List do Siostry Sherman
Filadelfia, Pensylwania, 15 lipca 1910
Do Pani Sherman, Santa Monica, Kalifornia
Droga Siostro w Chrystusie!
Od ostatniego mojego listu do Ciebie minęły już chyba dwa lata. W międzyczasie często myślałem o tym, żeby do Ciebie napisać, ale zawsze pojawiała jakaś pilniejsza listowna konieczność i w rezultacie byłaś pomijana. Niemniej jednak jest to dla mnie przywilej i przyjemność, że w końcu znajduję czas, by postarać się zrekompensować tę zwłokę. Otrzymałem przesyłkę, jaką nadesłałaś jakiś czas temu, zarówno wiadomość, jak i wydrukowaną listę odsyłaczy.
Pan był niezwykle dla mnie dobry i mogę to wyrazić słowami Ezechiela: „deszcze błogosławieństw”: Błogosławione krople spadały tak mocno i rzęsiście, że myślę sobie, iż słowo „deszcz” jest na to za słabe; chyba „wielki grad” z Objawienia byłby bardziej odpowiedni. Wierząc, że Cię to zainteresuje i że równocześnie będzie pouczające, pragnę wymienić kilka z tych moich doświadczeń opatrzności Pana w ciągu minionych dwóch lat. Ich efektem jest to, że z każdym dniem jest On mi coraz droższy.
Kilka dni temu dziwny jegomość spytał mnie podczas jednego z naszych spotkań, czy jestem nawrócony. Powiedziano mu, że około osiemnaście lat temu całkowicie poświęciłem się Panu. Dopytywał się dalej: »Ale kiedy Pan wykonał ruch ze swej strony?«, na co odparłem, że Pan czynił to od zawsze. Jakże zdumiewająco mnie ukochał, okazując to na tysiące sposobów! Oczywiście robił dokładnie to samo z każdym ze swoich dzieci z osobna, ale nie wydawało mi się to tak zdumiewające, jak powinno się zdawać im; mi bowiem każe myśleć, że pomimo moich stałych niedostatków zajmuje się On mną tak cierpliwie itak łaskawie.
A potem przychodzi słodycz i zadowolenie wynikające z pokory rozwijającej się dzięki Ojcowskiemu kierownictwu. Ostatnio pojawiła mi się taka myśl:
W nocy widzimy gwiazdy rozproszone po niebie, jedna tu, druga tam, tu grupka, tam Mleczna Droga itd. Itak samo w ciągu owej nocy grzechu widzimy ludzi Boga niczym takie niewielkie gwiazdy na niebiańskich miejscach w Chrystusie Jezusie. Tutaj jest odosobniony brat, pobłyskując jak gwiazda w swoim zakątku żniwnego pola; tam mała grupa czy konstelacja gdzieś pod Los Angeles. Dalej – w Brooklynie, można by prawie rzec, że widzimy Mleczną Drogę. Jedna po drugiej, wszystkie te gwiazdy zostaną zebrane razem, a potem już nie będzie nocy, gdy te wszystkie gwiazdy połączą się razem z tą Jedną, Gwiazdą jasną i poranną, i staną się Słońcem Sprawiedliwości, które obróci noc grzechu w poranek radości.
Później przypomniałem sobie wiele ludzkich pojęć, które funkcjonowały na temat gwiazd, zanim astronomia stała się tak powszechnie jasna jak obecnie. Wierzono na przykład, że gwiazdy to dziury w podłożu niebios, poprzez które prześwieca światłość niebiańska. Ach, to jest właśnie to, co czyni z nas gwiazdy – my musimy być takimi otworami, przez które świecić będzie światło z niebios. Czym jednak jest dziura? Niczym innym jak rzeczywistą opatrznością i pomocą Boga całkowicie nas otaczającą. Dzięki niech będą Bogu za przywilej bycia takim otworem w nieboskłonie.
Chciałem, żeby list ten był czymś w rodzaju zeznania świadectw, a zapomniałem, że najpierw powinno mieć miejsce oddanie chwały i modlitwa; moje niedopatrzenie samo się unieważniło, bo zanim zdałem sobie z niego sprawę, usługa uwielbieniowa samoistnie dość dobrze wypadła, więc potraktujmy poprzednią część listu jako wstępną i przejdźmy do świadectw.
Jak to wyraziłem w wykładzie „Przymierza powiedzianym dwa lata temu na konwencji w Toledo, zajęło mi kilka miesięcy, zanim mogłem przyjrzeć się temu tematowi przez pryzmat spojrzenia brata Russella, ale w pismach naszego drogiego brata z ostatnich dwóch lat było kilka innych rzeczy, których zrozumienie zajęło mi więcej niż rok. Zauważysz, że w tym wykładzie nie chodziło mi o wyrażenie mojego poglądu na temat Pośrednika. Dla mnie było jak najbardziej oczywiste, że ci, którzy utrzymują, iż brat Russell dementował okup, mają bardzo zły wgląd w treści The Watch Tower, pomijając naprawdę często powtarzaną myśl, że cała zasługa opiera się na krwi Pana Jezusa.
Niemniej jednak postanowiłem zawiesić wydanie własnej opinii, dopóki cała sprawa nie zostanie pozbawiona wszelkich wątpliwości, modląc się jednocześnie o to, by Pan zechciał obdarzyć mnie mądrością w podejmowaniu decyzji oraz uwolnił od uprzedzeń itp., gdyż zauważyłem ich mącący wpływ na wiarę i nastawienie niektórych z braterstwa.
Jednak nasz niewidzialny wróg niewątpliwie widział moje stanowisko i wyraźnie wierzył, że czas dojrzał do tego, by przypuścić na mnie szczególny atak z każdej strony. Niektórzy z braterstwa, widząc, że mój umysł nie jest w pełni upewniony w tych kwestiach, sprawiali wrażenie, że mówią i robią przeciwko mnie rzeczy, co do których „on zły” chętnie podsunąłby mi myśl, że są niechrześcijańskie. Wysiłki, by zakazić mój umysł trucizną przeciwko bratu Russellowi, mnożyły się. Najlepsze argumenty przeciwko niemu zdawały się do mnie trafiać, podkładane w jak najbardziej ponętnych i przekonujących formach. Jeśli są jakieś sposoby rozumowania, które miałyby dowieść, iż nauczanie The Watch Tower jest błędne, a na które nie zwrócono by mojej uwagi, to już sam nie wiem, co by to jeszcze mogło być.
Wszakże Ojciec Niebieski okazał mi łaskę, żebym pozostał cierpliwym i poniechał tego wszystkiego; pozwolił mi nie ulec sentymentom; ustrzegł przed nabyciem nieprzyjemnych uczuć wobec tych, którzy źle zrozumieli moje stanowisko; umożliwił mi rozważenie bez uprzedzeń argumentów każdej ze stron, a po tym, jak dozwolił na wypróbowanie mojej lojalności względem Słowa Bożego, mojej miłości do braci i mojego poświęcenia dziełu „żniwa” podniósł zasłonę i pokazał mi, gdzie leżała trudność, gdzie przeoczyłem odnośny fragment Pisma Świętego i gdzie nie udało mi się odczytać rzeczywistej siły pewnego punktu w danym wersecie. Tak więc po przejściu najcenniejszej próby w swoim życiu znajduję wspaniały powód do radości. Mogę podzielać spojrzenie brata Russella, a ponadto czuję, że moja wiara jest nie tylko wynikiem przyjęcia jego słów w tej materii, ale jest rezultatem najbardziej gruntownego sprawdzenia tych spraw w świetle Słowa Bożego.
Było to po prostu cudowne, jak w stosownym czasie Pan rozjaśnił tak wiele z tych zapisów. Na przykład jednym z wersetów, który wydawał się mocno niespójny ze stanowiskiem przyjętym w The Watch Tower, jest Hebr. 7:27: „Który by nie potrzebował na każdy dzień, jako oni najwyżsi kapłani, pierwej za swoje grzechy własne ofiar sprawować, a potem za ludzkie; bo to uczynił raz samego siebie ofiarowawszy” Pojawiła się w moim umyśle niczym błysk myśl następująca: Postawa przeciwników brata Russella jest dokładnie przeciwna do tego. Oni mówią: »On tego w ogóle nie uczynił. Nie złożył najpierw żadnej ofiary za siebie, a potem za grzechy ludzi«. Jeśli Paweł twierdzi, że to zrobił, to zrobił. Nie możemy jednak myśleć, że gdy złożył ofiarę za swoje własne grzechy, to że uczynił to w sensie osobowym, gdyż On był bez grzechu; mógł to uczynić jedynie w takim sensie, jak to sugeruje brat Russell – Jego własny grzech to grzechy członków Jego Ciała, czyli Kościoła. Argument Pawła: żydowscy najwyżsi kapłani musieli składać swoje ofiary ciągle na nowo (czyli codziennie, żeby była ciągłość), ale Pan dokonał dzieła większego ofiarowania w sposób tak zupełny, że nie musiało być ono powtarzane – było na tyle wystarczające, by trwać na zawsze. Jest to prawdą, czy mówimy o Panu osobiście, czy o Kościele.
Poza tym, jak pięknie wyprowadzona jest myśl odnośnie tego, w jaki sposób ofiara Kościoła liczy się jako część ofiary Chrystusa. Jak stwierdza Paweł w Filip. 3:10: „Żeby poznać go (…) i uczestniczyć w cierpieniach jego” [NB]. W Hebr. 9:7 czytamy: „Do drugiej [Świątnicy Najświętszej] zaś raz w roku sam tylko arcykapłan” itd. Wiemy, że w Dniu Pojednania najwyższy kapłan wchodził do Świątnicy Najświętszej dwukrotnie: raz z krwią cielca i raz z krwią kozła, a mimo to obydwa te wejścia były częścią jednego aktu. Mam nadzieję, że na najbliższej konwencji powiem obszerniejszy wykład, prezentując wyniki tego długiego okresu badań.
Jak dobry jest nasz Pan dla nas wszystkich; nie tylko daje nam światło, ale zawsze przygotowuje nas na nową miarę światła, zanim nam je ześle. Sądzę, że owe doświadczenia mogą ze mnie uczynić nieco większy otwór, tak żeby jeszcze więcej światła mogło przezeń świecić.
Proszę, wspomnij o mnie wszystkim drogim braciom i siostrom w Los Angeles. Wiele rozmyślam o tych, których spotkałem podczas poprzednich wizyt i jestem ciekaw, czy znaleźli się pośród tych, co pozwolili, by w ich ogrodach znalazły zachętę do wzrostu korzenie niedowiarstwa, korzenie znużenia lub też inne korzenie duchowych chwastów. Słyszałem pewne rzeczy dotyczące paru osób, które szczerze umiłowałem w Panu, a które zadały ból memu sercu, ale ufam, że doniesienia te były przesadzone. Droga jest już teraz tak niedaleka, że nie możemy sobie pozwolić na bycie zniechęconym. Wszyscy wiemy, że próby miały nadejść, ale wielu zapomniało, że nie byłyby one próbami, gdyby nie było czego w nich sprawdzać albo gdyby pojawiały się zawsze w taki sposób, jaki przewidywaliśmy. Jakże powinniśmy być wdzięczni, że dzięki Pańskiej dobrotliwości otrzymywaliśmy Jego wsparcie, by przetrwać tę sporą burzę, ale przed wieloma z nas są znacznie cięższe doświadczenia i dlatego byłoby nieodzowne, by z przeszłych i teraźniejszych prób – jeśli ostatecznie mamy wyjść z nich zwycięsko – pozyskać miarę właściwego charakteru.
Tylko w ciągu kilku ostatnich dni miałem parę spotkań z braterstwem, o których zawsze myślałem z poważaniem i w istocie nadal dużo o nich myślę i kocham ich w Panu, ale sprawiło to ból mojemu sercu, gdy się przekonałem, iż nie tylko zajęli stanowisko przeciwne bratu Russellowi, ale ponadto przyjęli taką postawę, że nawet nie rozumieją, gdy się im zwraca uwagę i próbuje wykazać, że brat Russell nie naucza tego, czego według nich naucza.
Jest jeszcze inna lekcja: Jeśli Przeciwnik skłoni nas do myślenia i mówienia tak wiele o tych kłopotach, tak że całkowicie zaniedbamy rozważania rzeczy, które nam pomogą wzrastać w łasce i rozwijać owoce ducha świętego, po części odniesie on sukces w odwróceniu naszej uwagi od spraw bardziej zasadniczych dla uczynienia naszego powołania i wybrania pewnym. Czasem znajdzie się brat, który doszedł do światła Prawdy. Jednak pomysł zgładzenia ludzi złych wydaje mu się tak surowy, że nigdy nie poszedł dalej w swoim myśleniu i wypowiadaniu się. Gdy w okolicy zjawia się pielgrzym, chce cały czas rozmawiać o piekle, omawiając argumenty, jakie na ten temat zebrał lub przedstawiając potworność kazania, w którym temat ów stanowiłby dominujące zagadnienie itp. Z łatwością wyczuwam, że Przeciwnik powstrzymał go od czynienia postępu przez zbytnie skupienie jego umysłu na jednej rzeczy. Jeśli w podobny sposób uda mu się nakłonić nas do mówienia i rozmyślania o problemach w Kościele, tak że zaniedbamy inne kwestie, będzie to całkowicie dla niego zadowalające, ale bolesne dla osoby, na którą wywrze swój wpływ.
Pozostanę w domu aż do konwencji w Chatauqua, kiedy to rozpocznę kolejną niewielką podróż, ale z pewnych względów we wrześniu będę musiał znów wrócić na krótko do domu. Muszę kończyć, w ufności, że list ten zastanie Cię na radowaniu się Pańskimi sprawami oraz w pełni pokoju wynikającego ze świadomości, że zbawienie Twoje jest już tak blisko.
Z chrześcijańskimi pozdrowieniami, Twój w nieustającej życzliwości
Benj. H. Barton