Nieskazitelni kapłani
Wygłoszono w wielu miejscach na terenie całego kraju.
Czuję, że dziś wieczorem dobrze będzie porozmawiać na taki temat, który pomoże nam w tych społecznościach; będzie to coś, co pobudzi nasze czyste myśli, gdy sobie to przypomnimy. Mam zamiar oprzeć nasze rozważanie na zapisie z Księgi Kapłańskiej. 3Moj. 21:16-21 [BT]: „Dalej Pan powiedział do Mojżesza: Tak mów do Aarona: Ktokolwiek z potomków twoich według ich przyszłych pokoleń będzie miał jakąś skazę, nie będzie mógł się zbliżyć, aby ofiarować pokarm swego Boga. Żaden człowiek, który ma skazę, nie może się zbliżać – ani niewidomy, ani chromy, ani mający zniekształconą twarz, ani kaleka, ani ten, który ma złamaną nogę albo rękę, ani garbaty, ani niedorozwinięty, ani ten, kto ma bielmo na oku, ani chory na świerzb, ani okryty liszajami, ani ten, kto ma zgniecione jądra. Żaden z potomków kapłana Aarona, mający jakąś skazę, nie będzie się zbliżał, aby złożyć spalaną ofiarę Panu. On ma skazę – nie będzie się zbliżał, aby ofiarować pokarm swego Boga”
W wersetach tych mamy Pańskie oświadczenie na temat rzeczy, które dyskwalifikowały człowieka od służby w żydowskim kapłaństwie, a jak rozumiemy, drodzy przyjaciele, sprawy te mają zastosowanie do chrześcijan obecnie. Ze Słowa Pańskiego dowiadujemy się, że Zakon był cieniem rzeczy przyszłych – że to, co przynależało do Wieku Żydowskiego, stanowiło obraz rzeczy, które przynależą do nas i do naszych dni.
I tak na przykład w tamtych odległych dniach Izraelici mieli najwyższego kapłana. Stwierdzamy, że w naszych dniach mamy znamienitsze kapłaństwo. Tamten kapłan w przeszłości był jedynie cieniem owego większego najwyższego kapłana. Kto jest tym większym najwyższym kapłanem? Paweł mówi do Hebrajczyków, że Jezus jest Najwyższym Kapłanem naszego wyznania. W owych dniach tamten najwyższy kapłan składał ofiary; nasz Najwyższy Kapłan także skiada ofiary. Ale tamten najwyższy kapłan składał ofiary ze zwierząt, ze stworzeń, natomiast nasz Najwyższy Kapłan nie tylko sam jest znamienitszym kapłanem, ale złożył też znamienitsze ofiary. Co stanowiło te większe ofiary? Przede wszystkim ofiarował On samego siebie. Gdy patrzymy wstecz, stwierdzamy, że był nie tylko najwyższy kapłan, ale również kapłani niższego rzędu; tak samo dzisiaj – mamy nie tylko Jezusa jako Najwyższego Kapłana, lecz są również podkapłani. Itak jak w tamtym czasie był nie tylko kapłan, ale i kapłaństwo, tak i w naszych dniach jest nie tylko kapłan, lecz także kapłaństwo.
Uznajemy, że podkapłani tamtych dni należeli do tych, co naśladują najwyższego kapłana; składali ofiary, które były podrzędne, a jednak nosiły podobieństwo do tamtych. To samo jest prawdą i dzisiaj; od dziewiętnastu stuleci istnieje na świecie klasa, która stara się naśladować Pana Jezusa – klasa, która docenia słowa Pawła wypowiedziane do Rzymian: „Proszę was tedy, bracia! przez litości Boże, abyście stawiali ciała wasze ofiarą żywą, świętą, przyjemną Bogu, to jest rozumną służbę waszą” (Rzym. 12:1). Rozumiemy, drodzy przyjaciele, że klasa ta tworzy kapłaństwo, które jest podległe Jezusowi, Najwyższemu Kapłanowi. To o niej pisze Piotr, gdy w 1Piotra 2:9 stwierdza: „Ale wy jesteście rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem” Przekonujemy się, że uwaga nasza kierowana jest na owo kapłaństwo żydowskie, kapłaństwo Aaronowe – jak jest ono różnie nazywane, z powodu sposobu, w jaki obrazuje ono kapłaństwo królewskie. Okresy, które przedstawiają ich spisaną historię, szczegóły dotyczące ich służby to jedynie część wielkiego obrazu, który stanowi ilustrację tego wielkiego królewskiego kapłaństwa, jakie nas interesuje.
Dlatego fragment, jaki wybraliśmy za tekst przewodni, musi być przedmiotem naszego zainteresowania. Mimo że mężczyzna wywodził się z linii potomków Aarona, mógł się nie nadawać na miejsce w kapłaństwie. Nie znaczy to, że skoro człowiek niewidomy nie mógł być żydowskim kapłanem, skoro nie mógł być nim człowiek kaleki – to ludzie ślepi czy kalecy nie mogą się znaleźć w kapłaństwie królewskim. Błędem byłoby takie wnioskowanie. Z drugiej strony musimy wyciągnąć wniosek jak najbardziej adekwatny do obrazu. Takie powszechne błędy popełnia Kościół rzymsko-katolicki; jak wiecie do dziś dnia Kościół rzymsko-katolicki stosuje te rzeczy w sensie literalnym. Mężczyzna, który ma zostać księdzem katolickim, musi się poddać badaniu stanu zdrowia. Jesteśmy pewni, że nasi katoliccy przyjaciele błądzą w tym zakresie. Wiemy, że Pan zamierzył nie taki sposób zastosowania. Mamy przekonanie, drodzy przyjaciele, że Apostoł był członkiem królewskiego kapłaństwa, ale według Kościoła katolickiego nie mógłby nim być. Chodzi o to, że problemy, które naówczas mogły zdyskwalifikować kandydatów na miejsce w owym rzeczywistym kapłaństwie, były obrazami, ilustracjami spraw duchowych, czyli tego, co mogło pozbawić osobę miejsca w kapłaństwie królewskim. Fizyczna ślepota wykluczała kogoś ze stanowiska w kapłaństwie lewickim, ale była to ślepota obrazowa, która dyskwalifikuje osobę ubiegającą się o miejsce w kapłaństwie królewskim. Zamierzamy poświęcić ten wieczór na wynotowanie owych duchowych dyskwalifikujących cech. Bardzo się cieszymy, że mamy świadomość, iż to nie znaczy, jakoby wszyscy mieli być zgubieni, jeśli nigdy nie znajdą się w królewskim kapłaństwie. Pan przygotował coś specjalnego dla tych, którzy będą mieć dział w tym królewskim kapłaństwie.
Zwróćmy teraz uwagę, że żydowskim kapłanem mógł być tylko ktoś bez skazy. Człowiek, który posiadał jakikolwiek rodzaj fizycznej ułomności, był wykluczony. Nie mógł być żydowskim kapłanem, niezależnie od tego, jak blisko był spokrewniony z Aaronem. Tak i w odniesieniu duchowym, drodzy przyjaciele, ani wy, ani ja nie możemy być członkami kapłaństwa, jeśli posiadamy jakąś wadę. »Jak to, zapytacie, przecież my wszyscy mamy wady; jakim więc sposobem możemy mieć miejsce w tym kapłaństwie?« Jest tylko jeden sposób, żebyśmy byli bez wad. Jaki? Przez przyjęcie Pana Jezusa za swego Zbawiciela. Uznajemy, że taka myśl zawarta jest w Rzym. 5:1:„Będąc tedy usprawiedliwieni z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa Z tego też powodu w Rzym. 4:8 powiedziane jest: „Błogosławiony mąż, któremu Pan grzechu nie poczyta” (NB). Jeśli wy i ja przyjmujemy Jezusa za swego Zbawiciela, jesteśmy bez wad. W oczach Boga jesteśmy czyści. Na zasłudze Jezusa opieramy swoją nadzieję. Często rozmyślam o tym, że naprawdę jest tak, iż Bóg przypatruje się nam – jak to często wyrażamy – w obliczu Jezusa Chrystusa. W taki też sposób my oceniamy drugich. Gdy spoglądając na człowieka, patrzymy na jego twarz – czy jest ładna i czy odmalowuje się na niej subtelna inteligencja, czyli oceniamy go po tym, jaka jest głowa; nie oceniasz go po niczym innym. Nie patrzysz na jego stopy, pomijasz je i spoglądasz na głowę. Tak samo w przypadku członków Ciała Jezusa Chrystusa – Bóg patrzy na Głowę i ma wzgląd dla członków Ciała, a my cieszymy się, że tym sposobem jesteśmy bez skaz. Wskazuje to, drodzy przyjaciele, że w owej księdze nie znajdzie się nikt, kto nie pokładał swej ufności w krwi Jezusa Chrystusa. Nie będzie nikogo, kto ufał we własną sprawiedliwość. Nie znajdzie się nikt oprócz tych, którzy uznają, że cała nasza nadzieja spoczywa w ofierze Pana Jezusa Chrystusa. Tacy, którzy sądzą, że śmierć Jezusa miała wyłącznie wymiar patriotyczny i ci, co nie uważają, że naprawdę nasze zbawienie zależy od zaspokojenia sprawiedliwości, nie mogą mieć nadziei na miejsce w królewskim kapłaństwie. Przejdźmy teraz do drugiej dyskwalifikującej cechy. Wyszczególnione jest, że człowiek nie mógł być ślepy.
Pokazywałoby to, że jeśli wy czy ja bylibyśmy duchowo ślepi, nie możemy należeć do królewskiego kapłaństwa. Rozumiemy, że znajdą się w tym królewskim kapłaństwie liczni niewidomi w sensie fizycznym, ale, drodzy przyjaciele, być ślepym w sensie fizycznym a być ślepym w sensie duchowym to dwie różne sprawy. Co by to oznaczało – być ślepym w sensie duchowym? Znaczyłoby to, iż nie widzimy, że Jezus zmarł za nasze grzechy. Jest bardzo wielu ludzi, którzy tego nie dostrzegają. Muszą być ślepi, skoro nie widzą, że Biblia mówi: „Wiara bez uczynków jest martwa „Choćbym miał pełnię wiary, tak żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym” [1Kor. 13:2 NB]. Uznajemy też fakt, że niezbędna jest pokora, gdyż Bóg pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje. 2Piotra 1:5-9: „Przydajcie do wiary waszej cnotę, a do cnoty umiejętność; a do umiejętności powściągliwość, a do powściągliwości cierpliwość, a do cierpliwości pobożność; a do pobożności braterską miłość, a do miłości braterskiej łaskę. Albowiem gdy to będzie przy was, a obficie będzie, nie próżnymi, ani niepożytecznymi wystawi was w znajomości Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Bo przy kim tych rzeczy nie masz, ślepy jest; a tego, co jest daleko, nie widzi, zapomniawszy na oczyszczenie od dawnych grzechów swoich” Apostoł Piotr stwierdza: Człowiek, który mówi: »Jeśli wierzysz w Jezusa, to ci wystarczy i możesz żyć takim życiem, jakie ci się podoba«, jest ślepy i nie może być przyjęty przez naszego Zbawiciela. Wiara w Jezusa stanowi jedynie podstawę. W królewskim kapłaństwie nie znajdzie się nikt, kto tego nie dostrzegł. To nie oznacza, oczywiście, że każdy z członków królewskiego kapłaństwa będzie widział dokładnie tak samo jak drugi. Chrześcijanie dzisiaj mogą widzieć znacznie więcej niż chrześcijanie „ciemnych wieków” Można to zauważyć nawet teraz; człowiek w Mattoon zobaczy więcej niż człowiek w Newadzie. Tutaj, w Mattoon zobaczy samochody itp., zaś daleko w Newadzie zobaczy tylko piaskowe wzgórza. Czy jest tak dlatego, że w Mattoon człowiek ma lepszy widok? Nie, lecz dlatego, że w Mattoon jest więcej do zobaczenia. Tak samo jest z duchowym wzrokiem. Chrześcijanin dzisiaj ma więcej do zobaczenia niż chrześcijanin z okresu „ciemnych wieków” Wówczas człowiek miał przywilej zrozumienia, czym jest chodzenie śladami Zbawiciela. Wskazywałoby to, że ci, którzy przyjęli Jezusa jako swojego Zbawiciela i poszli Jego śladami, będą mieć miejsce w królewskim kapłaństwie.
Dalej powiedziane jest, że żaden człowiek chromy nie mógł być w tym żydowskim kapłaństwie. Rozumujemy, że zgodnie z tą samą zasadą również człowiek chromy duchowo nie może mieć miejsca w kapłaństwie królewskim. Cóż by to oznaczało: być chromym duchowo? Oznacza to po prostu, że kulejemy. Czy znacie werset, który by stwierdzał: „Kulejemy wytrwale w wyścigu, który jest przed nami”? [Hebr. 12:1 NB] A mimo to czuję, że niektórzy z Pańskiego ludu tak właśnie się na to zapatrują. A fakt jest taki, że Pan szuka tych, którzy są tak Mu oddani, że biegną cierpliwie w wyznaczonym wyścigu. W Proroctwie Malachiasza jest powiedziane: „Gdy ofiarujecie to, co kulawe” [Mal. 1:8 NR]. Cóż by to znaczyło – ofiarować to, co kulawe? Powiedziałbym tak: Oto mamy brata, który mieszka o kilka drzwi od pewnego człowieka. Zna swojego sąsiada od wielu lat. Często idą razem, udając się do pracy. Nieraz przystawali przed swoimi domami i rozmawiali, a jednak brat ten nigdy nie zadał sobie trudu, żeby pomóc swemu sąsiadowi ujrzeć te radosne rzeczy, jakie sam dostrzegał. Czasami czynił pewne wzmianki na temat Prawdy, ale były one tak ogólnikowe, że nawet gdyby tamten posiadał mądrość Salomona, nie mógłby zrozumieć istoty rzeczy. Minęły dwa lata i brat ten stwierdził: »Muszę być bardziej wierny; zawołam sąsiada i opowiem mu o tych radosnych sprawach, jakie sam zrozumiałem«. W następną niedzielę rzecze: »Dzisiaj jest tak ładnie, odłożę to do kolejnej niedzieli«. Następnej niedzieli było za gorąco. Gdy przyszła kolejna, stwierdził: »Nie czuję się dzisiaj za dobrze, przełożę to na inną niedzielę«. Kolejnej niedzieli mówi: »Jestem dość zmęczony, muszę to znów przełożyć«. Dręczy go jednak sumienie, więc myśli: »On jest moim sąsiadem. Rozmawialiśmy o polityce, o pogodzie, ale nigdy się naprawdę porządnie nie wysiliłem, żeby opowiedzieć mu o tym, co uważam za naj – lepszą z wiadomych mi kwestii. Nigdy się nie pokusiłem, by mu opowiedzieć o sprawach najcenniejszych. W następną niedzielę muszę iść i spotkać się z tym człowiekiem«. Przychodzi kolejna niedziela i brat ten rusza do sąsiada. Prawdopodobnie miał jednak życzenie, żeby nie musieć tam iść i w połowie drogi pragnie, żeby sąsiada nie było w domu. Dociera na miejsce, sąsiad jest w domu, więc mówi mu: »Panie Smith, często ze sobą rozmawiamy, ale nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co jest najlepsze ze znanych mi spraw«. I opowiada o tym panu Smithowi.
Drodzy przyjaciele, brat ten skorzystał ze sposobności, czyż nie? Ale tak naprawdę jest on chromy, bo czy zajęłoby mu to dwa lata, żeby pójść ulicą nieco dalej i opowiedzieć coś temu człowiekowi. Pan nie szuka mężczyzny czy kobiety, którzy chcą, żeby podsunął im okazję prosto „pod nos”, lecz szuka mężczyzn i kobiet, którzy sami stworzą okazję; kogoś, kto uważa, że służba dla Pana jest czymś najbardziej upragnionym w jego życiu i tacy, drodzy przyjaciele, są jedynymi, których Pan pragnie mieć na stanowiskach królewskiego kapłaństwa. Przyznajemy, że jak zaczynaliśmy, wszyscy byliśmy chromi, ale będziemy musieli wydostać się z tej ułomności. Chcę wam, drodzy przyjaciele, powiedzieć, że jeśli nie wyzbędziemy się tej ułomności, znajdziemy się w klasie „wielkiego ludu” Zdaję się na was i mam świadomość konieczności rozwijania się zgodnie z tymi wytycznymi. Nie znaczy to, że odrzucimy mądrość i ostrożność; nie tak ma być; znaczy to natomiast, drodzy przyjaciele, że będziemy w takim stopniu cenić możliwość daną nam przez Pana, iż będziemy biec z całej siły i mocy, jakich nam Bóg udzieli.
Następnie przejdziemy do innej dyskwalifikującej cechy. W wersecie jest powiedziane, że człowiek, który miał być żydowskim kapłanem, nie mógł mieć zniekształconej twarzy [KJV „płaskiego nosa” – przyp. tłum.]. Dzisiaj mówilibyśmy raczej o złamanym nosie. Z łatwością pojmujemy, dlaczego kapłan nie mógł służyć, mając złamany nos. Pan zamierzył, żeby ci żydowscy kapłani byli Jego reprezentantami i życzył sobie, aby owi przedstawiciele prezentowali przed ludem odpowiednią powierzchowność. Pan wiedział, że zdeformowana twarz umniejszałaby dostojeństwa, jakie powinni posiadać. Powodowałoby to, że kapłan wydawał się mniej godny, niż byłoby w przeciwnym razie. Jeśli wy lub ja nie wychwalamy Pana w duchowym sensie, wtedy mamy złamany nos. „Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” [Mat. 5:16 NB]. Mamy też powiedziane, że nasze życie powinno być takie, żeby ludzie, widząc je, chwalili Boga w dzień nawiedzenia; gdzie indziej zaś – że mamy się przyozdobić chwałą Bożą [Tyt. 2:10]. Ma to być taka duchowa chwała, aby w jakimś stopniu stanowiła przykład dla tych, którzy są wokoło oraz wywierała na nich wrażenie istotą i wpływem głoszonej przez nas Ewangelii.
Byłem ostatnio w Midland, w Pensylwanii. Jest tam mały, wiejski zbór. Sąsiad znał naszych przyjaciół i wiedział co nieco o ich życiu; oto, co powiedział: »Tylko jedno mam przeciwko tym ludziom. Za bardzo próbują być jak Jezus«. Jestem ciekaw, czy tu w Matton ludzie mówią o was w ten sposób? Mamy takie zrozumienie, że ten świat będzie źle pojmować nasze motywy i błędnie interpretować nasze czyny, a jednak powinien mówić: »Nie mamy nic przeciwko temu człowiekowi, prócz tego, że zbytnio stara się być podobny do Jezusa«. Gdy w następnym wieku nasi znaj orni popatrzą w przeszłość, będą pytać mniej więcej tak: »Słyszałeś, że ten a ten, nasz znajomy, jest jednym z tego królewskiego kapłaństwa?«. Inny stwierdzi: »Nie dziwi mnie to. Zazwyczaj myślałem, że to jakiś rodzaj dziwactwa, ale były to czasy, gdy nie pojmowałem tych spraw tak, jak pojmuję je teraz. Teraz rozumiem, że był on jednym z Boskich klejnotów. Całe jego serce należało do Pana. Widzę, że głównym pragnieniem jego życia było wielbienie Boga. Wiem też, że najważniejszą dla niego sprawą było dowieść wierności dla Tego, który go powołał. I wiem również, że jak najbardziej jest tym, który powinien tam być. Jestem więcej niż przeświadczony, że on tam jest«. Ale może też być inaczej. Możliwe, że ktoś powie: »Słyszałem, że ten a ten jest jednym z królewskiego kapłaństwa. Sam nie mogę w to uwierzyć. Przecież spójrzcie tylko za siebie, do tamtego innego wieku. Nie patrzyliśmy na sprawy tak jak dzisiaj. Odkąd powstaliśmy i znacznie doskonalej poznaliśmy Pańskie sposoby, mogę spoglądać wstecz i rozumieć, że człowiek ten nie był taki, jaki powinien być jako poświęcone dziecko Boże. Zazwyczaj uważałem, że odznaczał się rozsądkiem i sądziłem, że jest takiego rodzaju chrześcijaninem, jakim każdy powinien być. Nie obnosił się cały czas ze swoją religią. Teraz widzę, że w jego przypadku niektóre rzeczy były złe. Mogłem przegadać z nim godzinę, ale on nigdy nie mówił o religii. Wydaje mi się, że bardziej interesowały go sprawy światowe. Poza tym wiem, że mocno zajmowały go różnego rodzaju przyjemności. Widywałem go na werandzie, jak czytał świeckie czasopisma i gazety. Nie sądzę, że jest on jednym spośród królewskiego kapłaństwa. To musi być ktoś o takim samym nazwisku«. I, drodzy przyjaciele, nie mógł to być on. Człowiek, który nie żył bliżej Pana, nie będzie członkiem królewskiego kapłaństwa. Pomyślcie o ludziach, którzy dzisiaj poświęcają swoje życie i wszystko po to, by być wybranymi na prezydenta, w naszym przypadku Stanów Zjednoczonych. Pomyślcie o poświęceniach związanych z innymi sprawami – gdy ludzie robią to, czego my nie powinniśmy być skłonni robić, jeśli marzymy o tej przeogromnej obfitości wiekuistej chwały [2Kor. 4:17 NB].
Przechodzimy do następnej dyskwalifikującej ułomności. Jest tutaj po- wiedziane, że nie mógł być w kapłaństwie lewickim nikt, kto był kaleką [„niezupełnych albo zbytnich członków” (BG)}. Czasem rodzą się dzieci z dodatkowym palcem u ręki albo u nogi. Jak widzimy, ktoś taki nie mógł być członkiem żydowskiego kapłaństwa. Ma to, drodzy przyjaciele, także duchowe zastosowanie. Można by powiedzieć, że jest inny punkt widzenia, z którego moglibyśmy rozważać tę sprawę. Z tego innego punktu zapatrywania ów wielki Najwyższy Kapłan, Jezus Chrystus, Głowa Kościoła, nie będzie ślepy na potrzeby świata w następnym wieku, wielki Najwyższy Kapłan nie będzie chromy ani nie będzie miał żadnego nadmiaru, żadnego zbytecznego członka; ani o jednego za wiele, ani o jednego za mało. Gdy podejdziemy do zagadnienia z indywidualnego punktu widzenia, wnioskujemy, że nie znajdzie się w królewskim kapłaństwie nikt, kto ma jakiś nadmiar. Co przez to rozumiem? Otóż spotkałem siostry, które twierdziły, że nie mają czasu na czytanie albo pracę ochotniczą, ale spędzały całe godziny na robótkach ręcznych. Czy ma to jakiś sens? Nie, ale jeśli zamierzasz tak postępować, istnieje poważne ryzyko, że nie będziesz mógł się znaleźć w królewskim kapłaństwie. Jeśli siostra zajmuje się haftowaniem, żeby zarabiać pieniądze na życie lub też w związku z pewnymi okolicznościami – jak możemy sobie wyobrazić – znalazła się w takim stanie fizycznym, że może to poprawić jej kondycję, to byłoby to zrozumiałe. Jeśli jednak siostra robi to tylko dla zabicia czasu, nie może ona być w królewskim kapłaństwie. Królewskie kapłaństwo nie będzie się składać z ludzi, którzy zrezygnowali jedynie ze złych rzeczy; zostało zamierzone, by tworzyli je ludzie, którzy zrezygnowali z rzeczy dobrych. Przypomina mi się jeden brat, który miał porządne gospodarstwo i dobrze zarabiał na utrzymanie, a mógłby pojechać na konwencję i nieco mniej pracować. Brat ten miał ochotę się tak uwiązać. Miał ochotę być taki uwikłany aż do ostatnich dni. To mogłoby być całkowicie w porządku w przypadku człowieka światowego, ale nie może być w pełni właściwe dla kogoś, kto ma należeć do królewskiego kapłaństwa. Słyszałem kiedyś zeznanie pewnego brata. Powiedział, że zaszła w nim wielka przemiana. Wcześniej, idąc ulicą, wstępował do sklepu i kupował sobie wodę sodową z lodem. Lecz kiedyś stwierdził: »Czy muszę mieć tę wodę z lodem? Nie zaszkodziłoby czegoś sobie odmówić. Włóż ten pieniążek do kieszeni i oddaj go dla Pana«. Idąc dalej ulicą i zaglądając do sklepów, zobaczył gazety. Pomyślał: »Czy potrzebna mi jest ta gazeta? Czy pomoże mi ona dostać się do Królestwa? Czy zyskam w ten sposób więcej czasu? Nie; weź te piętnaście centów i dodaj do dziesięciocentówki. Tamto i to – razem mam ćwierć dolara dla Pana«.
Przecież, powiecie, takie drobne sprawy w ogóle nie są warte tego, by zwracać na nie uwagę. Jeśli wy i ja zamierzamy lekceważyć takie małe rzeczy, nie będziemy jednymi z tej klasy, która stanowić będzie współdziedziców z naszym Panem i Zbawicielem Jezusem Chrystusem. Wiem też, że różnimy się stanem. Oto na przykład brat, który nigdy nie zapłacił więcej niż półtora dolara za parę butów. Uważa, że większa kwota byłaby nadmierna za parę obuwia. Inny brat za parę butów zapłaciłby siedem dolarów. Znam brata, który kupił samochód i dobrze nim usługiwał. Inny brat kupił pojazd, ale uznał, że jest to obciążenie dla duchowych Spraw. Uzmysłowił sobie, że samochód jest dla niego pewnym nadmiarem i pozbył się go tak szybko, jak mógł. Chciał, żeby Pan otrzymał z jego życia tyle, ile tylko było możliwe. Jeśli mamy takiego ducha, drodzy przyjaciele, możemy należeć do królewskiego kapłaństwa. Jak wiadomo, problem polega na tym, że chętnie Panu obiecujemy, co chcemy uczynić, ale, drodzy przyjaciele, jak ciężko jest dotrzymywać tych obietnic; jednak tego właśnie Pan poszukuje – tych, którzy składają obietnice i ich dotrzymują, a nie tych, którzy czynią obietnice i je łamią. Gdy jest organizowana praca dla ochotników, da się słyszeć, jak niektórzy mówią: »Niewiele pracowałem jako ochotnik; przydzielcie mi porządny, duży teren«, a po zakończeniu pracy okazuje się, że nic nie zrobili. Znajdują jakąś wymówkę, żeby się wymigać. To jest trochę tak, jak kilka lat temu opowiadał ewangelista Sam Jones. Przytoczył historię pewnego ciemnoskórego człowieka, którego zaskoczyła burza i jakoś tam się modlił; że jeśli nie uderzy w niego piorun, będzie służył Panu. Ktoś mu mówi: »Wiesz, że tak by nie było«, a on na to: »Zgadza się, tylko sobie żartowałem przed Panem«. Pan będzie od nas oczekiwać, że postaramy się dotrzymywać obietnic. Czy jesteśmy skłonni składać obietnice, a potem szukamy sposobu, żebyśmy nie musieli ich dotrzymać? W waszym i moim życiu istnieją sprawy zbyteczne, a my chcemy, żeby Pan otrzymał jak najwięcej z naszej ofiary. Chcemy, żeby dostał z naszego życia, ile się tylko da.
Następny dyskwalifikujący stan: jest powiedziane, że nikt nie mógł być żydowskim kapłanem, jeśliby miał złamaną nogę. Byłoby to jeszcze gorsze niż w przypadku człowieka kulejącego. Musiałby używać kul. I wy, i ja nie możemy być w królewskim kapłaństwie, jeśli jesteśmy ułomni, jeśli musimy wspierać się na kulach. Dla niektórych takimi kulami są ich biznesy. Gdy interesy idą gładko, nie opuszczają oni zebrań; do wszystkich się uśmiechają, a gdy ktoś jest przygnębiony, mówią: »Rozchmurz się, bracie, wokół chmury widnieje srebrzysta obwódka«. Jeśli jednak interes idzie kiepsko, przychodzą na zebranie i są cicho. Ich kulami było powodzenie w interesach. Czasem dla brata posiadającego gospodarstwo takie kule stanowią piony. Jeśli zbiory są udane, jest on dobrym bratem. Wiem o jednym zgromadzeniu, które posiadało dość specyficzny rodzaj kul. Poradziłem tamtejszym przyjaciołom, żeby organizowali zebrania, i przystali na to. Gdy jakiś czas potem spotkałem jednego z braci, zapytałem: »Bracie, czy macie teraz zebrania«, odrzekł: »Po tym, jak byłeś u nas, zaczęliśmy się spotykać i w pierwszą niedzielę było bardzo miło; w drugą również; w trzecią nie mogliśmy się zejść z powodu sąsiada. W czwartą niedzielę była piękna pogoda i nie było nikogo, z wyjątkiem czwórki przyjaciół w Prawdzie. Nie przyszedł nikt, kto mógł zaśpiewać, a bez śpiewania nie potrafiliśmy się obejść«. A zatem, ich kule, ich podporę stanowili ludzie młodzi, którzy dla nich śpiewali. Pan osobiście będzie nas podtrzymywał. Czasem tu i tam społeczność będzie jak takie kule. My zaś chcemy być tacy, żebyśmy nawet wtedy, gdy nie będzie w pobliżu żadnego brata, pozostali wierni.
Przechodzimy dalej, do następnej dyskwalifikującej cechy. Pan mówi, że nie mógł być członkiem żydowskiego kapłaństwa nikt, kto miał złamaną rękę. A zatem, jak rozumiemy, z miejsca w królewskim kapłaństwie możemy również zostać wykluczeni, jeśli mamy złamaną rękę. Człowiek ze złamaną ręką nie może się niczego przytrzymać. Pismo Święte stwierdza, że my musimy się trzymać mocno. Ale jak mamy się mocno trzymać, skoro mamy złamaną rękę? Zauważyliśmy, że wiele osób przychodzi na zebrania wtedy, gdy okolicę odwiedza pielgrzym, ale nie pojawiają się aż do przyjazdu następnego pielgrzyma. Tę samą prawidłowość zauważyliśmy w przypadku przeciągających się zebrań. Pan nie szuka nerwowych i sporadycznie bywających chrześcijan. On szuka takich, którzy się uchwycą i będą się tego trzymać.
Inny przepis określający kolejną dyskwalifikującą ułomność, na którą Pan zwraca naszą uwagę, stwierdza, że żydowski kapłan nie mógł być karłowaty ani garbaty. Człowiek, który z powodu skrzywienia kręgosłupa był garbaty, nie mógł wydźwignąć ofiary na ołtarz. Gdybyśmy byli garbaci w sensie duchowym, nie mogąc unieść ciężaru prześladowań, wówczas nie bylibyśmy przygotowani na miejsce w królewskim kapłaństwie. Chcemy być gotowi ustać pod dowolnym brzemieniem. Nie musimy dźwigać go sami, bo pomoże nam Pan.
Oto kolejna dyskwalifikująca cecha, a mianowicie karłowatość. Żaden karzeł nie mógł być członkiem żydowskiego kapłaństwa. Karłem mógłby być ktoś niedorozwinięty. Czasem zdarza się, że dziecko rośnie do ósmego roku życia i przestaje rosnąć. Zostaje karłem. Duchowy karzeł nie może się znaleźć pośród królewskiego kapłaństwa. Kiedyś spotkałem duchowego karła. Zauważyłem, że niedługo jest w Prawdzie. Powiedziałem do niego: »Bracie, jak długo znasz te prawdy?«. »Dlaczego pytasz, jestem w Prawdzie od dwudziestu lat.« Są dwa rodzaje karłów. Pierwszy przypadek to osoba, która przez jakiś czas rosła, a potem przestała. Drugi przypadek jest częstszy: człowiek przestał rosnąć, jeśli chodzi o ciało, ale nadal rosła jego głowa i ma on głowę pasującą wielkością do sześćdziesięciolatka, a ciało wielkości siedmio- lub ośmioletniego dziecka. I wśród duchowych karłów spotykamy takich, których miłość i pokora nie urosły; ale głowa, o, ich głowa urosła. Potrafią cytować z Biblii, ale są karłami. Ufam, że należymy do tych, którzy wzrastają w łasce i znajomości naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Chcemy rosnąć pod każdym względem. Chcemy, żeby rosła nasza gorliwość, nasza pokora, ale chcemy też wzrastać pod względem wiedzy. Duchowy karzeł nie ma kontroli nad swoim wzrostem. Jeśli za bardzo nie rośniesz, to dlatego, że nie jesteś tak wierny, jak powinieneś być.
Na kolejnym miejscu wspomniane jest, że nie mógł być członkiem kapłaństwa lewickiego nikt, kto miał bielmo na oku. Wcześniej widzieliśmy, że nie mógł być kapłanem człowiek niewidomy. Tutaj powiedziane jest, że jeśli kapłan miał bielmo na oku, jeśli był zezowaty lub cierpiał na zaćmę, wykluczało go to z miejsca w kapłaństwie Aaronowym. Tak też, drodzy przyjaciele, jeśli wy czy ja mielibyśmy jakąś wadę w naszym duchowym patrzeniu, nie moglibyśmy być w kapłaństwie królewskim. Czasami to pycha upośledza nasze duchowe widzenie; czasem zazdrość albo inne rzeczy. Myślę, że bardzo wiele można tutaj dostrzec. Musimy być niezwykle czujni, żeby wady takie nie dostały się do naszego życia. Przykład ilustrujący ten problem miałem w swoich przeżyciach po konwencji w Mountain Lake Park. Bracia pielgrzymi zostali zaproszeni na kilka dni do Brooklynu i brat Russell rozesłał zaproszenia dla brooklyńskich usługujących, żeby przyjechali. Przybyło całkiem sporo pastorów i braterstwa z okolicy. Wieczorem zaplanowano kolację w jadalni na dole. Bracia pielgrzymi mieli być umieszczeni jako komitet do usługi. Było to tak urządzone, że owi pastorzy mieli być rozproszeni między braterstwem w ten sposób, żeby widzieli tego, kto się do nich zwracał. Jeden z braci był gospodarzem ceremonii. Wyczytywał nazwiska i dane osoby odpowiadały. Po chwili zawołał: »Czcigodny Barton«. Mówię wam, byłem w szoku. Do teraz źle się czuję. Postanowiłem, że nie pójdę. Jeden czy dwoje z przyjaciół rzekło: »To twoje nazwisko«, ale nie poszedłem. W końcu usłyszałem: »Brat Barton«, i wtedy poszedłem. Mieliśmy dwugodzinne zebranie pytań, ale pierwsze piętnaście minut miałem popsute. Myślałem jedynie o tym zwrocie »Czcigodny Barton«. Po kolacji chciałem się dowiedzieć, dlaczego tak mnie nazwano. Poszedłem do owego brata i zapytałem: »Bracie, dlaczego nazwałeś mnie czcigodnym Bartonem?«. Dowiedziałem się, że był w Brooklynie pastor o tym nazwisku i zaplanowano, że miał siedzieć przy tym samym stole co ja. Mówiąc „Czcigodny Barton” prowadzący miał jego na myśli, a mówiąc „Brat Barton” miał na myśli mnie; niepotrzebnie tak to przeżywałem. Zatem, drodzy przyjaciele, nie chcemy mieć żadnych wad w naszych oczach. Nie chcemy, żeby pycha niszczyła nasz wzrok. A wiadomo, że może się to dziać na wiele sposobów.
Czasami duchowe widzenie braterstwa jest tak naruszone, że chociaż pojawiają się możliwości służby, oni nie chcą z nich skorzystać. Mam nadzieję, że z naszym duchowym widzeniem nie jest źle.
Dalej tekst nam mówi, że nie mógł być członkiem żydowskiego kapłaństwa nikt, kto był chory na szkorbut. Szkorbut to specyficzna choroba i z pewnych względów jest bardzo rozpowszechniona wśród marynarzy, którzy podróżują do rozmaitych części świata i muszą miesiącami żyć na statkach, żywiąc się w określony sposób. Stwierdzamy, że przyczyną duchowego szkorbutu są braki w zakresie spotkań z ludem Bożym. Jeśli wy czy ja nie mamy żadnej duchowej społeczności, jeśli w naszym otoczeniu nie ma nikogo z Bożego ludu, Pan to zrekompensuje. Ale jeśli mamy możliwość, a tego nie robimy, wówczas zachorujemy na szkorbut. Gdybyśmy nie lubili spotykać się teraz z ludem Bożym, to jak będziemy w stanie spędzić z nim całą wieczność?
Następna dyskwalifikująca choroba: Nikt nie mógł być żydowskim kapłanem, jeśli był chory na świerzb. W zasadzie oznacza to odczuwanie swędzenia. W istocie chodzi o bardzo ważny rodzaj swędzenia. Lekarze nazywają je świerzbem. Jeśli wy czy ja mamy duchowe swędzenie, nigdy nie znajdziemy się w tym królewskim kapłaństwie. Co rozumiemy przez duchowy świerzb? Raz spotkałem brata, który odczuwał swędzenie. Pierwsze, co mówił, to: »Powiedz nam coś zupełnie nowego, bracie Barton«. Nieważne, czy dobre, czy złe, byle było nowe. Pojmujecie, swędziało go. Wiem, że był taki brat, który dowiedziawszy się, że mam zamiar powiedzieć wieczorem coś świeżego, przeszedłby dwadzieścia mil, żeby się tu znaleźć, ale gdybym miał mówić o cierpliwości, nie przeszedłby na drugą stronę ulicy, żeby tu być. Niektórych swędzi chęć bycia starszym. Ktoś inny odczuwa swędzenie, bo chce się wypowiedzieć na temat nowych pytań. Może ma już w głowie pytanie numer cztery. Gdy mowa jest o pytaniu numer jeden, on nie myśli o nim. Traci wszystkie dobre rzeczy związane z pytaniem pierwszym. Potem rozważane jest pytanie numer dwa, ale on traci wszystko, co było w nim dobre; on myśli o jakimś szczególe z pytania numer cztery. Potem pada pytanie numer trzy. A jego swędzi coraz bardziej, bo to już tak blisko. Prawdopodobnie jakiś brat przy pytaniu numer trzy wyprowadza wniosek obalający jego myśl z pytania numer cztery, ale on tego nie uchwycił. Gdy pada pytanie numer cztery i podaje on swoją świetną myśl, dziwi się, że zbór tego nie zauważa. Nie wie, że jego pomysł został obalony dziesięć minut temu. On odczuwał świąd. Czasami jakiegoś brata swędzi chęć podania lepszego argumentu niż inni. To jest jak fizyczny świąd – coś niedobrego w naszej krwi.
I wreszcie, drodzy przyjaciele, ostatnia dyskwalifikująca wada. Chcę wam przypomnieć pewne zagadnienie. Możemy nie mieć żadnej z tych dyskwalifikujących skaz, a jednak może istnieć jakaś ukryta; może to być mała pycha albo niewielkie samolubstwo, które skrywamy. Jest powiedziane:
„Od tajemnych występków oczyść mię” [Psalm 19:13]. Chcemy pozbyć się wszystkiego, co by nie harmonizowało z naszym duchowym powodzeniem, jeśli mamy usłyszeć Jego: „Dobrze, sługo dobry i wierny” Trochę mnie to osłabia, jeśli muszę osiągnąć to wszystko. Byłoby to niemożliwe w oparciu o nasze własne siły, ale wszystko mogę w Chrystusie, który mnie posila. Sami przed sobą przyznajemy, że wznoszenie się do istoty tego wszystkiego może tylko dowieść, że nie nadajemy się na miejsce w królewskim kapłaństwie. Ale z łaski Bożej możemy w końcu być uznani za godnych miejsca w tym królestwie.
Drodzy przyjaciele, nie dopuszczajmy zniechęcenia, bo wtedy, gdy myślimy, że jesteśmy zniechęceni, nadchodzi być może czas, kiedy Pan nam zamierza powiedzieć, że właśnie teraz udzieli nam szczególnej pomocy i obdarzy w tym właśnie względzie wyjątkowym zwycięstwem. Często myślę: „Ale Bogu niech będą dzięki, który nam daje zwycięstwo” [1Kor. 15:57 NB]. Gdy stwierdzicie, że nie osiągacie postępu w jakimś szczególnym kierunku, nie bądźcie zniechęceni; On da zwycięstwo. Mamy się starać i walczyć tak, jakby zwycięstwo zależało od nas, ale mamy ufać, że zostanie nam ono dane. Gdy odniesiemy zwycięstwo, to nie dlatego, że się staraliśmy, lecz dlatego, że On daje zwycięstwo przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Miejmy świadomość, że rzeczy, o które warto się starać, wystawione są przed nami w Ewangelii Jezusa Chrystusa.
St. Paul Enterprise, 12 września 1916