Końcowa choroba br. Bartona

      Swoje ostatnie dni br. Barton spędził w domu br. Faschinga w Portland.

      S. Fasching opisuje przyjemność usługi temu świętemu Boga, 14 lipca 1916.

      Odpowiadając na wyrażoną w The Enterprise prośbę o udzielenie informacji na temat śmierci brata Bartona, mamy przyjemność naszkicować pokrótce jego ostatnią wizytę na wybrzeżu.

      W piątek, 5 maja, brat Barton przyjechał do Portland i na jego prośbę brat (dr) Fasching przyjął go w swoim gabinecie. Po zbadaniu go i postawieniu diagnozy doktor nalegał, żeby brat Barton zaprzestał wszelkiej aktywności i zrobił sobie miesiąc wypoczynku w Portland, gdzie miałby w jego własnym domu zapewnione leczenie (osteopatyczne) i opiekę. Jednak brat Barton tak bardzo chciał kontynuować swoją pracę w „dziele żniwa” że nie przystał na to. Wyraził do doktora taką uwagę: »Bardzo uprzejmie dziękuję, bracie, ale pomyśl o przyjaciołach na drugim końcu, jak byliby rozczarowani«. Odjechał więc z Portland o dziewiątej rano następnego dnia i udał się do McMinnyille, a doktor pojechał za nim popołudniowym pociągiem, żeby zatroszczyć się o niego podczas wykładów w sobotę i w niedzielę.

      Brat Barton opuścił McMinnyille w poniedziałek rano i odjechał do Dallas i Salem, a w środę, 10 maja, przybył do Oregon City. Służył tam wieczorem i spędził noc wraz z bratem pielgrzymem W A. Bakerem w Portland, by rano, 11 maja, odjechać do The Dalles, gdzie pozostał przez dwa dni.

      W sobotę, 13 maja, znowu przyjechał do Portland, gdzie przemawiał tego dnia, jak również w niedzielę, zaś 15 maja odjechał do Coryallis, robiąc po drodze jeden czy dwa przystanki.

      Zasłabł w drodze powrotnej z wykładu w Coryallis i natychmiast, zgodnie z jego życzeniem, zajął się nim lekarz osteopata. Zaistniała konieczność pozostania w Coryallis do 11 czerwca, kiedy to dr Fasching i inny brat (Lewton) ze zboru w Portland pojechali po niego i przywieźli go bezpośrednio do naszego domu.

      Ponieważ brat Barton był zmęczony, gdyż była już 17.30, został odprowadzony do pokoju, zaś braciom przekazano, że nie będzie się mógł z nikim widzieć aż do odwołania.

      W czasie pobytu w naszym domu brat Barton ani przez moment nie wydawał się być świadomy tego, jak bardzo jest słaby i stale miał nadzieję, że wkrótce poczuje się na tyle dobrze, żeby wrócić do Brooklynu. Ostatni list, jaki podyktował, skierowany był do jego matki, która mieszka w Filadelfii; stwierdza w nim, że postanowił pojechać prosto do niej.

      Prawie każdego wieczoru, gdy lekarz zaglądał do niego i się nim zajmował, prosił, żeby inni członkowie rodziny śpiewali na dole pieśni dla niego i grali hymny. Dość często podawał numer 305, mówiąc, że jest to jego ulubiona pieśń, często prosił o więcej, ale wieczorem, 23 czerwca, nie chciał, żebyśmy śpiewali, gdyż był nieco zmęczony i pragnął spać. Nie zwróciliśmy na to uwagi, jako że zjadł porządną kolację i wydawał się być w lepszym stanie niż zwykle, ale po południu siedział trochę i myśleliśmy, że to go za bardzo zmęczyło. Nie wypoczywał jednak spokojnie i około 24 zadzwonił, prosząc o coś do picia. Lekarz, który spał obok niego, czuwał przy nim; wyglądało na to, że brat B. miał pewne trudności z oddychaniem, więc lekarz cały czas był przy nim.

      Od pierwszej doktor miał już świadomość, że nasz drogi brat umiera, tak więc po cichu wezwał trzech innych członków rodziny.

      Brat Barton nie zdawał sobie sprawy ze swego stanu aż do chwili, gdy na trzy minuty przed wydaniem ostatniego tchnienia chwycił doktora za rękę, próbując mu powiedzieć, jak bardzo docenia okazaną mu życzliwość i troskę. O 1.15 zmarł w obecności zaledwie czterech osób, mieszkańców domu. Powiedział bardzo niewiele i była to bardzo wzruszająca i piękna scena. W całkowitej ciszy i spokoju nasz brat odszedł do Królestwa. Jesteśmy pewni, że byliśmy świadkami wezwania do domu jednego z Pańskich klejnotów; „zakończył swój bieg z radością” i został „przemieniony w mgnieniu oka”

      Charakter, jaki reprezentował przez cały swój pobyt, był prawdziwie podobny do Chrystusowego. Był taki wdzięczny za każdą wyświadczoną mu przysługę. Każdego ranka czytaliśmy mu „Mannę” a on zawsze dodawał jakiś swój komentarz. Poza tym był bardzo spokojny, ale przez cały czas przejawiał tak piękne usposobienie, że radością i przyjemnością było czuwanie przy nim. Zaprawdę, „wódz, i to wielki, poległ dziś (24 czerwca) w Izraelu”

      Szczerze oddana,

      SIOSTRA FASCHING

      St. Paul Enterprise, 8 sierpnia 1916