przypadał werset z poprzedniego czwartku.
Lekcja polega na tym, by mieć więcej miłosierdzia; jest to jedno ze znamion Pana Jezusa i wraz z Apostołem chcielibyśmy powiedzieć: „Na ostatek niechaj mi nikt trudności nie zadaje; albowiem ja piętna Pana Jezusowe noszę na ciele moim” [Gal. 6:17]. Musimy pamiętać, że miłosierdzie jest jednym z najważniejszych znaków.
Z braku czasu nie uda nam się poruszyć pozostałych punktów.
Ufamy, że dzięki Pańskiej opatrzności każdy będzie się starał wyrabiać coraz więcej owych znamion Pana Jezusowych, bo jakimż to jest przywilejem – być niewolnikiem Pana Jezusa i nosić Jego piętna na swoim ciele! Jakże cudowne są Jego więzy! Często myślę o tym, że żyjemy w czasach, gdy ludzie z szaleńczym wręcz upodobaniem inwestują w obligacje – niektórzy na kolei, i mówią o obligacjach Kolei Pensylwanii czy centralnych Kolei Illinois, inni inwestują w obligacje samorządowe, ale ja chcę wam powiedzieć, że najlepiej zainwestować w obligacje Pana Jezusa Chrystusa. Gdyby bowiem wszystkie inne obligacje straciły na wartości, gdyby nie były więcej warte niż papier, na którym zostały zapisane – wy i ja ciągle będziemy czerpać zysk chwały, czci i nieśmiertelności z uczynionej inwestycji i nigdy nie będziemy żałować, że nosiliśmy na swoim ciele piętna Pana Jezusowe. Możemy zatem powiedzieć: »Niech mi więc nikt nie robi trudności, twierdząc, że powinienem się bardziej zająć polityką albo wykazać więcej zainteresowania przyjemnościami i błahostkami tego świata. Nie krytykujcie mnie i nie kłopoczcie, gdyż nie zamierzam w większym stopniu przywiązywać swego serca do bogactw tego świata – dlatego „niech mi nikt trudności nie zadaje; albowiem ja piętna Pana Jezusowe noszę na ciele moim”; jestem Jego niewolnikiem i cieszę się z tego«.
Convention Report