Jak możemy z powodzeniem pełnić rolę brata

      Konwencja Badaczy Pisma świętego w Los Angeles, Kalfornia, 29 maja – 6 czerwca 1915.

      Nasz tekst znajduje się w Hebr. 10:24-25: „I baczmy jedni na drugich w celu pobudzenia się do miłości i dobrych uczynków, nie opuszczając wspólnych zebrań naszych, jak to jest u niektórych w zwyczaju, lecz dodając sobie otuchy, a to tym bardziej, im lepiej widzicie, że się ten dzień przybliża” (NB).

      Jest to „dzień żniwiarza” [motto dnia konwencji]. Żebyśmy mogli być w harmonii z duchem tego dnia, temat nasz powinien opierać się na zagadnieniu dzieła żniwa. Musimy wszakże pamiętać, że żniwo obejmuje nie tylko ścinanie zboża; odbywa się ono również poprzez rozmaite procesy niezbędne do zabezpieczenia ziarna, które zostało zebrane. Przeprowadzenie żniwa oznaczałoby zatem nie tylko ścięcie pszenicy, ale również związanie jej w snopki, ułożenie snopków w stogi i w końcu, zgodnie ze wschodnim zwyczajem, umieszczenie ich w stodole. Tego ranka nie będziemy mówić o tym, jak wychodzić na zewnątrz i zbierać więcej ziaren pszenicy przy użyciu sierpa Prawdy, lecz postaramy się bardziej szczegółowo pomówić o tym, jakie są nasze obowiązki wobec towarzyszących nam ziaren pszenicy, będących z tego samego duchowego, pszenicznego stogu. Wierzę, drodzy przyjaciele, że nasz stosunek do braterstwa będzie miał zarówno istotny wpływ na nasze własne życie, jak i pozwoli udzielić wsparcia tym, którzy starają się iść tą samą wąską, acz cenną drogą.

      Gdy popatrzymy na religie światowe, zauważamy, że wszędzie na ziemi Szatan zdaje się z jakiegoś powodu ciągle podsuwać ideę trójcy. Naukę o trójcy znajdujemy też pośród wielu pogańskich narodów. Gdy analizujemy religię chrześcijańską, stwierdzamy, że znajduje się ona pod dużym wpływem pogaństwa i pogańskiej filozofii, a doktryna trójcy prezentowana jest szczególnie wyraziście. Nie wydaje mi się więc, żeby Szatan był pod tym względem bardzo oryginalny. Uważam, że żadne z Boskich stworzeń nie może być oryginalne; Bóg jest jedynym, którego idee są wyłącznie oryginalne. Pamiętacie, że Jezus był gotowy zawsze to przyznawać. Powiedział On, że nie mógłby uczynić niczego, jeśliby nie widział, że Ojciec tak czyni. Nie mam wątpliwości, że do pewnego stopnia taka jest też pozycja Szatana; gdy wywodzi on coś pozornie oryginalnego, czerpie z rzeczy, które słyszał albo widział, będąc jeszcze w zgodzie z Wszechmogącym; nadając im inny kierunek czy obrót, dopasowuje je do własnego użytku i korzyści. Wydaje mi się, że skoro Szatan tak uparcie wciska ludziom na tej ziemi ową ideę trójcy, musi mieć ku temu jakiś powód, jakkolwiek nie wolno nam uwierzyć, że szatańska koncepcja trójcy mogłaby być słuszna. Widzieliśmy, jak nierozsądna i niebiblijna jest ta nauka, zwykle określana mianem „trójcy”, a brat Woodworth wyjaśnił to tak skutecznie, że dalszy komentarz nie wydaje się konieczny.

      Gdy jednak udajemy się do Słowa Bożego, stwierdzamy, że wielkim zamierzeniem Stwórcy jest posiadać trójcę. Przekonujemy się, że nasz Ojciec Niebieski jest pierwszym, głównym i największym spośród owej wspaniałej trójcy. Widzimy, że Pan Jezus miał być drugą osobą w tej cudownej trójce. Natomiast trzecią osobą w tej trójce nie miał być jedynie wpływ, usposobienie czy moc ani też nie miała to być pojedyncza indywidualność. Biblia pozwala nam zrozumieć, że trzecim członkiem tej trójcy będą ci, którzy wiernie szli śladami naszego drogiego Odkupiciela. Jezus wyraził tę myśl, gdy się modlił, jak zostało to zapisane przez Jana: „Aby wszyscy byli jedno, jako ty, Ojcze! we mnie, a ja w tobie; aby i oni w nas jedno byli” (Jan 17:21). Oto ta trój ca; mamy tu trzy osoby, które są jednym – Ojciec, Syn i ci, którzy idą śladami Syna. Zapytacie: »Czy mają oni być równi Bogu i na równi z Nim wieczni?«. 0, nie. Zdajemy sobie sprawę, że w tej trójce Bóg będzie zawsze wyżej niż pozostali. Następnym po Ojcu będzie Jego drogi Syn, a na najniższej pozycji w tej wspaniałej trójcy znajdą się ci, którzy idą Jego śladem.

      Taką myśl zawiera zapis 2 Piotra 1:4, gdzie Apostoł stwierdza: „Przez które darowane nam zostały drogie i największe obietnice, abyście przez nie stali się uczestnikami boskiej natury” (NB). Naprawdę taka jest wymowa tekstu greckiego. Cieszymy się, że jest taka nadzieja jak ta. Czy napełnia nas to pychą? Nie, kruszy nas w uniżoności. Nic dziwnego, że Apostoł nazywa to „wysokim powołaniem” Nic też dziwnego, że Pismo Święte tak mocno to podkreśla i rozwija. Któż by uwierzył, że jest to możliwe, gdyby nie tak mocne dowody Słowa Bożego, które to potwierdzają? Skoro to wielkie błogosławieństwo ma być niektórym dane, jakże cudowna jedność musi istnieć między tymi, którzy mają tworzyć tę wspaniałą klasę, Ciało Chrystusowe, Oblubienicę Chrystusa, klasę, która będzie znacznie bliżej Boga i Jego Syna, niż kiedykolwiek byli lub będą aniołowie? Nic dziwnego, że Słowo Boże tak bardzo wywyższa tę nadzieję dla Kościoła. Nie moglibyśmy w nią uwierzyć, gdyby Słowo Boże nam nie przekazało, że tak będzie.

      Jak rozumiemy, konieczne jest z mojej i waszej strony nie tylko to, żeby się przygotować na to chwalebne miejsce, ale niezbędne jest również, żebyśmy pomagali naszym braciom i siostrom przygotować się do tego wspaniałego stanu. Przypominacie sobie, iż w Księdze Objawienia czytamy, że nadejdzie czas, gdy powiedzą: „Nastało wesele Baranka i oblubienica jego przygotowała się” [Obj. 19:7 NR]. Macie coś do zrobienia: sami się przy gotować, ale też pomóc się przygotować współczłonkom tej przyszłej klasy Oblubienicy. Powstaje pytanie: Jak wykonać nasze zadanie braci i sióstr w Ciele Chrystusowym; jak wypełnić zobowiązania, które Bóg bardzo słusznie nałożył na nas jako na dziedziczących wraz z Odkupicielem owe cudowne perspektywy? Chcemy wymienić kilka różnych spraw, które będą nas wspierać w usiłowaniu, byśmy jako bracia naszego drogiego Odkupiciela mocnym uczynili nasze powołanie i wybranie.

      W naszym tekście podkreślone jest po pierwsze to, że powinniśmy „baczyć jedni na drugich”: Mamy świadomość, że nie moglibyśmy spełniać roli brata, gdybyśmy nie posiadali braterstwa, a skoro mamy braterstwo, musimy wykonać względem nich to, co do nas należy. Oznacza to, że musimy zwracać na nich uwagę; musimy wnikliwie i z serca interesować się ich sprawami – ich duchowym powodzeniem. Często myślę o tym, w jakl sposób apostoł Paweł kieruje na tę kwestię naszą uwagę, stwierdzając w Rzym. 8:23: „A nie tylko ono stworzenie [nie tylko świat wzdycha i tęskni za czymś lepszym], ale i my (…) sami w sobie wzdychamy, oczekując przysposobienia synowskiego, odkupienia ciała naszego”: Na co czekamy – na odkupienie naszego fizycznego ciała? O nie! Ono zostało już odkupione i tak już będzie na zawsze. Odkupienie ludzkiego ciała dokonuje się z chwilą naszego usprawiedliwienia krwią Jezusa. Nasze ludzkie ciało nigdy już nie dozna większego wyzwolenia, niż miało miejsce tam. Rozumiemy jednak, że ma nastąpić odkupienie naszego ciała – nie waszego ciała ani mojego ciała, lecz naszego ciała, ciała, w którym wszyscy mamy udział. To za tym tęsknił Apostoł. Powiedział on (choć w niewielu słowach, ale uchwyciliśmy tę myśl z jego wypowiedzi), że nie tęskni jedynie za swoim zmartwychwstaniem; nie wzdycha za czasem, kiedy on wejdzie do Królestwa, ale miał na myśli resztę ludu Bożego. Myślał sobie: »Kocham ich tak bardzo, jak kocham samego siebie; z radością kładę za nich swoje życie i nie będę w pełni zadowolony, dopóki oni wszyscy nie będą ze mną. Tęsknię za tym, żeby być z Mistrzem, ale tę samą tęsknotę, która dotyczy mojej osoby, czuję także w związku z nimi i czekam na ten chwalebny czas, gdy za zasłonę przejdzie ostatni członek i gdy nastąpi pełne odkupienie mistycznego Ciała Chrystusa, jego całkowite wyswobodzenie«.

      Widzimy więc, drodzy przyjaciele, że wy i ja musimy odłożyć na stronę samolubne uczucia. Musimy myśleć nie tylko o swojej części w planie, ale o naszej w nim części; musimy myśleć o naszym miejscu w Królestwie, o naszej pozycji w Ciele. Pamiętam, że jakiś czas temu klęczałem w modlitwie, a gdy skończyłem, przyszła mi do głowy następująca myśl: »Jaką samolubną modlitwę złożyłeś właśnie w ofierze. Prosiłeś, Boga, żeby ci błogosławił, a nie wspomniałeś o braciach; prosiłeś, żeby Pan pozwolił ci lepiej zrozumieć Jego Słowo, ale nie poprosiłeś, żeby dopomógł twemu braterstwu lepiej je rozumieć; prosiłeś Boga o sposobności do służby, ale nie poprosiłeś, żeby im też je dał; powiedziałeś Mu, że tęsknisz za tym wielkim spełnieniem za zasłoną, ale nie powiedziałeś Mu, że oni też za tym spełnieniem tęsknią«. Znów uklęknąłem i poprosiłem Boga o wybaczenie mi tej samolubnej modlitwy i dalej się modliłem. Zamiast ja i moje mówiłem my i nasze. Myślę, drodzy przyjaciele, że pragniemy posiąść takiego ducha i uzmysławiamy sobie, że istnieje szczególna relacja między tymi, którzy uczynili przymierze ofiary. Nie chcemy myśleć o sobie, ale raczej „baczyć jedni na drugich” jak stwierdza Paweł, „bo jesteśmy członkami jedni drugich” [Efezj. 4:25 NB]. Wiem, że gdy dochodzimy do zrozumienia tych kosztownych prawd i gdy czynimy poświęcenie, zaczynamy odczuwać w ten sposób.

      Kiedyś pewien brat opowiedział mi swoje doświadczenie z tym związane. Rzekł: »Bracie Barton, gdy ujrzałem wielki Boży plan i poświęciłem się Panu, byłem przepełniony wdzięcznością – to było takie wspaniałe i cudowne. Czułem tak wielką tęsknotę za spotkaniem z innymi, którzy również mieli taką miłość dla Boga, jaką posiadałem ja. W moim sąsiedztwie nie było nikogo takiego. Wkrótce w The Watch Tower ukazała się informacja, że w miejscu odległym o jakieś sto mil odbędzie się konwencja. Powiedziałem sobie, że muszę pojechać na tę konwencję i poznać niektórych z tych ludzi, gdyż tak bardzo mnie oni interesowali. Pomyślałem, że jestem na to gotowy, by tam się udać. Co ci ludzie pomyślą o mnie, gdy tam przybędę? Czułem, że tak bardzo ich kocham, że chyba zrobię z siebie głupca, ale nic nie mogłem na to poradzić. Muszę jechać, nawet jeśli postępuję niezbyt mądrze. Wiem, że na mojej twarzy będzie widniał taki uśmiech itak mocno ich uściskam, że pomyślą, iż jestem trochę dziwny, ale itak pojadę«. Pojechał tam ze znacznymi obawami, ale przyznał: »Wiesz, gdy przybyłem na tę konwencję, stwierdziłem, że oni wszyscy zachowują się dokładnie tak, jak ja się chciałem zachować«. Oto prawdziwie duch, który nas wszystkich inspiruje. Cieszymy się, że dzięki Pańskiej opatrzności przybyliśmy na miejsce, gdzie zważamy jedni na drugich.

      Jednak nie myślę, że posiadanie takiego nastawienia wystarczy, gdy jesteśmy razem na konwencji. Musimy baczyć jedni na drugich w związku ze wszelkimi nieprzyjemnymi doświadczeniami w życiu; musimy zwracać jedni na drugich uwagę w powiązaniu z życiowymi próbami, trudnościami i otoczeniem. Jeśli jakiś brat cię obraził, jeśli jakiś brat wydaje się być zły, musisz na niego zważać, jak wskazuje Mistrz w słowach z Mat. 18:15-17. Mówi tam, że jeśli brat zawinił przeciwko nam, powinniśmy pójść i sam na sam porozmawiać z tym bratem. Jeśli nie uda nam się pogodzić, możemy iść znowu, wziąwszy ze sobą jednego lub dwóch innych braci. Jeśli nadal niczego nie osiągniemy, a sprawa jest wystarczająco ważna, możemy przedstawić ją przed zborem.

      Pan nie zostawił nam tego jako reguły; którą musimy zastosować. Innymi słowy, nie chodziło Mu o to, żeby w przypadku przewinienia ze strony brata należało koniecznie tak postąpić. Nie; w ogromnej większości przypadków lepszy wydaje się plan pominięcia po prostu tej sprawy Jeśli mielibyśmy takiego ducha, który doszukuje się winy i czuje, że musimy stosować się do tej reguły za każdym razem, gdy brat nas czymś obraził, biegalibyśmy do zgromadzenia zbyt często i stale zakłócalibyśmy jego spokój. W każdym tygodniu mielibyśmy zebranie zboru poświęcone rozważaniu naszych problemów z braćmi. Im więcej Pańskiego ducha będziemy posiadać, tym mniej znajdować będziemy okazji, by uciekać się do tej reguły. Chodzi o to, żeby raczej korzystać z tej metody, a nie z jakiejś niedobrej. By nie chodzić dookoła, krytykując brata i przechowując złe myśli o nim, to na wypadek, gdy sprawa okaże się na tyle ważna, żeby się nią zająć, Pan stwierdza: »Powiem wam, co zrobicie. Najpierw spotkajcie się z tym bratem. Ale gdy idziecie do brata, zważajcie na niego; baczcie jeden na drugiego, pobudzając się do miłości i dobrych uczynków«.

      Jest możliwe, że pójdziemy do brata bez zważania na niego i sprowokujemy go do gniewu. Byłoby źle pójść do niego i powiedzieć: »Widzisz, bracie, ciężko mnie doświadczyłeś; byłem niemalże skłonny całkiem to pominąć, ale pamiętam, iż Pan mówi, że jeśli brat nas obrazi, mamy iść i rozmówić się z nim. Postępuję więc zgodnie z tą zasadą. To musi się skończyć; dalej tak być nie może. Jeśli nie przyznasz, że postępujesz źle i nie zmienisz zachowania, będę musiał zająć się tą sprawą w inny sposób«. Można by prawie pomyśleć, że to cesarz Niemiec wygłasza ultimatum przed carem Rosji. Potem ktoś taki dziwi się, że nie może wpłynąć na brata. Idzie więc do niego z dwoma lub trzema innymi braćmi. Gdy przechodzą do sprawy stwierdza: »Postępuję zgodnie z doradą Pana; poszedłem do brata i poprosiłem, żeby uznał swoją winę, ale nie chciał mnie posłuchać; po prostu odwrócił się ode mnie. Postąpiłem zgodnie z regułą, którą podpowiada Pismo Święte, ale nadszedł czas, żeby coś z tym zrobić«. W ogóle nie postępował zgodnie ze sposobem zalecanym przez Pana.

      Powinien był pójść do brata raczej w takim duchu: »Bracie Smith, przyszedłem porozmawiać z tobą przez chwilę. Bracie, wydaje mi się, że miłość braterska powinna znaczyć dla nas tak wiele. Kocham cię, tak jak kocham wszystkich z Pańskiego ludu, ale pewne drobne nieporozumienia zaszły ostatnio między nami, zauważyłeś? Zdaje się, że nie jesteśmy tak serdeczni, jak byliśmy Być może po części ponoszę za to winę. Wiesz, że gdy do czegoś dochodzi, każdy upatruje winy tego drugiego. Sądzę, że wiem, w czym może ty zawiniłeś, a ty wiesz z pewnością, za co ja ponoszę winę. Czy nie moglibyśmy tego ustalić? Myślę, że każdemu z nas przyniosłoby to duchową korzyść. Czy nie moglibyśmy pogrzebać tej sprawy i miłować się jak bracia?«. Taka jest droga do pozyskania brata. W takim duchu powinniśmy przystępować do brata, z którym mamy nieporozumienia. Przede wszystkim musimy się z nim liczyć. Zważać jeden na drugiego, żeby pobudzać się do miłości i dobrych uczynków. Prowadzić brata w takim kierunku, który byłby dobry dla niego i umożliwiłby mu dochowanie wierności innym spośród ludu Bożego, którzy go otaczają.

      Druga, istotna rzecz: żeby należycie pełnić rolę brata, musimy ciągle udawać się do Pana o pomoc; musimy wyglądać Jego wsparcia; musimy szukać u Niego rady. Stale musimy mieć takie nastawienie, w którym się o samych siebie obawiamy i jesteśmy wobec siebie nieufni. Jak wiadomo, nigdy nie było problemów między braćmi w innej sytuacji niż wówczas, gdy każdy uważał, że to on ma rację. Gdyby się wysłuchało jednego brata, podałby wiele różnych powodów, dla których uważa, że to on ma rację; gdybyś posłuchał tego drugiego, wskazałby równie wiele przyczyn, dla których uważa, że to tamten brat się myli, a on sam jest w porządku. Wiedząc, że tak jest, będziemy nieustannie nieufni wobec siebie i stale będziemy sami siebie sprawdzać.

      Słuchając wykładu, powinniśmy myśleć: »Ciekawe, jak mogę żyć na wyższym poziomie w związku z wysłuchaniem tej lekcji?«. Albo przeciwnie, jeśli myślimy, żeby wszelkiego rodzaju zagadnienia odnieść do przyjaciół, jeśli w chwili, gdy brat czyni dobrą uwagę, myślimy: »Mam nadzieję, że siostra ta a ta jest tutaj i weźmie to do siebie« albo gdy zostanie powiedziane jeszcze coś innego, przyjdzie nam do głowy coś w rodzaju: »Można by prawie pomyśleć, że odnosi się to do brata tego a tego; sądzę, że spokornieje po tym i nie będziemy mieć z nim więcej kłopotów w zborze« – jeśli macie takie nastawienie, przetestujcie samych siebie. Musimy zaglądać do własnych serc. Gdybyśmy to robili, nie mielibyśmy czasu ani skłonności, żeby stosować takie uwagi do tych, co są wokół nas.

      Mając tę myśl na uwadze, udawajmy się ciągle do Pana z modlitwą w tej sprawie, a zanim dojdziemy do końca modlitwy, upewnijmy się, że chcemy, aby działa się Pańska wola. Nie ma pożytku z proszenia Pana o pomoc, jeśli nie będzie gotowości skorzystania z tej pomocy. Na nic się zda pukanie do drzwi, jeśli nie zechcecie, żeby On je otworzył. Pan zaś mówi: „Pukajcie, a otworzą wam” Ktoś stwierdził: »Pukałem i pukałem, ale Pan nie otwierał«. Niektórzy sądzą, że pukali, ale w rzeczywistości mieli tylko taki zamiar. Przypuśćmy, iż zauważyłeś, że człowiek ewidentnie puka do drzwi, ale powstrzymuje się od uderzania w nie – nie dozwala, żeby jego ręka posunęła się w stronę drzwi dalej niż na centymetr od nich. On nie pukał; on tylko udawał, że puka. Obawiam się, że tak samo dzieje się z niektórymi osobami spośród Pańskiego ludu. Oni sądzą, że pukają, ale tak naprawdę wcale tego nie robią. Modlą się do Pana: »Poślij nam więcej możliwości służby«, ale możliwe, że w sercu myślą sobie: »Mam nadzieję, że nie będę musiał nic więcej robić; wykonuję już swoją część i nie uważam, żeby oczekiwano, iż zrobię coś ponadto«. Nic dziwnego, że Pan nie słyszy takiego pukania i nie otwiera drzwi. Myślę, że nieodmiennie stanowisko naszego serca powinno być następujące: »Panie, okaż mi swoją wolę, a z radością ją spełnię«. Nie powinniśmy być z takich, co cały czas mówią, że pragną czynić wolę Pana, a gdy wola Pana stanie się dla nich jasna, znajdują jakieś wytłumaczenie, żeby jej nie wykonać.

      Wszyscy jesteśmy niedoskonali i mamy swoje słabości, ale Pan przykrywa je zasługą swego Syna i w ten sposób nasze poświęcenie przyjmowane jest właśnie tak, jakbyśmy byli doskonali. Lecz wcześniej lub później dochodzimy do punktu, w którym spodziewa się On, że będziemy częściej odnosić zwycięstwo nad danymi rzeczami, a jeśli to przezwyciężanie nam się nie udaje, dowodzi to duchowych niedostatków w nas.

      Weźmy na przykład człowieka, który jest bardzo uzależniony od tytoniu. Wyobraźmy sobie, iż używa go on do takiego stopnia, że staje się niepożądany dla otoczenia, bo tytoniowy sok ścieka mu po brodzie, brudząc mu odpychająco ubranie. Jednakże jego poświęcenie jest przyjmowane przez Pana tak, jakby nigdy nie zażywał tytoniu. Pan nie czyni mu z tego powodu wyrzutów.

      Załóżmy, że minęło kilka lat, a on nadal uzależniony jest od starego nałogu, jednak już nie w tak odrażającej mierze jak dawniej. Jego sumienie go nie potępia, Pan też nie. Ale przychodzi czas, że brat ten przeżywa kryzys na tym szczególnym punkcie. Może rozmyślał o życiu Jezusa, o tym, jak szlachetny i czysty był Jezus i że on sam powinien naśladować Mistrza. Nie powinien czynić niczego, co okrywałoby hańbą Jego imię. Myśli sobie: »Nie ma takiej rzeczy, z której bym nie zrezygnował, wierząc, że Mistrz nie robiłby tego, będąc na moim miejscu. Ciekawe, czy jest w moim życiu coś takiego, co nie zgadza się z wolą Pana? Sądzę, że postępuję tak, jak Pan tego ode mnie oczekuje«. Ale później przychodzi mu do głowy myśl: »Jest przecież tytoń, którego używasz; czy sądzisz, że gdyby On był na twoim miejscu, chodziłby, żując tytoń?«. »Nie, nie myślę, żeby to robił.« »Czy nie uważasz, że byłoby lepiej porzucić tytoń? Nie sądzisz, że bardziej uczciłbyś tym Pana? Nie rozumiesz, jak bardzo zaszkodziłoby to przekazowi biblijnemu, gdybyśmy w nim przeczytali, że lud Boży zażywa tytoniu?«

      »Cieszę się, że nie ma tam nic takiego« – stwierdza ów brat. I wtedy przechodzi kryzys w swoim życiu. Dotąd Bóg przyjmował go, jakby nie był on uzależniony od tego nieczystego nałogu, ale teraz nadszedł czas, że dostrzegł swój przywilej związany z tym problemem i Pan oczekuje od niego, że zgodnie z tym postąpi.

      Chcemy mieć takie nastawienie, w którym pragnieniem naszym będzie rozpoznanie woli Pana odnośnie wszystkich spraw; żebyśmy mogli powiedzieć: »Panie, chcemy znać i czynić Twoją wolę i jest bez znaczenia, czy będzie to łatwe, czy trudne«. W ten sposób zwracać się będziemy do Pana po Boską pomoc, żebyśmy mogli robić to, co do nas należy jako do członków Ciała Chrystusa.

      Związana jest z tym jeszcze jedna rzecz. Skoro oddaliśmy sprawy w Pańskie ręce, nie powinniśmy być fanatyczni i dać się wodzić impulsom. Nie ma być tak, że pojawia się myśl: »Zrobię lepiej to czy tamto« i to robicie. Pan mówi: „Rozpierajmy się z sobą” [Izaj. 1:18]. Jednocześnie nie popadajmy w skrajność i nie martwmy się, podchodząc do obciążeń z lękiem. Nie mówmy: »Prosiłem Pana, by mnie prowadził i jestem ciekaw, czy tak będzie«. Prosimy o błogosławieństwo, a potem nas ciekawi, czy je otrzymamy. Czy nie prosiłeś Pana, żeby cię prowadził? »Tak.« A zatem Pan z pewnością cię prowadzi. My jednak mówimy: »Ciekawe, czy byłoby lepiej, gdybym obrał inną drogę«. Mamy obietnicę Boskiego kierownictwa; nie pozwólmy, żeby nasz umysł był obciążony obawami. Niedobrze jest kierować się impulsami, ale nie jest też dobrze popadać w drugą skrajność i dozwalać, by lęk ciążył nad nami i przytłaczał nas niepokojem.

      Zwróćmy uwagę na trzeci element istotny dla właściwego funkcjonowania w roli brata. Mianowicie: trzeba uważać, żeby nie krytykować swoich braci. Pamiętajcie, Pan nie mianował nas na sędziów, lecz ustanowił członkami w Ciele, żebyśmy to my zostali osądzeni, czy ostatecznie będziemy gotowi na uwielbienie wraz z Odkupicielem, a następnie na towarzyszenie Mu w sądzeniu świata. W żadnym wypadku nie mamy uprawnień, by osądzać brata.

      Istnieją pewne okoliczności, w których moglibyśmy sobie pozwolić na osądzenie uczynków brata lub też jego wiedzy na jakiś temat, ale i wówczas musimy być bardzo ostrożni. Pozwólcie, że nieco dokładniej omówię to rozróżnienie. Na przykład, zbliża się czas wyborów w naszej małej gromadce. Musimy dokonać pewnego osądu. Nie wolno nam sądzić brata Smitha czy brata Jonesa. Nie mamy prawa tego robić, ale wolno nam osądzić, czy bracia Smith i Jones mają odpowiednie cechy nauczyciela, żeby być wybranymi na starszych w zborze. Musimy odróżnić osądzenie brata od osądzenia jego metod czy stopnia jego znajomości. Jak wiadomo, te same zasady stosujemy, gdy bracia mają służyć wykładami w zborze. Starszym wolno osądzać, czego zgromadzenie może potrzebować, ale nie są oni uprawnieni do osądzania serc. Nakreślcie ostrą linię odgraniczającą jednostkę od specyficznych jej poczynań. Nawet jeśli konieczne jest wydanie osądu lub skorygowanie czyjegoś biegu, musimy uważać, żeby raczej robić to w sposób pośredni niż bezpośrednio. Musimy to robić mądrze i lepiej nie robić wcale, jeśli nie potrafimy zrobić w sposób pomocny.

      Można to dobrze zobrazować przy pomocy zdarzenia, które miało miejsce w Arkansas. Mieszkał tam brat, który przez wiele lat używał tytoniu. Inni mu odradzali, ale on wciąż to robił. W swoim czasie spodziewano się tam brata Raymonda z wizytą pielgrzyma i brat ten rozumował: »Teraz, gdy brat Raymond przyjedzie i stwierdzi, że zażywam tytoniu, na pewno udzieli mi reprymendy. Ale jak zacznie mnie besztać, powiem: Bracie, to nie twoja sprawa; to jest sprawa między mną a Panem”: Odpłacę mu tak, jak on mnie«. Był gotowy się bronić i pokazać bratu Raymondowi, gdzie jego miejsce i że przekracza granicę krytyki. Brat pielgrzym przyjechał, pozostał tyle czasu, ile było umówione i już miał odjeżdżać, nic nie wspomniawszy o tytoniu. Tamten brat stwierdził: »Nie wykonał swego obowiązku; wie przecież, że jako chrześcijanin powinien był zwrócić uwagę na takie rzeczy, które są niedobre; zaniechał swej powinności, więc mu powiem, że nie zrobił tego, co do niego należało«. Rzekł: »Bracie Raymond, sądzę, że zauważyłeś, iż żuję tytoń?«. »Tak.« Odczekawszy chwilę, zapytał: »Bracie Raymond, a co ty myślisz o żuciu tytoniu?«. Ten odparł: »Ja nie żuję tytoniu«. Ów brat przyznał: »Nie wiedziałem, jak zareagować. Nie mogłem użyć swojego argumentu. Po odjeździe brata Raymonda postanowiłem rzucić tytoń«.

      Widzicie więc, że są mądre i niemądre sposoby, żeby pomóc braterstwu w takich sprawach. Pamiętajmy, że chyba najlepszym sposobem jest pomaganie poprzez własny przykład. Nie możemy być niecierpliwi, jeśli nauka odbywa się powoli. Jak zaczniemy krytykować, może to być cofnięcie się. Myślę, że na tym tle braterstwo, którzy są małżonkami, mają więcej takich prób, jakich nie mają osoby niezamężne. Często sobie wyobrażam, że mąż i żona częściej niż inni korzystają z wolności mówienia sobie nawzajem tego, co myślą. I oczywiście mogliby być prawdziwą pomocą we wzajemnym powstrzymywaniu się od praktyki krytykowania innych. Jeśli raz za razem pozwolą sobie na odrobinę krytyki wobec braci i sióstr, ich swoboda będzie narastać. Mąż powie: »Czy słyszałaś, co siostra ta a ta powiedziała?«. »Tak, a brat ten a ten powiedział to i to; już nigdy mu nie zaufam.« W ten sposób pobudzają się wzajemnie i wkrótce nie będą mogli spotkać się na ulicy z danym bratem z równie serdecznym nastawieniem jak przedtem.

      Podczas gdy ani wy, ani ja nie mamy uprawnień, żeby krytykować innych, musimy spodziewać się mniejszej lub większej krytyki ze strony innych, a gdy się pojawia, musimy być gotowi, żeby okazać takiego ducha, jakiego posiadał Mistrz. On nie oddawał obelgi za obelgę i urągania za urąganie lub coś w tym rodzaju. Musimy mieć takie usposobienie, żeby spoglądać na to z dystansu, jeśli brat lub siostra nas krytykują i uważać, że nie myślą tak źle, jak się wyrazili. Kiedyś powiedziałem coś w rozmowie z pewną siostrą i zauważyłem, że ją to dotknęło; nie wiedziałem, co z tym zrobić. Przemyślałem jeszcze raz, co jej powiedziałem i dziwiłem się, co mogła w taki sposób odebrać. W końcu uznałem, że moje stwierdzenie można było zrozumieć na dwa sposoby i ona odebrała moją wypowiedź w znaczeniu przeciwnym do zamierzonego. Musimy mieć na to wzgląd, że nawet najlepsi z nas nie zawsze mówią o sprawach tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Dlatego, jeśli ktoś powie coś krytycznego czy niemiłego, przyjmujmy, że nie myślą tak źle, jak mogła zabrzmieć ich wypowiedź.

      Jest tu jeszcze inna lekcja. Musimy pamiętać, że nie ma dwojga wyglądających dokładnie tak samo ludzi i nie ma dwojga z takimi samymi życiowymi doświadczeniami. Nikt nie ma dokładnie takiego samego otoczenia jak drugi, nikt nie otrzymuje identycznego wykształcenia. Musimy brać to wszystko pod uwagę i to uwzględniać. Często żal mi niektórych poważnych kryminalistów tego świata i myślę sobie: »Gdybym to ja znalazł się w identycznej jak oni sytuacji, gdy popełnili przestępstwo, gdybym przeszedł przez takie doświadczenia, które ich doprowadziły do zbrodni i gdybym wyrastał w takim samym środowisku oraz pod tymi samymi wpływami – to skąd mogę wiedzieć, czy nie zrobiłbym tego samego«. Powinno nas to skłaniać do pokory i miłosierdzia. Może to być wolą Bożą, że jedno z Jego dzieci będzie musiało postąpić dokładnie przeciwnie do tego, czego On chce od innych. Wolą Bożą w stosunku do was może być to, żebyście zostali na tej konwencji do jutra, a w stosunku do kogoś innego to, że będzie musiał odjechać. W obu przypadkach musimy podjąć decyzję sami za siebie. Uważam, że nauczenie się tej zasady umożliwi nam uniknięcie wielu gorzkich doświadczeń w życiu, jak też sprawi, że nie będziemy powodować goryczy w życiu innych ludzi. Cieszy nas świadomość, że nigdy nie będzie Pańską wolą, żeby ktoś miał postąpić źle, ale zarazem rzecz, która jednemu wydaje się zła, drugiemu może się wydawać całkiem w porządku i będzie dokładnie tym, co zgodnie z życzeniem Pana ma on zrobić.

      Jedenaście czy dwanaście lat temu w Oklahomie pewien brat opowiedział mi przeżycie, którego nigdy nie zapomnę. Brat ten był kupcem. Między innymi zajmował się skupowaniem masła i jajek od wiejskich sprzedawców i przewożeniem tego do St. Louis. W tym czasie był członkiem kościoła metodystycznego. Któregoś dnia starszy, który był przewodniczącym, zadzwonił do niego do pracy i rzekł: »Chciałbym zamienić z Tobą kilka słów«. Spotkali się w biurze sklepu. Przewodniczący rzekł: »Słyszałem, że nie prowadzisz swojego interesu uczciwie«. Tamten odparł: »Staram się prowadzić mój interes tak samo uczciwie, jak każdy by to robił«. Przewodniczący starszy stwierdził: »Słyszę, że masz na koncie kilka bardzo nieuczciwych spraw«. Brat ten zapytał: »0 jakich to nieuczciwych sprawach słyszałeś?«. Tamten odparł: »Słyszałem, że któregoś dnia posłałeś kontyngent masła do zleceniodawców w St. Louis i powiedziałeś im, że załadowałeś dobry towar, a w rzeczywistości masło było zepsute. To nie jest uczciwe«. Brat odrzekł: »Wyjaśnię to bardzo prosto. W naszej pracy posługujemy się pewnymi określeniami, których używamy odnośnie produktów, jakimi handlujemy. Gdy my, którzy handlujemy masłem, mówimy „dobre masło” to w rzeczywistości mamy na myśli masło kiepskie i określamy je terminem oznaczającym masło zepsute«. Przewodniczący powiedział: »Nie możesz taić tego w ten sposób; szokuje mnie myśl, że jesteś taki nieuczciwy«. Jak łatwo możemy błędnie pojmować i źle oceniać.

      Sądzę, że jest tak pośród przyjaciół Prawdy. Kilka lat temu jeden z braci opowiadał mi, jaką przechodził próbę. Brat mu powiedział, że postąpił źle, gdy poszedłszy do jakiegoś domu i stwierdziwszy, że mają tam już komplet sześciu Tomów, chciał im sprzedać kolejny. Wydawało mu się, że należałoby powiedzieć: »To są takie same książki jak te, które macie już w swojej bibliotece. Czytajcie tamte; tych nie musicie kupować«. Tamten brat odparł: »Nie mówię tak, bo wiem o trzech różnych przypadkach, że ludzie zamówili drugi komplet książek, nie wiedząc, iż takie książki już mają, ale ich nie czytali, bo ktoś ich przed nimi przestrzegał; natomiast przeczytali te zamówione powtórnie i się zainteresowali«. Myślę, że było to właściwe podejście w tej sprawie. Pragniemy, aby ludzie dostawali to, co będzie dla nich błogosławieństwem. To, co niektórzy mogą mylnie oceniać jako nieuczciwe, będzie zupełnie uczciwe z innego punktu zapatrywania.

      Przypuśćmy, na przykład, że lekarz zostaje wezwany do pacjenta, który powoli umiera. Mówi do niego: »Mam tu takie niebieskie tabletki; myślę, że ci pomogą«. Tuż po wyjściu lekarza przychodzi ktoś i widząc tabletki, stwierdza: »Nie zażywaj tych tabletek; wyglądają tak samo jak te, które dostałem od doktora i prawie mnie zabiły; nie bierz ich«. Gdy lekarz znów przychodzi, pyta: »Czy zażywałeś te niebieskie tabletki?«. Pacjent odpowiada: »Nie, nie wziąłem ich, doktorze, bo słyszałem, że to złe leki; ktoś inny zażywał podobne i prawie go zabiły. Bałem się je zażywać«. »No cóż«, doktor na to, »skoro boisz się je zażywać, dam ci inne«. Odchodzi i przygotowuje tabletki z tych samych składników, tylko z czerwoną osłonką, pacjent je przyjmuje i następuje poprawa. Zdaniem niektórych było to oszustwo; lekarz jednak postąpiłby źle, nie robiąc tego, co zrobił. Tak samo rzecz się ma z kolporterami.

      Dość podobne doświadczenie mamy z pracą nad „Fotodramą stworzenia Uczestniczyłem w tych pracach od maja do grudnia minionego roku i miałem dobrą okazję, żeby poznać niektóre uwarunkowania. Pewne rzeczy, jakie mieliśmy do przeprowadzenia, mogły sprawić, że niektórzy się zastanawiali, czy całość jest logiczna, skoro nie rozumieją szczegółów. Zapoznanie się ze szczegółami stawia sprawę w zupełnie innym świetle.

      Bądźmy ostrożni, by mylnie nie rozumieć czy osądzać innych, bo ich punkt widzenia jest różny od naszego. Przyjmujmy za pewnik, że z ich punktu widzenia sprawa jest w zupełności słuszna, nawet jeśli z naszego punktu zapatrywania słuszniejsze by się wydawało obranie innego kierunku.

      Nie róbmy sobie ponadto hobby z wyszukiwania sytuacji, w których lud Boży zdaje się nie postępować właśnie tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Nie naciskajmy na sprawy aż do zaprzepaszczenia swojej przydatności; odnosząc się zbyt często do danego zagadnienia, sprawicie, że inni przestaną w ogóle zwracać na daną kwestię uwagę, ilekroć ją wspomnicie. Dla przykładu: W Los Angeles nawiązałem w wykładzie do sprawy, o której nigdy wcześniej nie wspominałem w publicznym wystąpieniu. Poczyniłem małe wzmianki dotyczące stosownej dbałości sióstr o sposób ubierania się, tak by nie wzniecać nieprzychylnych uwag ze strony innych. Nie spodziewam się, że uczynię to ponownie. Przypuszczam, że ukaże się to w raportach z konwencji. Ufam, że Pan zechce tak pokierować tą sprawą, żeby wynikło z niej potrzebne błogosławieństwo. Dostrzegam to, że jeślibyśmy dalej podnosili tę kwestię, obniżyłoby to naszą skuteczność – budziłaby ona niechęć i przyjaciele by mówili: »Ilekroć przyjeżdża brat Barton, można spodziewać się wykładu na temat ubioru«. Może być słuszne i celowe poruszać taką sprawę na dużej konwencji, ale gdyby to miało miejsce w małym zborze, gdzie na zebraniu jest osiem czy dziesięć sióstr, może to zostać odebrane jako osobista i nieuprzejma przygana. A zatem, gdy naprawdę dostrzegamy jakieś kwestie, które wymagają korekty, módlmy się, żeby wiedzieć, jaki sposób byłby najlepszy oraz kiedy byłby najlepszy czas, żeby go zastosować. Wyczujcie, kiedy przyjdzie odpowiedni moment, wykorzystajcie go, a następnie powierzcie sprawę w ręce Pańskie. Tym sposobem, jak Pan da, możemy stanowić sprawdzoną pomoc dla Jego ludu.

      Pamiętamy, że Pismo Swięte przedstawia Kościół jako Ciało Chrystusa. Gdy najwyższy kapłan był pomazywany i olej ściekał po jego ciele aż po stopy, tak jest i w Ciele Chrystusowym. Najpierw Jezus został pomazany duchem, jako Głowa, a pomazanie to zstąpiło na Kościół w dniu Pięćdziesiątnicy i postępuje ku dołowi aż do członków stóp. Jest jeszcze druga strona tego obrazu, a mianowicie przyglądanie się członkom Ciała pod względem ich użyteczności. Niektórzy są jak członkowie-ręce, ponieważ wykonują pracę tak jak one. Inni są członkami-stopami, gdyż wykonują pracę właściwą nogom. Podobnie też, niektórzy używani są do mówienia.

      Jest i trzecie spojrzenie, albowiem niektórzy z członków zmieniają swoją pozycję w Ciele, do pewnego stopnia. Tak jak olej był wylewany na głowę, spływał na dół, nie do góry, tak też, gdy wylewasz olej ducha świętego na innego brata, oznacza to, że poprzez ten czyn stajesz ponad bratem. Załóżmy, że brat dostaje się wyżej niż ty i staje się Bożym przedstawicielem do wylania na ciebie ducha świętego – udowadnia tym, że jest przełożonym, a ty jesteś postawiony niżej. Przypuśćmy, że brat traci gorliwość. Nadal służy ludowi Bożemu, ale możliwe, że już nie z taką samą dozą żarliwości jak wcześniej. Zaczynasz wylewać na niego ducha świętego i znajdujesz się wyżej od tego brata. Oczywiście Jezus jest ponad całą resztą, ponieważ cały duch święty pochodzi od Niego. Nikt z nas nie był kanałem, przez który duch święty dotarł do Jezusa. Nie, On był źródłem wytryskującym, z którego duch święty dotarł do nas. Uznajemy wszakże, że im więcej wykorzystujemy nasz wpływ, nasze słowa, nasze życie i nasze środki, żeby pomóc reszcie Bożego ludu uzyskać ducha świętego, dostajemy się przez to w jakimś stopniu na wyższe miejsce w Ciele. Wnioskujemy to ze sposobu, wjaki wyraził się Mistrz, mówiąc: „Kto zaś jest największy pośród was, niech będzie sługą waszym” [Mat. 23:11 NR], ponieważ to, że służy innym i wylewa na nich ducha świętego, oznacza, iż podnosi swą pozycję w tym chwalebnym Ciele.

      Oby Pan nam dopomógł nie tylko być braćmi, ale być braćmi skutecznymi i pomocnymi dla tych, którzy idą tą samą wąską drogą.

      Convention Report