Siedem zanurzeń w rzece Jordan
Wygłoszono w domu siostry Berthy Timm, Arcola, Illinois, 23 października 1912.
Drodzy przyjaciele, nasz tekst na dzisiejsze popołudnie znajduje się w 2 Król. 5:10-14. Jest to rozdział opisujący przeżycia Naamana, Syryjczyka. Jak pamiętacie, zajmował on bardzo wysokie stanowisko, będąc hetmanem wojsk króla Syrii, ale wszelki spokój, radość i powodzenie, jakimi mógł się cieszyć, zostały zniweczone przez trąd. Przypominamy, że w owych czasach trąd był nieuleczalny, tak samo jak nieuleczalny jest dzisiaj. Zapis podaje, że w ziemi izraelskiej żył naówczas prorok, któremu Bóg udzielił mocy uzdrawiania trądu. Powiedziano o tym Naamanowi; pamiętamy, że ostatecznie pojechał on tam i wysłał posłańców do Elizeusza, zaś Elizeusz nawet nie wyszedł na spotkanie, tylko odesłał słowo. Czytamy o poselstwie Elizeusza w dziesiątym wersecie:
„I wysłał do niego Elizeusz posła, mówiąc: Idź, a omyj się siedem kroć w Jordanie, a przywrócić się zdrowie ciała twego i będziesz oczyszczony”:
Pamiętamy, że Naaman był raczej oburzony taką wiadomością. Uważał, że człowiek o jego pozycji zasługuje na więcej poważania, niż okazał mu Elizeusz. Sądził, że Elizeusz powinien przynajmniej przyjść i powiedzieć mu kilka słów, wezwać swego Boga i dokonać uzdrowienia; on jednak tego nie zrobił, lecz tylko posyłał mu wiadomość. Naaman odrzekł, że rzeki to oni mają u siebie i że równie dobrze mógł się w nich zanurzyć. Słudzy przypomnieli mu, w jaki sposób dostał się do Elizeusza i zasugerowali, że może warto wypróbować tę metodę. Naaman został przekonany i w wersecie czternastym czytamy:
„Przetoż szedłszy omył się w Jordanie siedem kroć według słowa męża Bożego; i stało się ciało jego jako ciało dziecięcia małego, i oczyszczony jest”:
Mamy zamiar pomówić o siedmiu zanurzeniach w rzece Jordan. Nie możemy mieszać tych zanurzeń z zagadnieniem chrztu. Jakieś czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu powstał w stanie Virginia człowiek, który spowodował niemałe wzburzenie. Upierał się, iż ów zapis wskazuje, że chrześcijanie również powinni być chrzczeni siedem razy. Założył nawet całkiem sporą denominację. Sądzę, że obecnie ugrupowanie to już praktycznie nie istnieje. Jego pogląd o siedmiostopniowym dokonywaniu chrztu był błędny.
Jest w tym jednak cenna lekcja dla mnie i dla was. Stwierdzamy, że w pojęciu trądu zawiera się ze względu na jego naturę bardzo stosowny obraz czy symbol grzechu. Często mamy zwyczaj mówić o robieniu źle jako o trądzie grzechu. Trąd był chorobą nieuleczalną – tak samo grzech. Żadne ludzkie stworzenie nie potrafi usunąć tej strasznej choroby, jaką jest trąd, ale może to zrobić Boska moc. Tak samo jest z grzechem. Cała filozofia i nauka ludzka nie jest w stanie wykorzenić grzechu, ale Boska siła może nas uwolnić od mocy grzechu. Wiadomo, że trąd jest bardzo odrażającą chorobą. Wyniszcza życie osoby, która nań cierpi, i to niezależnie od jej pozycji. Czyż nie tak samo jest z grzechem? Iluż ludzi pogrzebało swe nadzieje i radości z powodu grzechu! Jakże często grzech przedwcześnie pozbawia ludzi życia! Jak często grzech jest odrażający i straszny! Itak jak Naaman nie mógł się uwolnić od tamtego trądu, tak ani wy, ani ja nie potrafimy uciec przed trądem grzechu. Pan wszakże sprawił, że Naaman miał zostać wybawiony od naturalnego trądu. My zaś wiemy, że nadchodzi czas, gdy każdy będzie mógł się uwolnić od trądu grzechu – aż ustanie on całkowicie. Naaman był jednym z tych, którzy już wcześniej mogli doznać tego uwolnienia od trądu. My natomiast wiemy, drodzy przyjaciele, że nadchodzi czas, gdy każdy będzie mógł być pozbawiony trądu grzechu – grzechu moralnego – i cieszy nas to, ale istnieje klasa Naamana, którą Pan wybawia wcześniej i jest to klasa, w której chcemy się znaleźć; dlatego też zastanawiamy się nad owymi siedmioma zanurzeniami. Jesteśmy przekonani, że odpowiadają one siedmiu stopniom, jakie pokonać musi chrześcijanin.
Gdy Naaman wyszedł pierwszy raz, nie był oczyszczony. Za drugim razem trąd wciąż był widoczny. Był za trzecim razem i za czwartym. Także za piątym razem i za szóstym wciąż się utrzymywał. Ale za siódmym razem zniknął! Jest powiedziane, że ciało Naamana było znowu czyste jak u małego dziecka. Tak się dzieje, drodzy przyjaciele, gdy zostaniecie zanurzeni w Jordanie. Za pierwszym razem wiemy, że jeszcze mamy trąd grzechu. Za drugim razem dalej tam będzie. Możecie się zanurzyć trzeci raz i czwarty, i piąty, a nawet szósty – a on wciąż występuje. Jednak, drodzy przyjaciele, nie zniechęcajcie się! Któregoś dnia zanurzymy się w Jordanie po raz siódmy, a wtedy nasz trąd grzechu zniknie.
Temat ten będzie dla nas pożyteczny, gdyż umożliwi nam określenie miejsca, w którym sami się znajdujemy. Przekonamy się, jak daleko zaszliśmy czy zostaliśmy zanurzeni pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty czy może szósty raz, bo jeśli szósty, to będziemy wiedzieć, że siódme zanurzenie jest niedaleko.
Pierwsze zanurzenie
Czym jest pierwsze zanurzenie w rzecze Jordan? Odpowiadamy, że jest to przyjęcie Jezusa Chrystusa jako naszego osobistego Zbawiciela i Odkupiciela. Gdy wyi ja dochodzimy do punktu, w którym sobie uświadamiamy, że Jezus umarł za nasze grzechy, przyjmujemy to nie jako teorię, lecz jako fakt. Dostrzegamy, że naprawdę tak było – że nasze grzechy zostały zmazane dzięki zasłudze Odkupiciela, który zstąpił na Ziemię w tym właśnie celu. Jakim było to dla nas błogosławieństwem! Nie dziwię się, że tak wiele znaczy to dla tych, którzy błędnie rozumieli znaczenie tego aktu. Słyszy się, jak ludzie mówią: »Narodziłem się z ducha, gdy przyjąłem Jezusa. Było to wspaniałe doznanie. Wydawało mi się, że żyję w nowym świecie. Po prostu wiedziałem, że się nawróciłem. Nikt w to nie wątpił«. Cóż, drodzy przyjaciele, nie dziw, że było to wspaniałe doświadczenie i że było ono w ogromnej części wynikiem przyznania, że Jezus jest tym Jedynym, który w pewnym sensie zaniósł na krzyż brzemiona ich grzechów; że stał się ofiarą za ich grzech i że oni przyjęli tego Jedynego. A mimo to, drodzy przyjaciele, po tym, jak przyjęliśmy Jezusa jako swego Zbawiciela, nie jesteśmy wolni od grzechu. Trąd grzechu nadal występuje, tak jak było to w przypadku Naamana. A zatem gdy przyjęliśmy Jezusa, grzech wciąż był obecny. Uczyniliśmy wszakże jeden krok w dobrym kierunku. Potem przechodzimy do następnego stopnia.
Drugie zanurzenie
Drugie zanurzenie następuje oczywiście po pierwszym. Przyjąwszy Jezusa jako swego Zbawiciela i mając świadomość, że umarł On za nasze grzechy, zaczynamy odczuwać, jak wiele to dla nas teraz znaczy. Uczymy się więcej o Zbawcy. Poznajemy rzeczy, jakie Bóg ma dla nas w przyszłości. W rezultacie bardziej interesujemy się Biblią. Zaczynamy badać Biblię, czytać ją i poświęcać jej uwagę. Przedtem tego nie robiliśmy. Rozumiemy, że to jest drugie zanurzenie w rzece Jordan – gdy przychodzimy do Słowa Bożego i wchodzimy pod jego oczyszczający wpływ. Nikt nie może mieć kontaktu z Biblią i nie otrzymywać z tego błogosławieństwa. Wydaje mi się, że choć nie wszyscy ludzie mogą zrozumieć Biblię, to wygląda na to, że już sam kontakt z nią przynosi im błogosławieństwo. To jakby zobaczyć aureolę wokół Biblii. Wydaje mi się, że historia dobrze to odzwierciedla. Mamy niewielkie pojęcie o tym, jak straszny stan panował na świecie, zanim pojawiła się Biblia. Wiecie, w dawnych czasach w północnej części Europy, w Niemczech, zanim Biblia dotarła do tego kraju, w niektórych miejscach panował zwyczaj, że dzieci zabijały swych rodziców. Gdy nadchodził czas, że ojciec czy matka bardzo się zestarzeli, dzieci spotykały się razem i odbywały rodzinną naradę, by zdecydować, które z rodziców nie było już przydatne. Córka mówiła na przykład: »Nie sądzę, że ojciec się jeszcze do czegoś nadaje«. Jeden z synów mógł stwierdzić: »Tak, chyba już się zużył«. Gdy zdecydowano, że ojciec nie był już potrzebny, za pomocą pokaźnej pałki, uderzeniem w głowę pozbawiano go życia. Dopóki nie pojawiła się pośród nich Biblia, uważano to za doskonałe prawo. Jakże cudowny wpływ Biblia wywierała w tak wielu przypadkach.
Tylko pomyślcie, w jaki sposób Słowo Boże wpłynęło na wprowadzenie na świecie szpitali. Dopóki duch Biblii nie zaczął w jakimś stopniu przenikać ludzi, nie marzyli oni nawet o takich rzeczach. W odległej przeszłości nie było szpitali. Osoba chora leżała na ulicy, gdzie każdy mógł ją widzieć i różnymi sposobami próbowano ją leczyć. Nikt nie pomyślał o bardziej ludzkim, systemowym sposobie leczenia chorych.
W podobny sposób rozmyślałem też o miejscu kobiet w świecie. Pamiętacie, jak po zesłaniu ducha świętego „wszczęło się szemranie (…)„ iż były zaniedbywane w posługiwaniu powszednim wdowy ich” [Dzieje 6:11]. Czyż to nie znamienne! Według panujących naówczas zwyczajów wdowy były wtedy rzeczywiście zaniedbywane. Wydaje się, że zapanowało zupełnie inne nastawienie w związku z tym problemem. Wyznaczono diakonów, żeby zajęli się tą sprawą; pośród nich znaleźli się Szczepan i Filip.
Widzimy zatem, drodzy przyjaciele, że był to wpływ religii chrześcijańskiej. Zadna inna religia nie kieruje się takimi ideami jak ta. Zdaje się, że w przypadku każdej innej religii na ziemi nikt nie mógł zbliżyć się do Boga, jeśli nie zaniechał swoj ej rodziny. Weźmy na przykład Buddę. Z Buddą związana jest cała mitologia, ale niezależnie od tego wiemy, że Budda był za życia bardzo dobrym człowiekiem. Chciał zbliżyć się do Boga. Jak to zrobił? No cóż, zlekceważył swoją żonę i dzieci. Nie widział sposobu, jak zbliżyć się do Boga bez porzucenia swych ukochanych. Weźmy na przykład Sokratesa. Pamiętacie, jak to się odbyło, kiedy szykował się na śmierć. Gdy nadeszła pora umierania, jego biedna żona chciała się z nim zobaczyć, zaś Sokrates dyskutował jakieś filozoficzne zagadnienie. Gdy weszła, płacząc, Sokrates nakazał jej opuścić pomieszczenie! Nie miał zbyt wiele szacunku dla swej żony. Myślał nad zagadnieniem filozoficznym. Jednak, drodzy przyjaciele, religia chrześcijańska jest inna. Pamiętacie, że nawet na krzyżu Pan Jezus Chrystus pomyślał o swej matce. Przypomniał Janowi, że odtąd będzie jego przywilejem zaopiekowanie się nią jak swoją matką. Stwierdzamy, że w zasadniczy sposób Biblia wywierała swój wpływ, gdziekolwiek się pojawiła. A jeśli taki był wpływ Biblii, to o ileż silniejszy wpływ powodowało przyjęcie Jezusa za Zbawcę i udanie się do Biblii w zamiarze dowiedzenia się czegoś więcej o tym Zbawicielu, wyznając: »Odczuwam taką radość, że pragnę jej jeszcze więcej«. A ma to taki oczyszczający wpływ, jakiemu podlegał Naaman, gdy za każdym razem zanurzał się w wodzie, a ona działała na niego do pewnego stopnia oczyszczająco. Nie było to wszakże nic innego, jak oczyszczający wpływ, który miał się dokonać dzięki Bożej mocy, gdy zszedł do wody za siódmym razem. Gdy my zaczynamy badać Biblię, pokonując ów drugi stopień i chcąc uczyć się więcej o Zbawicielu, wywiera to na nas pewien oczyszczający wpływ. Zaczyna się „obmycie wodą przez słowo”
Trzecie zanurzenie
Teraz przejdźmy do trzeciego zanurzenia w Jordanie, do trzeciego kroku, jaki wykonuje chrześcijanin – częściowego poświęcenia. Stwierdzamy, że tylko stosunkowo mała część ludu Pańskiego dokonuje całkowitego poświęcenia samych siebie. Natomiast ogromna większość, jeśli studiują oni Biblię, dochodzi do stanu, w którym zaczyna ona wywierać na nich swój wpływ. Mówią: »Postaram się być lepszym chrześcijaninem. Zamierzam więcej się modlić i więcej czytać Biblię. Chcę lepiej naśladować Jezusa i porzucić niegodziwe sprawy i złe nawyki«. Jak widać, oni się nie poświęcają. Poświęcenie to coś więcej. To jest częściowe poświęcenie, z Boskiego punktu widzenia – ograniczone. Jest to krok w dobrym kierunku. Całkiem sporo z nich nigdy nie idzie dalej, wielu nigdy nie czyni pełnego poświęcenia, choć sądzą, że się poświęcają. Jedna siostra mi wyznała: »Bracie Barton, z radością chcę Ci oznajmić, że po Twojej wizycie tutaj poświęciłam się i zostałam ochrzczona. Pojechałam na konwencję do Louisyille i pomyślałam sobie, że jeśli osoby na tej konwencji uznam za zwyczajnych chrześcijan, to się nie poświęcę; gdy tam jednak przybyłam, stwierdziłam, że byli wspaniali«. Widzicie, siostra ta wcale nie była poświęcona, choć uważała, że jest. Poświęciła się ze względu na miłych ludzi. Nie mam co do tego wątpliwości, drodzy przyjaciele, że jest możliwe, iż bardzo wielu spośród nas należy do tej klasy. Poświęcili się tego rodzaju poświęceniem. Byli skłonni poświęcić się, ale ze swojego punktu zapatrywania. Byli gotowi zaprzestać złych i grzesznych rzeczy. Tacy mawiają: »Skoro jest to zła rzecz, to z niej zrezygnuję; jestem gotowy ponieść ofiarę«. Nie byliby jednak skłonni oddać dla Pana dobrych rzeczy – czegoś, co jest w zasadzie potrzebne.
Myślę, że Pan chce, abyśmy osiągnęli taki stan, w którym oddamy się całkowicie, bez względu na skutki. Pragniemy znaleźć się w takim punkcie, że będziemy mogli stwierdzić: »Ojcze, nie moja, lecz twoja wola niech się stanie«. To byłoby zupełnym poświęceniem. Kto jednak nie poświęca się w ten sposób, mówi: »Panie, chcę robić to, czego ode mnie żądasz. Jeśli chcesz, bym zaprzestał palenia, zrobię to. Przestanę chodzić do teatru«. Jeśli Pan powie: »Moje dziecko, są jeszcze inne kwestie. Czy jesteś gotowy mi służyć, jeśli ludzie cię wyśmieją? Czy będziesz mi służyć, gdy doznasz sprzeciwu w swoim własnym domu? Czy będziesz mnie czcić w obliczu takiej opozycji? Czy powiesz: Chcę służyć Panu bez względu na koszt?«. Tak, drodzy przyjaciele, to jest poświęcenie. W chwili, gdy wykonujemy ten krok, stajemy się naprawdę Pańskimi.
Czwarte zanurzenie
To czwarty stopień. Trzecie zanurzenie w Jordanie było krokiem naprzód. Zaiste, to wspaniale, że Słowo Boże przywiodło nas do punktu, w którym jesteśmy gotowi chwalić Pana w nieco ograniczonym stopniu, wyrzekając się wszelkich złych przyzwyczajeń. Przy okazji, kryje się w tym jeszcze inna myśl. Powinniśmy być bardzo cierpliwi wobec tych, którzy nie wykonali tego trzeciego kroku. Ufam, że my mamy go za sobą, że weszliśmy do Jordanu po raz czwarty. A gdy zeszliśmy do rzeki Jordan czwarty raz, to oznacza to poddanie swoj ej woli pod wolę Pana. Tam osiągnęliśmy punkt, w którym możemy powiedzieć: »Panie, idę, aby czynić Twoją wolę, być tym, kim Ty chcesz, żebym był i iść tam, dokąd Ty chcesz, abym szedł«. To tam zaczyna się przemiana umysłu. Znacie stwierdzenie Apostoła z Rzym. 12:2: „Ale się przemieńcie przez odnowienie umysłu waszego na to, abyście doświadczyli, która jest wola Boża dobra, przyjemna i doskonała
Drodzy przyjaciele, odkąd poświęcamy swoje życie Panu, nasz umysł podlega przekształcaniu. Od tego czasu mamy doskonałą wolę. Gdy mówimy o umyśle, musimy pamiętać, że składa się on z różnych elementów. Składa się z woli, rozumu, wyobraźni itp. Tworzą go wszystkie umysłowe cechy. Bez nich umysł nie byłby kompletny. Uznajemy, że żadna z tych rzeczy nie tworzy całego umysłu. Rozumiemy, że od chwili poświęcenia dostajemy nowy umysł. Zaczyna panować nowa wola. Postrzegam umysł niczym zarząd miasta. Oto miasto. Domyślamy się, że mają tam wiele problemów. Mają burmistrza, ale jest nieuczciwy. Jest wydział policji, wydział straży pożarnej i inne. Nic nie działa zadowalająco. Odbyły się wybory I wybrano nowego burmistrza. Jak tylko przychodzi nowy burmistrz, nastaje nowa administracja. Miasto jest to samo, a jedyną nowością jest nowy burmistrz. Mają ten sam departament policji, ten sam departament straży pożarnej, dawny wydział do spraw wodnych, ale nowego burmistrza. Ma nastać nowe zarządzanie. Teraz więc wola jest burmistrzem umysłu. Umysł jest jak małe miasto. Rozum jest jednym wydziałem, wyobraźnia innym, a wola jest burmistrzem. Przy poświęceniu dostajecie nowego burmistrza. Dawny burmistrz odchodzi, macie więc nowy umysł, czyli nowe kierownictwo, ale w rzeczywistości nie wszystko jest całkiem nowe. Tylko jedna rzecz jest nowa – wasza wola, i jest to wola doskonała.
Jeśli burmistrz jest człowiekiem nadającym się na swoje stanowisko, to rozpoczyna przekształcanie miejskich wydziałów. Wzywa szefa policji i mówi: »Widzisz, ten departament musi stać się jak najszybciej czymś innym, niż był dotąd. Nie zamierzamy dłużej tolerować łapówek. I jeszcze te bary – chcę, żeby zostały zamknięte«. Dochodzi do małego starcia. Szef policji stwierdza: »Nie uważam, że musimy się spieszyć«. Zaś burmistrz naciska: »Nie traćcie czasu i przystąpcie do działania«. Widzicie więc, że zaczął reformować miejskie wydziały, zwolnił niektórych urzędników, a na ich miejsce przyjął nowych. Jest to jednak powolna praca; ciężko jest rozstać się ze starym burmistrzem. Ten jednak pracuje i pracuje, i dzień po dniu widać zmiany. Ludzie mówią, że wydział policji ma teraz więcej do zdziałania, niż miał w zwyczaju. Miejskie zakłady gospodarowania wodą pozbyły się korupcji i tak dalej. Widać przemianę. Tak też dzieje się z umysłem. Nowa wola przejmuje kontrolę. Nowa wola zaczyna przekształcać umysł.
Wola mówi: »Popatrz tutaj, musisz odtąd opierać swoje rozumowanie na innej niż dotychczas podstawie; zazwyczaj rozumowałeś w oparciu o to, jak zarobić więcej pieniędzy«. Stara wola mówi ci jednak: »Zobacz, dzieci będą cierpiały śmiertelny głód«. Ale nowa odpowie: »Musisz rozumować w taki sposób, jak ja chcę. Chcę zobaczyć, że wystarczy ci rozumu, żeby zadbać o żonę i dzieci i mimo to równocześnie rozumować w inny sposób«. Nowa wola uruchomi też wyobraźnię, mówiąc jej: »Widzisz, nie jestem zadowolona ze sposobu, w jaki postępujesz. Pod wpływem dawnej woli wyobrażałeś sobie zazwyczaj, jak byłoby to straszne, gdybyś przegrał ten wyścig. Spróbuj sobie wyobrazić, jak niewielkie znaczenie będą miały te próby, gdy zakończysz bieg«. Jest to powolna praca, tak jak w przypadku miasta i różnych jego wydziałów. Nie zgadzały się one z nowym burmistrzem. I w naszym umyśle są rozmaite właściwości, które nie są w doskonałej zgodzie z nową wolą. Dlatego też Apostoł stwierdza: „Ale się przemieńcie przez odnowienie umysłu waszego na to, abyście doświadczyli, która jest wola Boża dobra, przyjemna i doskonała
Gdy burmistrz obejmuje urząd, a mimo to wydziały działają tak jak dotąd, dowodzi to, że nie jest on tak dobry, jak się spodziewano. Jest to również prawdą w przypadku umysłu. Jeśli wy i ja przyjęliśmy Pańską wolę, a nie zachodzi żadna przemiana, to coś jest nie w porządku. Jeśli przemiana się dokonuje, wówczas udowadniamy, czym jest ta dobra, doskonała i przyjemna wola Boża. Widzimy więc, że poświęcenie oznacza moment, w którym pojmujemy, że nowa wola musi się podobać Panu, czynić to, co On chce, żeby Jemu podporządkować się we wszystkich sprawach życia.
Piąte zanurzenie
Zamierzamy pójść nieco dalej. Dochodzimy do piątego zanurzenia w rzece Jordan. Czwartym stopniem było całkowite poświęcenie; stopień, na którym staliśmy się „nowymi stworzeniami” w Chrystusie Jezusie. Piąty stopień pokonujemy wtedy, gdy stajemy się „ożywieni” z ducha. Wszyscy zauważamy, w jaki sposób Pan kreśli porównanie tego, co naturalne, z tym, co duchowe i przedstawia was i mnie jako spłodzonych z ducha, a przy zmartwychwstaniu jako narodzonych z ducha. Widzimy, że jest to bardzo odpowiednie zobrazowanie. Gdy dziecko zostaje spłodzone, nie posiada ono niezależnego bytu. Żyje zapożyczonym życiem. Jest to po prostu życie zapożyczone od rodziców. Gdy natomiast się rodzi, żyje samodzielnie. W chwili poświęcenia się wy i ja zostajemy spłodzeni z Pańskiego ducha, ale w rzeczywistości nie żyjemy niezależnym życiem. Żyjemy życiem zapożyczonym. Zmartwychwstając, nie będziemy już dłużej żyć zapożyczonym życiem, lecz będziemy żyć życiem niezależnym. Natomiast między spłodzeniem a narodzeniem zawsze jest okres zwany ożywieniem natury; znajdujemy to u Apostoła, gdy nam mówi, że Bóg ożywi nasze śmiertelne ciała przez swego ducha. W naturze ożywienie odnosi się do czasu, gdy istnienie dziecka staje się rzeczywistością. Gdy fakt ten staje się jawny, gdy istnieje dowód na egzystencję, oznacza to bycie ożywionym. Tak samo jest w duchowym sensie.
Gdy poświęcamy się Panu, nie ma żadnego realnego i bardzo definitywnego dowodu, że zostaliśmy spłodzeni. Przecież żyjemy tak jak zazwyczaj. Obmyślamy i realizujemy te same plany. Przed poświęceniem zaplanowaliśmy budowę domu za 5 tys. dolarów i po poświęceniu nadal zamierzamy się budować. Planujemy dokładnie tak samo jak przed poświęceniem. Sporo myśleliśmy o różnych przyjemnościach i po poświęceniu do jakiegoś stopnia nadal przejawiamy zainteresowanie tymi przyjemnościami. Jest zmiana, ale nie ma na nią dowodu ani nic nie zostaje ujawnione. Przekonujemy się, drodzy przyjaciele, że tak jest ze wszystkim. Tak było też z Jezusem. Pamiętacie, że Pan Jezus został spłodzony z ducha w Jordanie i przez czterdzieści dni nie było żadnych zewnętrznych, widzialnych oznak tego faktu. A przecież przebywał On wówczas sam, w oddaleniu, badając i rozważając plan Boży. Gdy minęło czterdzieści dni, Jezus rozpoczął swoją służbę. Wtedy świat otrzymał dowód, że Jezus jest naprawdę inny, niż był dotąd. Tak samo dzieje się z nami. Na początku ma miejsce jedynie przemiana umysłu. Ale w końcu nadchodzi czas, drodzy przyjaciele, gdy zostajemy ożywieni do aktywnego działania. Jeśli przedtem planowaliśmy budowę domu za 5 tys. dolarów, to teraz rezygnujemy z tych planów. Teraz jesteśmy obudzeni. Zaczynamy rozmyślać nad tym, czego Pan od nas chce w tej kwestii. Zaczynamy myśleć o zaniechaniu i porzuceniu tego planu. Gdy ktoś się poświęcił, nie zauważyliście, żeby był zainteresowany rozdawaniem literatury i prawdopodobnie mijały miesiące, a osoba ta nie myślała o tym zanadto. Teraz zaczynacie zauważać, że rozmawia o możliwościach włączenia się do tej pracy. Stwierdzamy, że jest to piąty krok, ale i on nie jest wystarczający.
Szóste zanurzenie
Idziemy naprzód, czyniąc postęp, aż w końcu dochodzimy do szóstego stopnia. Czym on jest? Jest to stan, w którym osiągamy cel, do jakiego zdążamy, a mianowicie znamię doskonałej miłości. „W miłości nie ma bojaźni, wszak doskonała miłość usuwa bojaźń” [1 Jana 4:18 NB].
Ostatecznie dochodzimy nie tylko do ożywienia, ale gdy ono się rozwija, stopniowo udaje się zdobyć tę oznakę. Powinniśmy zabiegać o to, by po doznaniu ożywienia osiągnąć ów cel jak najszybciej, a jednak niemało jest takich, którym nie udaje się to przez dość długo.
Powinniśmy mieć właściwe pojęcie odnośnie tego, co oznacza osiągnięcie tego znamienia. Załóżmy, że udoskonalenie miłości Bożej w nas oznacza dobre stosunki. Słyszy się, jak ktoś stwierdza: »Nie mam nienawiści do swoich wrogów«. Posiadanie doskonałej miłości wskazuje, że mamy wszystkie cechy, które składają się na miłość. Oznacza to nie tylko posiadanie ich wszystkich, ale doskonałe ich rozwinięcie w sobie. Przykładowo, dobrze to wyraża stwierdzenie, że miłość jest sumą wszystkich zalet. Stąd też, jeśli czegoś ci brakuje – nie posiadasz miłości wjej pełni. Jeśli nie masz wiary, cierpliwości, pokory, dobroci, nie możesz mieć doskonałej miłości. Wszystkie te zalety składają się na doskonałą miłość. W swym wykładzie o tej doskonałej miłości w 1 Kor. 13 Apostoł stwierdza: „Choćbym miał pełnię wiary, tak żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym” [1 Kor. 13:2 NB]. W takim przypadku miłość nie była doskonała. Przecież gdybyś miał pełnię wiary, to musiałbyś mieć coś jeszcze. On wymienia inne rzeczy. Musielibyśmy posiadać miłość, która jest długo cierpliwa i dobrotliwa, miłość, która nie zazdrości i nie jest chełpliwa. Jeśli masz pychę, nie możesz mieć miłości, gdyż pycha jest przeciwna do ducha miłości, bo jedną z zasadniczych części składowych miłości jest właśnie pokora. Można mieć pewien rodzaj miłości, miłości słabszej, gdyż miłość bez pokory jest słaba. To niższy rodzaj miłości. To tak, jakby lekarz powiedział ci, że ma dla ciebie lek na niestrawność, ale w słabszej, rozcieńczonej postaci. Może zawierać trochę pepsyny, ale bez sody nie zadziała. Jest niewiele wart. Tak też jest z miłością – musi być w niej pokora.
Znacie słowa z pierwszego rozdziału Listu Jakuba: „Cierpliwość niech ma doskonały uczynek” [Jak. 1:4]. Musimy posiadać cierpliwość, a cierpliwość musi być doskonała. Musi prowadzić do doskonałego dzieła, żebyśmy byli – kontynuuje Apostoł – doskonali i zupełni. Zupełność wskazywałaby na wszystkie te cechy, zupełną listę przymiotów składających się na miłość. Oznaczałoby to, że mamy wiarę, cierpliwość, łagodność, znajomość, braterską uprzejmość itd. Musimy posiadać miłość, która sięga jeszcze dalej i obejmuje naszych nieprzyjaciół. Gdy cechuje nas to wszystko, wówczas jesteśmy zupełni. A mamy być nie tylko zupełni, lecz zupełni i doskonali. Nie tylko posiadać cierpliwość, ale cierpliwość musi zostać udoskonalona. I dobrotliwość musi być udoskonalona. Także pokora, łagodność i braterska uprzejmość – wszystko to musimy udoskonalić. Musi panować doskonały bilans i doskonała równowaga. Wtedy posiadamy miłość doskonałą. Gdy tak nie jest, gdy posiadamy wszystkie te cechy, ale nie są one doskonałe, jeśli posiedliście pełną miarę cierpliwości, pełną miarę dobrotliwości, pełną miarę braterskiej uprzejmości, pełną miarę łagodności, ale tylko połowę miary pokory – to jak możecie mieć doskonałą miłość? Jak możecie mieć doskonałą miłość, jeśli brakuje wam pokory?
Moglibyście teraz stwierdzić: »No cóż, osiągnięcie owego celu oznacza więcej, niż myśleliśmy«. Tak. Sądzę, że spora większość tak to czuje. Musimy być jednak ostrożni i nie mylić posiadania tej doskonałej miłości z ćwiczeniem się w niej w swoich ciałach. Często myślę o tej doskonałej miłości jako o jeźdźcu, a o ciele jako o koniu. Koń może być nieco zdradliwy. Może jest trochę narowisty, ale nie wini się jeźdźca, lecz konia. Jeździec wszakże powinien mieć się na baczności. Jeśli stwierdzicie, że wasze ciało źle postępuje, ale „nowe stworzenie” trzyma za lejce, to nie obwiniajcie „nowego stworzenia jeśli ciało stawia opór i zatrwożone zeskakuje zwozu oraz ucieka na stronę; winę ponosi ciało. Nauczcie się powozić. Nie pozwólcie, by ciało udawało się własną drogą. Zróbcie tak jak jeden brat, który miał pewne problemy z narowistym koniem. Postanowił się z tym rozprawić. Zdjął postronki, splótł ogon konia, przywiązał do niego orczyk i kazał koniowi ciągnąć w ten sposób wózek przez pół mili. I koń przestał być narowisty. Pomyślałem, że byłby to doskonały sposób postępowania ze starą naturą. Przekonałaby się ona, że musi być poddana. Nauczcie się podporządkowywać ciało „nowemu stworzeniu” tak żeby w sytuacji, gdy pojawi się możliwość służby, ciało musiało przyznać: »Nie mam na to ochoty, ale obawiam się, że lepiej to zrobić, bo wiem, że jak nie, to „nowe stworzenie” podwiąże mi ogon i mnie zmusi, więc już lepiej to uczynię, czy mi się to podoba, czy nie«. Istnieje jednak, drodzy przyjaciele, ogromna różnica między posiadaniem tej doskonałej miłości w nas a umiejętnością doskonałego jej manifestowania w naszych ciałach.
Stwierdzamy, że czasem lud Pański nie rozróżnia tego tak dokładnie i starannie, jak powinien. Pewien brat stwierdził: »Czasami tak bardzo lękam się o różne rzeczy. Pojawiają się myśli, czy coś jest prawdą, czy nie. Boję się i drżę. Tylko pomyśl! Czy moja wiara nie jest w żałosnym stanie?«. Nie, bracie, ja tak nie uważam. Gdy to mówiłeś, czy nie odzywało się coś wewnątrz ciebie, co kazało ci tak powiedzieć? »Tak.« A zatem to nie było „nowe stworzenie” To było twoje ciało, które jest złe. Jeśli więc czasem obawiamy się o odniesienie zwycięstwa, to złe w nas jest ciało. A mimo to nie chcielibyśmy, żeby to usprawiedliwiało naszą niedbałość.
Widzimy więc, że doskonała miłość nie jest błahą sprawą. Nie dla naszych ciał. To tak jak z owym miastem. Gdy nowy burmistrz wchodzi do biura, policjant może stać na rogu i zobaczywszy, że dzieje się coś złego, nie zareagować tak, jak powinien – nie wini się za to burmistrza. Burmistrz przeprowadzi całą sprawę jak należy. Dokładnie tak samo jest z nami. Zdajemy sobie sprawę, że ciało jest słabe, a nawet grzeszne do samego końca. Nie jesteśmy wstanie żyć tak, jak byśmy chcieli. Stale będziemy przejawiać jakieś niedociągnięcia i tęsknić za czasem, gdy złożymy nasz ziemski przybytek.
Dotarliśmy tak daleko, jak potrafiliśmy. Uczyniliśmy taki postęp, jaki daliśmy radę uczynić. Zdobyliśmy wszystkie owe cechy i doskonale je wygładziliśmy. Teraz, drodzy przyjaciele, trzeba trwać u celu. Niech nic nas nie sprowadzi z drogi. Co by to mogło być? Czasem zniechęcenie. Czasem ludzie mówią: »Jestem taki słaby i biedny. Niczego nie umiem zrobić tak, jak bym chciał. Sądzę, że będę musiał się poddać«. Widać z tego, drodzy przyjaciele, że oni sami pozwalają, by ogarnęło ich zniechęcenie. Pan chce, dla was i dla mnie, żebyśmy osiągnęli taki punkt, w którym nigdy się nie poddamy. Jak wiadomo, gdzie dwaj są źli, nigdy nie zrobią dobrze. Co byście powiedzieli o człowieku, który miał 100 dolarów i gdy złodzieje weszli do jego domu i zabrali mu 50 dolarów, on by rzeki: »Straciłem 50 dolarów; chyba te drugie 50 dolarów wyrzucę«? Czy postąpiłby słusznie? A jednak znajdą się czasem tacy pośród ludu Pana. Nie odnieśli zwycięstwa, więc stwierdzają: »Po prostu się poddaję. Tyle zwycięstw mnie ominęło, że zostawiam całą resztę«. Możemy się spodziewać, że każdego dnia doznamy porażki. Gdybyśmy potrańli wykonać wszystko tak, jak pragnie tego nowa wola, to mówię wam, byłby czas, żebyśmy zostali stąd zabrani. Wy i ja – posiadamy doskonałą wolę, ale niedoskonałe ciała. Jak widzicie, Pan patrzy na nowe pragnienia, pobudki. Czy chcesz być niecierpliwy? Czy naprawdę chcesz się nieuprzejmie wyrażać? »Nie.« A zatem stan twojego serca jest dobry. Cieszę się, że Pan nie powiedział: »Błogosławieni ubodzy w ciele«. Pan patrzy na nasze intencje i pragnienia. Chodzi o to, by trzymać się celu i pozostać wiernym aż do końca, do kresu naszego biegu – gdy nadejdzie dla nas czas złożenia tego ziemskiego przybytku.
»Ale – ktoś mógłby zapytać – czy myślisz, że będę wiedział, że jestem wśród zwycięzców?« Ze Słowa Pańskiego wnioskuję, że każdy spośród wiernych zwycięzców dowie się o tym, zanim nastanie ten dzień. Pan Jezus to sobie uświadamiał i Paweł również. Pamiętacie, że Apostoł powiedział: „Czas rozstania mego z życiem nadszedł. Dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem; a teraz oczekuje mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu da Pan, sędzia sprawiedliwy, a nie tylko mnie, lecz i wszystkim, którzy umiłowali przyjście jego” [2 Tym. 4:6-8 NB]. Paweł wiedział, że był wierny i my też będziemy wiedzieć. Nasz Pan daje nam przypowieść i pokazuje, co Pan powie wiernym sługom: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” [Mat. 25:21 BT]. Kiedy Pan wypowiada swoje „dobrze”? W tym świecie czy w następnym? Po tej czy po drugiej stronie? Przecież mówi to do nas po tej stronie zasłony. Powiedział to do Pawła po tej stronie i do nas wszystkich powie to po tej stronie zasłony. „Nad wieloma cię postawię.” Mówi to, zanim nadejdzie czas, gdy sługę uczyni zarządcą. To wskazuje, że zanim zostaną oni uczynieni uczestnikami boskiej natury, zarządcami nad wieloma rzeczami, usłyszą głos Pana mówiący: „Dobrze, sługo dobry i wierny!”. Jeśli jesteście wierni, jeśli ja będę wierny, to zanim umrzemy – może to być kilka minut lub kilka godzin wcześniej, może kilka dni albo kilka tygodni – w przypadku Pawła było to kilka miesięcy – nie żebyśmy to wyraźnie usłyszeli, ale pojawi się myśl, że Pan uczyni tę sprawę tak jasną, iż będziemy wiedzieć, że jesteśmy dla Niego do przyjęcia. Pan sprawi, iż będzie dla nas jasne, że stan naszego serca jest w porządku; że pomimo pewnych niedostatków wynikających z ciała chcieliśmy zawsze jak najlepiej postępować i otrzymamy zapewnienie o Pańskiej aprobacie, Jego: „Dobrze” 0, jakąż radością będzie umrzeć w ten sposób, drodzy przyjaciele!
Siódme zanurzenie
Gdy nadchodzi następnie czas zakończenia naszego ziemskiego biegu, wchodzimy do Jordanu po raz siódmy. Wtedy nie będziemy już mieć żadnego grzechu. Trąd zostanie odjęty. Będziemy mieć ciało, by odejść w duchu. Dzisiaj posiadamy ducha świętego, ale nasze ciało nie jest święte. Wówczas będziemy mieć zarówno świętego ducha, jak i całkowicie święte ciało. Pomyśl o tym, że umieramy, posiadając wszelkie te słabości, niedoskonałości i wady, a powstajemy, będąc podobni do Pana, bez bólu, cierpienia czy śladu grzechu, zła i niedoskonałości, z jakimi teraz musimy się zmagać! Bez obawy że w czymś moglibyśmy nie sprostać wymaganiom! Bez strachu, że zrobimy coś, co nie spodoba się Niebieskiemu Ojcu! Jakże tęsknimy za tą przemianą, gdy będziemy doskonali i święci; święci w odniesieniu do naszego wiecznego życia i w takim stanie, w którym możemy służyć naszemu doskonałemu Panu poprzez wszystkie doskonałe wieki przyszłości.
St. Paul Enterprise, 17 października 1916