Jesteście narodem świętym
Wygłoszono w domu br. G. Waltersa w Mattoon, Illinois, we wtorek wieczorem, 22 października 1912.
Werset Pisma Świętego, który posłuży nam dziś wieczorem za nasz tekst, znajduje się w 1 Piotra 2:9: „Ale wy jesteście rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym, abyście opowiadali cnoty tego, który was powołał z ciemności ku dziwnej swojej światłości”:
Nie podejmiemy próby rozważenia całego wersetu, lecz chcemy podkreślić jedno wyrażenie: „naród święty”: „Jesteście (…) narodem świętym” Wiemy, że nasz Ojciec Niebieski zamierzył w swoim wspaniałym planie specjalny naród, naród święty oraz postanowił, że przez ten święty naród spłyną kiedyś błogosławieństwa na wszystkie narody ziemi. Chcemy się dowiedzieć, gdzie jest ten święty naród i kto nim jest, ponieważ pragniemy być jego obywatelami. Gdy przyglądniemy się rodzajowi ludzkiemu, stwierdzimy, że ludzkość dzieli się na różne narodowości, stąd też mówimy o narodzie amerykańskim, o narodzie brytyjskim, ale nie trzeba nikomu udowadniać, że żaden z tych narodów nie jest tym z naszego tekstu. Zaden z nich nie rości sobie pretensji bycia świętym narodem. Przyznajemy, że pośród mężów stojących na czele naszego rządu są tacy, którzy nie mają moralnych zasad ani przekonań religijnych, nie mają też świętego charakteru; stwierdzamy ponadto, że nasz naród działa w myśl wielu metod, które również nie są święte. Pan powiedział, że jeśli ktoś uderzył cię w jeden policzek, to nadstaw mu drugi. Nasz naród tego nie robi; jeśli dozna obrazy, to czy nadstawia policzek? Absolutnie, nie. Posłałby flotę wojenną i walczyłby bardzo ostro. Wiemy, że naród ten posiada w swoich zapisach prawa, które też nie są święte. Stwierdzamy, że jeśli biedna wdowa, która ma jedynie dom jako schronienie, nie może zapłacić podatków, to już na nią czyhają, i to wcale nie jest święte. A mimo to musimy przyznać, że naród ten ma pod każdym wzglądem przewagę nad wszystkimi narodami na ziemi.
Wszyscy uznajemy, że ów brak świętości jest nieodzowny dla przetrwania różnych narodów na tej ziemi. Dlatego też nie patrzymy na żaden z nich, gdy myślimy o narodzie świętym. Jednak zgodnie ze Słowem Bożym stwierdzamy, że nasz Ojciec Niebieski zaplanował, iż najpierw przywilejem stania się tym świętym narodem obdarzył naród izraelski. Gdy przeczytacie zapis w 2 Mojż. 19:5-6, przekonacie się, że Pan powiedział ludowi Izraela, co będzie rezultatem ich posłuszeństwa względem Niego. Powiedział im, że jeśli będą posłuszni Jego Słowu i zachowają Jego przymierze, staną się świętym narodem. Zauważycie, że obietnica ta była warunkowa – kilka razy poj awia się tam „jeśli”.
„Jeśli” będziecie posłuszni mojemu Słowu; „jeśli” będziecie zachowywać moje przymierze. Wiemy, że przeszły wieki, a naród izraelski nie stał się świętym narodem i nie był niczym wyjątkowym za dni Dawida i Salomona, Jeremiasza i Izajasza czy Ezdrasza i Nehemiasza. Oczywiście istniał i wtedy pewien aspekt pozwalający nam mówić o nich jako o świętych, odłączonych, ale w tym wyższym sensie nie byli oni świętym narodem.
Dziewiętnaście stuleci temu pojawił się Jan Chrzciciel i jak pamiętacie, głosił następujące poselstwo: „Pokutujcie; albowiem się przybliżyło królestwo niebieskie” [Mat. 3:2]. To tak, jakby powiedzieć: Pamiętacie, iż Bóg obiecał, że jeśli dochowacie wierności Jego przyrzeczeniu, uczyni z was naród święty; teraz przybywa, pokutujcie więc, ochrzcijcie się i idźcie za Jezusem. Potem przyszedł Jezus i zapoczątkował dzieło czynienia z nich świętego narodu. Mówił im, co mają robić. Powiedział, że mają kochać Boga z całego serca i z całej myśli, a bliźnich jak samych siebie. Mówił, że powinni zwracać większą uwagę na sprawiedliwość i miłosierdzie oraz nie sprowadzać przestrzegania Zakonu do zwykłego płacenia dziesięciny. Podkreślał łagodność i pokorę oraz wszystkie te inne zalety, które lud Izraela przeważnie pomijał. Mówił im nie tylko, co powinni zrobić, aby stać się świętym narodem, ale nawet ofiarował im samego siebie.
Pamiętacie, jak zwrócił ich uwagę na stwierdzenie Zachariasza: „Oto Król twój przychodzi do ciebie” [Mat. 21:5 NB]. Oni nie chcieli pouczeń, jakie Jezus do nich kierował. Pamiętacie, jak Piłat dał im ostatnią szansę przyjęcia tego Króla. Oni zaś rzekli: „Precz, precz (…). Nie mamy króla, tylko cesarza”; ukrzyżuj Go, a nam wydaj Barabasza [Jan 19:15 NBJ. Często myślę o tym, wjaki sposób Pan posłuchał ich słowa i dał im Barabasza. Pamiętacie, kim był Barabasz. Był rozbójnikiem i złodziejem i dostali swojego Barabasza na tysiąc dziewięćset lat. Był to Barabasz Rosji, który zabierał ich zapasy. Był to Barabasz, który plądrował ich przez dziewiętnaście stuleci. Sądzę, że mieli go dość po tym czasie. Prawdopodobnie następnym razem wybraliby Jezusa. Okazali się niezdatni do bycia świętym narodem.
Nie byli gotowi, by zaakceptować tego świętego Króla. A co Pan zrobił? Czy zmienił swój plan? Czy powiedział: »Mam plan i postanowiłem w nim, że będzie święty naród, a teraz wy całkowicie psujecie mój plan. Będę musiał obejść się bez świętego narodu«. Nie, Pan się nie odmienia. W Proroctwie Malachiasza stwierdza: „Ponieważ Ja, Pan, nie odmieniam się” [Mal. 3:6 RTl. Jakub pisze, że „u niego nie ma żadnej odmiany ani nawet chwilowego zaćmienia” [Jak. 1:17 NB]. Nie, Bóg się nigdy nie zmienia. Odrzucił ich więc i szukał świętego narodu gdzie indziej. I gdzie go znalazł? Czy obrał naród rzymski? Czy może niemiecki? Nie, nie jest bardziej prawdopodobne, że będą się one lepiej nadawać niż naród żydowski. W jaki więc sposób zamierzał On uzyskać ten naród? Cóż, Pan zdecydował wypróbować nowy naród. Co to był za naród? Tym nowym narodem miał być Kościół. Czy Kościół jest świętym narodem? Pamiętacie, co powiedziane jest u Piotra: „Piotr, Apostoł Jezusa Chrystusa, przychodniom rozproszonym w Poncie, w Galacyi, w Kapadocyi, w Azji i w Bitynii” [1 Piotra 1:1]. Nie pisał do żadnego ziemskiego narodu, a stwierdza: „Jesteście narodem świętym” Ktoś mógłby powiedzieć: »Kościół nie jest narodem. Dlaczego Pan nazywa Kościół narodem?«. No cóż, drodzy przyjaciele, patrząc z ludzkiego punktu widzenia, nie jest, ale z Bożego – jest. W 5 Mojżeszowej Pan mówi do narodu żydowskiego i stwierdza, że pobudzili Go do zazdrości z powodu tych, co nie są bogami. Mówi mniej więcej tak: »Mam zamiar potraktować was dokładnie tak, jak wy traktujecie mnie. Stawiacie te drewniane bożki na moim miejscu; one nie są bogami, ale wy twierdzicie, że są i oddajecie tym bóstwom cześć, którą powinniście oddawać mnie. Ja jestem waszym Bogiem, ale wy mnie odrzuciliście; jesteście moim narodem, ale zamierzam was odrzucić. Mam zamiar obrać swój Kościół i postawić go na waszym miejscu. Nie bardziej jest on narodem niż tamci bogami, ale zamierzam nazwać go narodem, tak jak wy przyznajecie swoją cześć tym, których zwiecie bogami; zamierzam udzielić wszystkich swoich łask tym, którzy nie są narodem, ale ja nazwę ich narodem«. Widzimy zatem, że Bóg postępuje z narodem żydowskim dokładnie tak, jak oni postąpili z Nim.
„Ale wy jesteście rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym, abyście opowiadali cnoty tego, który was powołał z ciemności ku dziwnej swojej światlości” Dodajmy również następny werset: „Którzyście niekiedy byli nie ludem, aleście teraz ludem Bożym” Stwierdzamy, że Apostoł pisze do Kościoła i to o nim Bóg mówi przez apostoła Piotra, że jest świętym narodem.
Uznajemy, drodzy przyjaciele, że są pewne elementy, które tworzą naród. Istnieją cechy, narodowe jakości i właściwości, które stanowią o narodzie. Gdy je rozpatrzymy, przekonamy się, że Kościół jest bardziej narodem, niż na to wygląda. Mam nadzieję, że pozwoli nam to bardziej docenić bycie obywatelami tego świętego narodu.
Po pierwsze, przypominamy, że naród jest organizmem ludzi połączonych pod określoną władzą. Naród amerykański obejmuje wszystkich, którzy uznają prezydenta za swego przywódcę. Naród brytyjski to ludzie, którzy za swego władcę uznają króla Wielkiej Brytanii. Naród niemiecki za swojego przywódcę ma cesarza Niemiec. Jednak wiadomo, że owe osobistości, które sprawują władzę, zawsze z natury przynależą do danego narodu. Na przykład Amerykanie mają amerykańskiego prezydenta, Brytyjczycy brytyjskiego króla, Niemcy niemieckiego cesarza, a Rosjanie rosyjskiego cara. Jeśli natomiast naród jest święty, oznacza świętych ludzi, a jeśli jest to święty naród, to musi też mieć świętego króla. Gdzie znaleźć taką klasę ludzi, którzy złączeni są pod świętym władcą? Wszyscy przyznajemy, że na tej ziemi nie ma świętego królestwa. Jest jednak król, tylko w niewidzialnej postaci. Królem tym jest Jezus. Każdy, kto przyjął Jezusa za swego świętego króla, stał się członkiem świętego narodu. A to coś znaczy, drodzy przyjaciele – przyjąć Jezusa za swego świętego króla. Nie znaczy, że jedynie uwierzyliśmy, iż był taki człowiek imieniem Jezus, że zstąpił z nieba, że umarł za nas i oddał samego siebie, ale przede wszystkim znaczy to, że jesteśmy gotowi, by On nad nami panował, królował, a moment, w którym okazaliśmy tę gotowość, aby Jezus nad nami władał, był tą chwilą, w której staliśmy się obywatelami owego świętego narodu. W Niemczech są dziś ludzie, którzy wiedzą, że jest u nas człowiek o nazwisku Taft. Wiedzą, że Taft jest prezydentem; wiedzą, że jest całkiem miłym człowiekiem i nawet mówią o nim „Prezydent Taft” gdy o nim wspominają – ale nie dlatego, że jest ich prezydentem. Tak samo są też dzisiaj ludzie, którzy wierzą, że Jezus umarł za grzech, że przyszedł, aby być ich Zbawicielem, ale On nie króluje nad nimi. Oni czynią swoją własną wolę.
Uznanie Jezusa za naszego króla nie oznacza, że w niektórych kwestiach jesteśmy gotowi postępować według Jego rad, lecz oznacza, że będziemy tym, czym On chce, żebyśmy byli i pójdziemy tam, dokąd On poleci nam iść. Pragniemy, by On kierował naszymi myślami tak, byśmy robili rzeczy, które będą się zgadzać z Jego wolą. Pragniemy, by On kierował naszymi krokami, tak by nasze stopy szły tam, gdzie On by chciał. Naszym pragnieniem jest, by On rządził naszym portfelem, tak byśmy wydawali pieniądze zgodnie z Jego życzeniem. Chcemy, by panował nad naszym czasem, nad naszymi zainteresowaniami. Chcemy, by rządził naszą ambicją, wszelkim naszym powodzeniem i wszystkimi sprawami życia. Jeśli dotarliśmy do miejsca, gdzie Jezus siedzi na tronie, gdzie Pan jest królem, wówczas, drodzy przyjaciele, jesteśmy członkami tego świętego narodu. Znajdzie się ogromna liczba takich, którzy nazywają siebie chrześcijanami, a nigdy nie dotarli do tego miejsca. Myślę, że dobrze wyraża to pieśń, którą często śpiewamy [HoD 224, ang. „None of Self and All of Thee” sł. Theodore Monod, 1836-18601. Pierwsza zwrotka zaczyna się następująco:
Gorzki żal i smutek czuję,
że tak kiedyś mogło być –
W pysze rzekłem Jezusowi:
»Wszystko sam, od Ciebie nic«.
Cieszę się, drodzy przyjaciele, że ja nigdy tak nie powiedziałem. Nie sądzę, żebym choć przez jedną chwilę w moim życiu czuł w ten sposób.
Zawsze chciałem czegoś, co pochodziłoby od Niego. Moje doświadczenia zgadzają się raczej z treścią drugiej zwrotki:
On mnie znalazł, tam Go widzę –
U stóp krzyża krople krwi.
Moje serce cicho szepcze:
»Trochę sam, a trochę Ty«.
W ten sposób czuje bardzo wielu ludzi. »Trochę sam, a trochę Ty.« Mówią: »Panie, powiem Ci – dokonamy podziału: W niedzielę zrobię to, czego Ty ode mnie chcesz, ale w poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek i sobotę będę robił to, co ja będę chciał. Dalej, moje pieniądze – oddam Ci jedną dziesiątą, a reszta należy do mnie«. Chodzi o to, żeby przynieść Panu nieco chwały ze swego życia, ale io zachowanie pewnego oddzielenia. Poniekąd jest to traktowanie Pana Jezusa jak żebraka, który przychodzi do waszych drzwi i jest głodny, a wy mówicie: »Masz tu trochę chleba, weź go i odejdź«. Niektórzy powiedzą: »Panie, jestem bardzo zajęty, ale oddam Ci trochę swojego czasu«. Przejdźmy jednak do następnej zwrotki:
Dzień po dniu był czuły, dobry,
Darmo leczył, pomoc niósł,
W uniżeniu wyszeptałem:
»Ja sam mniej, a więcej Ty«.
Ukazuje to postęp w chrześcijańskim życiu. „Ja sam mniej.” Osiągamy stan, w którym człowiek stwierdza: »Przyznam Panu więcej, niż przyznawałem na początku. Panie, wiesz, że chcę zachować trochę siebie. Uczynię niemaiże wszystko, czego ode mnie oczekujesz. Przyjmę każdą Twoją doradę, jeśli będzie odpowiadać moim przekonaniom. Panie, kazałeś mi miłować nieprzyjaciół; kocham ich dopóty, dopóki ich nie mam, a jeśli będę ich miał, to nie wiem, czy będę ich kochał, czy nie«. W końcu jednak, drodzy przyjaciele, chrześcijanin potrafi wyznać słowami ostatniej zwrotki:
Wyższa niż najwyższe nieba,
Głębsza niż głębiny mórz
Zwyciężyła miłość Twoja:
»Już nie ja, lecz tylko Ty«.
Chwila, kiedy to wypowiedzieliśmy, oznaczała moment naszego przyłączenia się do świętego narodu, wtedy i tam. Teraz Jezus panuje nad nami; Jezus jest królem, mamy świętego króla.
Ktoś powie: »Nie potrafię tak żyć. Czy myślisz, że powinniśmy mówić dokładnie to, co On mówi, i myśleć tak, jak On chce, żebyśmy myśleli? Mój czas pochłaniany jest przez takie mnóstwo różnych rzeczy, że nie potrafię tak postępować«. Ależ, oczywiście, że nie potraficie, drodzy przyjaciele. Podzielamy świadomość wszystkich, że niemożliwością jest prowadzić doskonałe życie i Pan tego od nas nie oczekuje, drodzy przyjaciele. Oczekuje jednak od nas, żebyśmy chcieli być doskonali. Czym innym jest chcieć być doskonałym, a czym innym być doskonałym. Często da się słyszeć, jak ludzie mówią: »Postępuję najlepiej jak potrafię«. No cóż, drodzy przyjaciele, nikt tego nie potrafi. Nie ma na świecie człowieka, który tak czyni. Musimy zdawać sobie sprawę, że moglibyśmy postępować jeszcze lepiej. Nie musimy oczekiwać, że będziemy doskonali w tym życiu. Dzisiaj mam na to kiepską szansę i bardzo, bardzo nikłą nadzieję, że zanim umrę, przeżyję doskonale choć jeden dzień, będąc w ciele.
Widzimy zatem, drodzy przyjaciele, że tutaj wkracza krew Chrystusowa. Gdybyśmy wy i ja robili tylko to, co On chce, nie potrzebowalibyśmy Zbawiciela. Poradzilibyśmy sobie sami, bez żadnego wybawcy czy adwokata. Nie oznacza to, że wszystko zrobimy doskonale, ale że chcemy to robić doskonale i najlepiej jak potrafimy. Jest różnica między Panem a nami – On dotrzymuje wszystkich swoich obietnic, my zaś próbujemy dochować naszych. Ale później niektórzy powiedzą może: »Och, nawet i wówczas, mówię wam, byłby to najnudniejszy styl życia – sądzić, że powinniśmy zaakceptować Jezusa jako króla i chodzić tam, gdzie On wskaże. Mnie się wydaje, że byłby to bardzo nieciekawy sposób na życie. Wiem, że On zechce, abym zaniechał wszelkich przyjemności, tego, tamtego czy jeszcze czegoś innego«. No cóż, to prawda, drodzy przyjaciele. Tak to wygląda, gdy się na początku o tym myśli. Ale w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Wiem to, bo od dwudziestu lat staram się chodzić śladami Pana. Gdy na początku w taki właśnie sposób oddałem się Panu, sądziłem, że będzie to ciężką próbą, która wjakimś sensie uczyni moje życie pustymi samotnym. Ale, drodzy przyjaciele, jest całkiem inaczej. Gdy patrzę wstecz na te dwadzieścia lat, Pańskie dobrodziejstwa stanowiły tak wielkie błogosławieństwo, że myślę sobie: Jakiż to byłby straszny los, gdybym obrał inną drogę i stracił te wszystkie dobre rzeczy, jakie mnie spotkały jako członka tego świętego narodu. Nie sądzę, że znajdzie się na świecie człowiek, który wam powie, że jest zadowolony z tego życia. Jestem natomiast pewny, że ci, którzy starają się naśladować Pana, są zadowoleni – zadowoleni nie z powodu własnego stanu, lecz z Pańskiego planu. Wydaje mi się, że gdy akceptujemy takie życie, jakiego Pan od nas oczekuje, uznamy je za najlepszy rodzaj życia. Tak patrzę na tę kwestię.
Przypuśćmy, że byłem pierwszym człowiekiem kiedykolwiek stworzonym przez Pana, i to na innej planecie. Załóżmy, że Pan myślał o tym, by umieścić mnie na Ziemi. Wyobraźmy sobie, że znalazłem się tak blisko Ziemi, iż widziałem, jak się obraca. Czy sądzicie, że pomyślałbym, iż będę na Ziemi szczęśliwy? Czy sądzicie, że chciałbym być przez połowę czasu na głowie? Gdy ujrzałem obracającą się Ziemię, to czy chciałem się na niej znaleźć? Czy wiecie, jak szybko Ziemia się obraca? Na równiku obraca się z prędkością ok. 27 km na sekundę. Czy spodziewacie się, że mogłaby mnie ucieszyć myśl o przebywaniu na takiej planecie? Wydawałoby mi się, że znalazłszy się na takiej Ziemi, czułbym się jak mucha na zębie piły tarczowej. Gdybym to ja miał decydować o swoim położeniu, nie wymyśliłbym, że przez połowę czasu będę się znajdował głową do góry, a przez drugą połowę – do góry nogami. Któż by przypuszczał, że taki będzie właściwy sposób życia na Ziemi? Ukazuje to przewagę Boskiej mądrości nad ludzką. Bardzo dobrze zostało to kiedyś przedstawione przez pewnego uczonego. Uczony ten stwierdził, że wszystko, cokolwiek stworzył Bóg, było dobre i pozostanie takie przy powiększeniu, ale cokolwiek stworzył człowiek – nie. Powiedział też: »Pokażę wam to na przykładzie«. W swojej pracowni posiadał mikroskop. Wyszedł na zewnątrz i przyniósł trochę piasku, trochę pyłu. »Oto piasek, powiedział, stworzył go Bóg.« Umieścił go pod mikroskopem i gdy się popatrzyło przez mikroskop, wyglądał cudownie. Gdy piasek został powiększony, można było dostrzec w nim kryształki i był to piękny i interesujący widok. Nikt by nie powiedział, że pył może być tak interesujący. Oto dzieło Boże. »Teraz pokażę wam dzieło ludzkie.« Poszedł do domu i przyniósł obrączkę swojej żony. Po części była ona gładka, po części ozdabiały ją ornamenty. Położył ją pod mikroskopem. Ta część obrączki, która była gładka, robiła wrażenie chropowatej i wyglądała tak, jakby były do niej podoklejane grudki, natomiast ta część obrączki, która była tak pięknie ozdobiona, wyglądała jak mnóstwo starych, poskręcanych słomek.
Lekcja jest następująca – wszystko, co kiedyś stworzył Bóg, możecie powiększyć; zaś wszystko, co stworzył człowiek, jeśli to ma was zadowalać, nigdy tego nie powiększajcie, bo już nie będzie się wam podobać.
Oto, przykładowo, człowiek, który dwieście razy w roku chodzi do teatru. Cieszy się dobrym zdrowiem, przyjemnościami i pieśniami. Każdego tygodnia zapraszany jest na przyjęcia i ma setki tysięcy dolarów w akcjach. A teraz popatrzmy na inne życie: żadnego teatru, żadnych przyjęć, żadnych widoków na uzyskanie dwustu tysięcy dolarów zysku z akcji, niewiele ziemskich przyjemności – mówię wam, wygląda to źle i musi to być szalenie nudne życie. Gdy jednak obejrzymy je pod mikroskopem Bożej mądrości, zaczynamy widzieć jego pustkę oraz to, jaką jest obecnie niemożliwością, żebyśmy byli z niego zadowoleni. A teraz przeanalizujmy to Boże życie – o, jakże chwalebnie wygląda pod mikroskopem! Zaczynamy dostrzegać, że przedkładaliśmy nasz osąd nad osąd Boga. Dokładnie to ma miejsce, gdy nie dozwalamy, by Jezus stał się naszym królem. Mam tego bardzo dobitny przykład z aktualnych wydarzeń: Gdy opuszczałem swój kościół jedenaście lat temu, miałem wśród przyjaciół dwóch wybitnych prawników z Filadelfii. Wydawało się, że wszystko jeszcze przed nimi. Gdy się dowiedzieli, że odchodzę do obecnej pracy, stwierdzili, że jestem głupcem.
Drodzy przyjaciele, pomyślałem, jak teraz wszystko wygląda inaczej. Dzisiaj wszystko, do czego zdążali tamci mężczyźni, uległo zatraceniu; większość pieniędzy, jakie mieli, stracili; stracili też zdrowie. Są skłóceni ze sobą i postradali szanse na te wszystkie przyjemności, jakie chcieli przeżywać w późniejszych latach, zaś ich obecne życie to pod każdym względem pasmo niepowodzeń. Myślę, drodzy przyjaciele, że gdy się nad tym zastanowimy, to zamiast postrzegać to poświęcone życie jako nudne i bezbarwne, zrozumiemy, że jest ono życiem najpiękniejszym. Czy wy i ja odczuwamy przykrość z tego powodu, że wybraliśmy takie życie? Czasem jest mi przykro, ale dlatego, że nie zrobiłem tego wcześniej; dziwię się, że nie zdecydowałem się na nie natychmiast, nie zwlekając ani minuty.
Przejdźmy do następnego aspektu tego zagadnienia – każdy naród ma nie tylko swych władców, ale również swój kodeks prawny. Naród amerykański ma amerykański kodeks prawny, naród brytyjski – prawa brytyjskie, a naród niemiecki – niemieckie. Przekonujemy się jednak, że te wszystkie prawa nie są święte; dlatego też są poprawiane. Często mówi się o jakimś prawie, że jest niekonstytucjonalne, a to oznacza, że nie jest święte. Naród święty musiałby posiadać święte prawa. Czy tak jest? Tak. Gdzie jest to prawo? Otóż w tej Księdze. Pozwólcie, że przeczytam: „Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe” [Filip. 4:8 NB]. To brzmi doprawdy jak coś świętego, czyż nie? Posłuchajcie tego: „Aby o nikim źle nie mówili” [Tyt. 3:2 NB]. Albo tego: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze (…); dobrze czyńcie tym, (…) którzy wam złość wyrządzają i prześladują was” [Mat. 5:44]. 0, drodzy przyjaciele, są to święte prawa.
W przypadku narodu amerykańskiego prezydent Stanów Zjednoczonych nie przechadza się dookoła i nie szepce każdemu do ucha: »Musisz postępować tak a tak«. Prezydent Stanów Zjednoczonych oczekuje, że ludzie sami zapoznają się z prawami, tak też i Jezus spodziewa się, że my sami zaznajomimy się z Jego prawem. Stąd też rozumiemy, dlaczego psalmista mógł powiedzieć, że „w zakonie jego rozmyśla we dnie i w nocy” [Psalm 1:2]. O, jak bardzo cenimy prawa świętego narodu.
Święty naród nie tylko miałby świętego króla, żeby być świętym, ale składałby się ze świętych ludzi. Naród amerykański tworzą Amerykanie; naród brytyjski składa się z Brytyjczyków, zaś naród niemiecki – z Niemców; natomiast naród święty tworzą święci ludzie. Nie możemy mylić pojęcia ludzi świętych z pojęciem ludzi doskonałych. Człowiek, który jest święty, chce być doskonały, ale nie może być doskonały Pan oczekuje, że będziemy kochać doskonałość, ale wie, że dopóki jesteśmy w tych ziemskich naczyniach, nie możemy być doskonali. Cieszymy się, wiedząc, że ten święty naród zostanie dopełniony w sensie doskonałości, gdy przy zmartwychwstaniu dostaniemy doskonałe naczynia.
Każdy naród ma również własny język. Naród angielski posługuje się językiem angielskim, naród niemiecki – językiem niemieckim, a zatem naród święty musiałby mówić świętym językiem. Cóż by to oznaczało mówić świętym językiem”? Mówić jak chrześcijanie. Jeśli mówimy z cierpliwością, mówimy świętym językiem. To, że ktoś jest Niemcem, rozpoznaje się po tym, jak mówi, po jego niemieckim akcencie; tak samo również ludzie powinni móc rozpoznać: »To jest chrześcijanin«. »Skąd wiesz?« »Poznaję po języku, jakim się posługuje.« Oczywiste jest, że uczymy się tego języka stopniowo; nigdy nie spotkasz człowieka, który przybywszy tutaj z Niemiec, od razu mówiłby dobrze w naszym języku. Uczy się go i mówi coraz lepiej; itak też jest ze świętym językiem. Pewien brat z Chicago poszedł któregoś dnia z innym bratem na obiad. Jak to się zdarza czasem w restauracji, kelner wylał całą filiżankę kawy na jego plecy i brat ten bardzo się zezłościł. Potem usłyszał od swego rozmówcy: »Nie oddałeś dzisiaj Panu chwały«. Brat ten odrzekł: »Wiem i jest mi wstyd. Gdy poczułem tę kawę na swoich plecach, nie mogłem powstrzymać gniewu i powiedziałem, co czuję«. Jakiś czas później spotkali się znowu i tamten brat zapytał: »Pamiętasz, jak się wtedy zdenerwowałem?«. »Tak, pamiętam to bardzo dobrze.« »Myślę, że poczyniłem postęp; gdy innego dnia poszedłem do restauracji, kelner pobrudził mnie jajkiem. Nic nie powiedziałem, ale w środku zawrzałem. Tym razem byłem zły w środku, ale nie okazałem tego na zewnątrz. Teraz chcę, żeby zdarzyło się tak, iż nie będę zły ani w środku, ani na zewnątrz.«
Skoro chcemy mówić świętym językiem, musimy mieć uświęcone myśli. Czasem spotyka się braterstwo, którzy – jeśli im powiesz, że około dziesiątej zamierzasz przekazać im wstrząsającą wiadomość i że będzie to dla nich ciężką próbą – będą do tej dziesiątej mieli czas, by pomyśleć, cóż im to chcesz powiedzieć. Załóżmy jednak, że bez żadnego uprzedzenia powiecie około dziesiątej daną rzecz, a przekonacie się, jak dana osoba zareaguje. Obawiam się, że nie użyje świętego języka, ale my pragniemy mówić takim językiem, by wyczuwać odpowiedni moment i wypowiadać się łagodnie, aby odwrócić gniew.
Całkiem sporo ludzi potrafi mówić po niemiecku, gdy rozmowa dotyczy prostych kwestii, spraw codziennych. Gdy jednak rzecz będzie z dziedziny historii albo astronomii, nie będą potrafili się wypowiedzieć. Tak samo jest ze świętym językiem. Gdy ma się lekkie doświadczenia, łatwo jest się nim posługiwać, ale gdy przychodzą większe próby, już tak nie jest. Z konwencji w Mt. Lake Park pamiętam siostrę, która była z innymi osobami na obiedzie w hotelu. Podczas posiłku jakaś młoda dama wylała miskę zupy na sukienkę tej siostry. Ta nie wyrzekła ani jednego nieuprzejmego słowa, a ja jej pogratulowałem. Powiedziałem: »Cieszę się, że osiągnęłaś taki poziom, w którym potrafisz znieść taki rodzaj próby«. »Cóż, bracie Barton, nie było to dla mnie zbyt trudne, ale jestem ciekawa, czy równie dobrze zniosłabym tę próbę, gdyby to była moja najlepsza sukienka«. Pan chce bowiem, żebyśmy doszli do takiego stanu, w którym ostoimy się na próbie oblania naszej najlepszej sukni i zareagujemy właściwie.
Dopóki jesteśmy w ciele, nie uda nam się osiągnąć stanu, w którym będziemy umieli doskonale władać tym świętym językiem. Wiadomo, że przybywający tutaj Niemiec nigdy dokładnie nie opanuje naszego języka; człowiek urodzony w danym kraju nigdy nie będzie mieć akcentu w języku, którym się posługuje. Jezus nie posiadał żadnego obcego akcentu wjęzyku, którym mówił, ale z nami jest inaczej. My będziemy mówić z akcentem i musimy z tym żyć aż do dnia naszej śmierci. Po zmartwychwstaniu nie będziemy już mieli żadnego akcentu.
Chcemy też zwrócić waszą uwagę na inną cechę narodu, a mianowicie na fakt, że prawie każdy naród ma swój dług. Dług narodu amerykańskiego wynosi 125 mln dolarów, narodu francuskiego – około 5 mln. Są to jednak „nieświęte” długi, gdyż powstały na skutek nieczystych umów i wiadomo, że podatki, interesy nieuczciwie drożeją w oparciu o te nieuczciwe długi. Biedna wdowa traci swoje mienie wskutek podniesienia jej udziału w podatkach.
Drodzy przyjaciele, naród święty posiada narodowy dług, ale jest to święty dług. To święty dług wdzięczności, zależny od tego, ile jesteśmy winni naszemu Panu Jezusowi, ale nie jest on określany w dolarach. Panu zawdzięczamy powietrze, którym oddychamy, pokarm, którym się żywimy itd. Jemu zawdzięczamy nasze ręce i nogi; zawdzięczamy Mu swoje domy, wygody i uroki życia; mamy wobec Niego dług za dar Jego miłości i za Jego kosztowne obietnice. Jemu zawdzięczamy dar ducha świętego i miłujący sposób, w jaki uczy nas swojej woli. Jesteśmy Mu winni wdzięczność za wspaniałą nadzieję odnośnie przyszłości. Drodzy przyjaciele, a jak bardzo jesteśmy Mu winni wdzięczność za Biblię itd. Czy wiecie, że następnego dnia będziecie Mu więcej zawdzięczać niż dzisiaj? Będziemy musieli, drodzy przyjaciele, spłacić nasze odsetki w tym świętym zadłużeniu. A jak to zrobimy? Przez oddawanie Mu czci, przez staranie się, by Mu służyć; nawet biedna wdowa, która nie ma ani dolara na tym świecie, może spłacić swoje odsetki w tym wielkim świętym długu, jakkolwiek nie może oddać swej części odsetek od zadłużenia narodu amerykańskiego.
Psalmista stwierdza: „Cóż oddam Panu za wszystkie dobrodziejstwa jego, które mi uczynił?” [Psalm 116:12]. Jak spłacę swoje odsetki od tego wielkiego świętego długu? Jakie to dziwne, że przyjęliśmy wszystkie te rzeczy, ale nie jesteśmy gotowi czegoś Mu zwrócić. Czyż nie jest to niesprawiedliwe, nierozsądne i nieuczciwe? Wyobraźmy sobie, że nabywacie kawałek gruntu; jest to wasza ziemia. Przypuśćmy, że budujecie fabrykę, wielki młyn lub coś w tym rodzaju. Zakładam, że zakupujecie urządzenia, zapewniacie paliwo, aby działały, następnie surowce i robotników, którym płacicie za pracę. Przypuśćmy, że człowiek, którego mianowaliście dyrektorem zakładu, zabiera wszystkie wypracowane zyski. Jeśli to wy kupiliście ziemię, dostarczyliście urządzenia, paliwo i wszystko co potrzeba, wy płaciliście pracownikom, a on wziął wszystkie pieniądze i uciekł, zostawiwszy w szufladzie krótki liścik tej treści: »Panie taki a taki, uciekłem z Pańskimi pieniędzmi« – to co byście pomyśleli? Drodzy przyjaciele, czy nie sądzicie, że wielu chrześcijan tak właśnie robi? Ja jestem fabryką i wy jesteście fabryką. Wytwarzamy w niej produkty; dobra, jakie produkujemy, to nasze myśli, uczynki i słowa. Dobra te wytwarzamy codziennie.
Idźmy dalej, drodzy przyjaciele. Pan posłał kogoś, kto nabył grunt, Ziemię – należy ona do Niego. Pan stworzył Ziemię i On uczynił fabrykę; Pan stworzył nas i umieścił w fabryce wszelkie urządzenia – żołądek, płuca, serce i wszystko inne, włożył do środka całą „maszynerię” – wszystko było kompletne. On również zapewnił młyn, gdyż to On daje nam pożywienie, które jemy, wodę, którą pijemy, oraz powietrze, którym oddychamy. On płaci wynagrodzenie robotnikom, pozwala nam cieszyć się tymi rzeczami, a jednak, drodzy przyjaciele, czyż nie straszną jest myśl, że chociaż to Pan jest właścicielem przedsiębiorstwa, ma z niego tak niewielkie zyski? Inwestuje w tę fabrykę, a my uciekamy z zyskiem. Robią tak miliony ludzi. Odchodzą, zostawiając Panu odrobinę w szufladzie.
Drodzy przyjaciele, cieszę się, że my doceniamy ten wielki narodowy dług i staramy się czcić Ojca Niebieskiego. A teraz przejdźmy do innego zagadnienia związanego z tą kwestią, a mianowicie do związanych z tym świętym narodem działań wojennych. Naród amerykański prowadził swoje wojny, prowadził je naród brytyjski, ale w większości wojny te nie były święte. Wy i ja też prowadzimy wojnę, ale ta wojna jest święta. Nie jest to święta wojna, w której walczylibyśmy przeciwko komuś, lecz walczymy przeciwko samym sobie – przeciwko pysze, niecierpliwości i brakowi wiary; jakże się zmagamy, aby się od tego uwolnić! Chcemy osiągnąć taki stan, by Pan, patrząc z nieba, mógł powiedzieć: „Dobrze, sługo dobry i wierny” Nie ma potrzeby, żebym ja walczył z wami, a wy ze mną, ale musimy zwalczać samych siebie. Nie zwalczamy diabła; gdybyśmy nie posiadali samolubstwa, na którym diabeł mógłby oprzeć swoją działalność, czy też pychy, to jakże nędzne byłyby jego wysiłki. Nie miałby wtedy żadnych szans. Pan Jezus nie miał takich słabości w ciele, tak żeby diabeł mógł je wykorzystać.
Cieszymy się, że dzięki Pańskiej opatrzności toczymy ten bój i uczestniczymy w tej świętej wojnie, starając się wyniszczać ciało i dążyć do stanu, w którym coraz bardziej będziemy podobni do obrazu drogiego Syna Bożego. A teraz chciałbym, drodzy przyjaciele, wspomnieć coś jeszcze na temat tego świętego narodu, o czym nie możemy zapominać, a mianowicie o naszym sztandarze, który powinien cały czas powiewać. Gdy pojedziecie do Waszyngtonu i zobaczycie, że nad pewnym budynkiem powiewa flaga Niemiec, powiedzą wam, że jest to siedziba niemieckiego ambasadora; w innym miejscu dojrzycie inną flagę i dowiecie się, że jest to dom ambasadora Francji – oni mają flagi wywieszone cały czas. Drodzy przyjaciele, pozwólmy powiewać naszej fladze.
Niech inni się dowiedzą, że jesteśmy naśladowcami Jezusa Chrystusa. Nie kryjmy tego, że należymy do Jezusa Chrystusa. Nie starajmy się wywierać innego wrażenia na Panu, a innego na bliźnich; nie wywieszajmy flagi tylko wtedy, gdy Pan jest w pobliżu i nie chowajmy jej potem. Pamiętam, że na jednym miejscu poproszono mnie o publiczną modlitwę i dzieci dziwiły się, cóż by to miało być. Dla nas ważne jest, drodzy przyjaciele, posiadanie takiego usposobienia, żeby wszyscy w naszym otoczeniu wiedzieli, że jesteśmy członkami tego świętego narodu. Niech nasz sztandar powiewa, tak by po naszej śmierci mogli stwierdzić: »Jedno trzeba o tym człowieku powiedzieć – gdyby przyszło wskazać człowieka, który chciał służyć Panu w taki sposób, jak Pan tego od niego oczekiwał, to jest to właśnie ten człowiek«. A tak wyraża to nasz tekst: „Ale wy jesteście (…) narodem świętym, (…) abyście opowiadali cnoty tego, który was powołał z ciemności ku dziwnej swojej światłości” [1Piotra 2:9]. Słowo: „opowiadali” z ledwością oddaje istotę rzeczywistej myśli. Kryje się tam bowiem idea, że mamy być posłańcami, a nasze poselstwo nie jest jedynie wewnątrz, lecz mamy je uzewnętrzniać i nieść dalej, aby inni zdali sobie sprawę, że jesteśmy obywatelami owego świętego narodu poprzez życie, jakie prowadzimy, poprzez sposób naszego zachowania i chwalili Ojca naszego, który jest w niebiosach.
St. Paul Enterprise, 26 września 1916