Sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim
Wygłoszono przed zborem w Twin Cities, Minn., w Midway Hall w niedzielę wieczorem, 2 stycznia 1916.
Dziś wieczorem mamy zamiar zająć się tekstem z Ewangelii Mateusza, rozdział 19. i werset 21. By uzyskać świadomość kontekstu, przeczytajmy od wersetu 16-22: „I oto ktoś przystąpił do niego, i rzekł: Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby osiągnąć żywot wieczny? A On mu odrzekł: Czemu pytasz mnie o to, co dobre? Jeden jest tylko dobry, Bóg. A jeśli chcesz wejść do żywota, przestrzegaj przykazań. Mówi mu: Których? A Jezus rzekł: Tych: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, czcij ojca i matkę i miłuj bliźniego swego, jak siebie samego. Mówi mu młodzieniec: Tego wszystkiego przestrzegałem od młodości mojej; czegóż mi jeszcze nie dostaje? Rzeki mu Jezus: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, potem przyjdź i naśladuj mnie. A gdy młodzieniec usłyszał to słowo, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele majętności” (Mat. 19:16-22 NB). Nasz tekst to werset 21: „Idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim”
Te same słowa znajdziecie w jeszcze innych miejscach Ewangelii, jakkolwiek czasem różnią się one nieznacznie, np. w Łuk. 18:22 powiedziane jest: „Wszystko, co masz, sprzedaj, a rozdaj ubogim” W Łuk. 12:33 czytamy: „Sprzedawajcie majętności wasze, a dawajcie jałmużnę” Przypuszczam, że trudno byłoby znaleźć kogoś, kto znając tylko trochę Biblię, nie byłby świadomy faktu, że takie stwierdzenie się w Biblii znajduje.
Wielu uznaje, że Jezus użył tych słów tylko raz, gdy rozmawiał z bogatym młodzieńcem, ale my stwierdzamy, że posłużył się On tą myślą więcej razy, na przykład w Łuk. 12:33 oraz gdy powiedział przypowieść o człowieku, który znalazł skarb na polu, a potem poszedł, sprzedał wszystko, co posiadał, i kupił to pole. Jednak choć znajdzie się spora ilość chrześcijan, którzy wiedzą o tym biblijnym stwierdzeniu, to jakże trudno by było znaleźć kogokolwiek, kto literalnie sprzedałby wszystko, co ma, i rozdał ubogim. Nie tylko byłoby trudno znaleźć kogoś, kto by tak zrobił, ale jakże by to dziwnie wyglądało i za jakiego głupca miano by człowieka, który zrobiłby coś takiego.
Jeśli ktoś sprzedałby wszystko, a zyski rozdzielił między dotkniętymi ubóstwem, nie na wiele by się to zdało. Byłaby to pomoc doraźna, ale wkrótce wszystko by zostało wydane i ludzie ci byliby znowu tak samo biedni, a w międzyczasie dawca też stałby się biedakiem i ktoś musiałby mu pomagać.
Problem polega na tym – tak jak z innymi stwierdzeniami Pana, które ludzie traktują zbyt dosłownie i zdaje się to być powszechną pomyłką – że ma tutaj miejsce „ślizganie się po powierzchni” i pobieżne myślenie. Nie jest to odpowiednia metoda. Zbawiciel powiedział, że powinniśmy dokopywać się do prawdy jak do ukrytego skarbu. Tak jest w naturze. Najbardziej cenne rzeczy tó nie te, które widać na wierzchu. Gdy spojrzymy na arbuza, to jego najważniejsza część nie znajduje się na wierzchu; weźmy orzecha lub kasztana – to, co najcenniejsze, nie jest na wierzchu; popatrzmy na banana, i tu najważniejsza część nie jest na wierzchu. Serce, płuca i najważniejsze organy są schowane. Po skarby materialne trzeba kopać – trzeba je wydobywać w kopalniach. Jezus wyraża taką właśnie myśl. Prawdziwej lekcji z Jego słów nie należy spodziewać się na wierzchu. Trzeba ją wygrzebywać jak ukryty skarb.
Jakże wiele naprawdę absurdalnych pomysłów powstało w związku z tym, że nadawano słowom Jezusa powierzchowny sens! Podamy przykład. Nasi rzymsko-katoliccy przyjaciele biorą fragment opisujący, jak Jezus zarządził ostatnią wieczerzę w górnym pokoju i zwracają uwagę na Jego słowa, gdy powiedział: „To jest ciało moje, które za was bywa łamane; to czyńcie na pamiątkę moją. (…) Ten kielich jest nowy testament we krwi mojej; to czyńcie, ilekroć pić będziecie, na pamiątkę moją” [1 Kor. 11:24-25]. Uważają, że Jezus miał to dosłownie na myśli – że chleb rzeczywiście zmienił się w Jego ciało i że wino stało się Jego krwią. Do dzisiejszego dnia głoszą oni, że gdy kapłan wypowiada jakieś mistyczne słowa nad chlebem i winem, zmieniają się one w literalne ciało i krew Chrystusa. Z pewnością Jezus nie mógł mieć tego na myśli. Nie miał na myśli, że posiadał jedno ciało mięsiste, a drugie z chleba, bo gdyby to powiedział, nie mógłby zostać ukrzyżowany; gdyby rzekł: „To jest krew moja (…)„ która się za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów” [Mat. 26:28 NBJ, włócznia wcale nie przebiłaby Jego boku. Znaczenie było takie: »To wyobraża moje ciało, to wino wyobraża moją krew«.
Czasami ludzie pytają: Dlaczego Pan nie powiedział: »Ten chleb wyobraża moje ciało, a to wino wyobraża moją krew«? Bo wiedział, że wy czy ja będziemy mieli dość wyczucia, żeby zrozumieć i bez tego. Tak jak dzisiaj, człowiek bierze fotografię i mówi: »To jest moja żona«. Czy chce powiedzieć, że jego żoną jest kawałek kartonika? Dlaczego nie powiedział: »To wyobraża moją żonę«? Wie, że posiadacie rozum i że wystarczy, jeśli zrobicie z niego użytek. Również nasz drogi Odkupiciel nie mówił do nas, jakbyśmy byli kawałkami drewna, ale mówił jak do stworzeń, którym Bóg dał inteligencję i zdolność rozumowania. Wiedział, że jeśli użyjemy swego rozsądku, to będziemy wiedzieli, że to oczywiste, iż chleb nie był Jego ciałem ani wino Jego krwią. Spodziewał się, że zrozumiemy, iż chleb przedstawia Jego ciało i że wino przedstawia Jego krew. W ten sposób uczestniczymy w złamanym ciele i przelanej krwi Odkupiciela.
Tak samo rzecz się ma z obranym przez nas tekstem. Jest wiele zapisów, przy których, podchodząc powierzchownie, zgubimy rzeczywistą myśl. Nasz tekst to jeden z takich urywków. Jezus nie miał na myśli: »Weź wszystko, co masz, sprzedaj i rozdaj uzyskane pieniądze tym, którzy są w potrzebie«. Nie to było Jego ideą. Wiemy, że nie, bo gdyby tak postąpił, musiałby zlekceważyć i złamać wiele napomnień Pisma Swiętego. Na przykład jeden werset stwierdza: „Nikomu nic winni nie bądźcie” [Rzym. 13:8]. Gdybyśmy sprzedali wszystko, co mamy, i dali biednym, musielibyśmy się u wielu zadłużyć – u masarza, u piekarza, w sklepie spożywczym, u gospodarza na wsi i u całej reszty. Jak mógłbym spłacić swoje życiowe zobowiązania, gdybym wszystko sprzedał i rozdał ubogim? I znów, Biblia mówi: „A jeśli kto nie dba o swoich, a zwłaszcza o domowników, wyparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego” [1 Tym. 5:8 BT]. Jeśli wszystko sprzedamy i rozdamy biedakom, jak zadbamy o własne rodziny? Jeśli stolarz potraktowałby to dosłownie, znaczyłoby to, że musiałby sprzedać wszystkie swoje narzędzia i że nie mógłby już pracować. Gdyby rolnicy mieli wszystko sprzedać, obejmowałoby to również urządzenia rolnicze, a więc nie mogliby już prowadzić gospodarstwa i zaopatrywać nawet swoich najbliższych. Gdyby gospodyni miała pozbyć się wszystkiego, także swoich przyborów kuchennych, na pewno nie mogłaby robić tego, co niezbędne dla jej rodziny. Jakże więc niedorzecznym byłoby sądzić, że Jezus miał na myśli dosłowne sprzedanie wszystkiego i rozdanie ubogim. To nie mogło być Jego zamysłem.
Ponadto wydaje się, że nie taki był punkt zapatrywania Jezusa, gdy rozmawiał z apostołem Janem. Pamiętamy, że podczas ukrzyżowania u stóp Jezusa znalazła się Maria, Jego matka, oraz apostoł Jan. Jezus, spojrzawszy na dół, poprosił Jana, żeby zatroszczył się o Jego matkę, teraz, gdy On sam musi ją opuścić. Zapis podaje, że od tego dnia Jan wziął matkę Jezusa do swego domu. Jezus nie odradzał mu posiadania domu. Nie powiedział: »Janie, jesteś niegodnym uczniem. Mówisz, że mnie kochasz, ale gdybyś mnie kochał, robiłbyś to, co ci powiedziałem. Powiedziałem ci, że masz sprzedać wszystko, co posiadasz, i dać biednym. Masz dom, którego nie sprzedałeś. Janie, nie jesteś wiernym uczniem. Ale teraz, skoro masz dom, możesz to dobrze wykorzystać. Niech będzie on domem dla mojej matki. Jeśli postanowisz postąpić lepiej, sprzedaj dom, pieniądze rozdaj biedakom, a matkę moją wyślij na ulicę«. To wywarłoby na nas takie wrażenie, że Jezus nie mógł mieć na myśli tego, co wielu Mu przypisuje. Także w słowach, które wypowiada w naszym tekście, musi być jakieś ukryte znaczenie, jakaś głębsza treść.
Nie ulega kwestii, że ów bogaty młodzieniec, do którego Jezus skierował w tej sytuacji swe słowa, odebrał je literalnie. Dostrzegł jedynie powierzchowny sens zastosowanego języka i odszedł zasmucony, ponieważ miał wiele majętności. Gdyby ten młody człowiek miał właściwy stan serca, powiedziałby: »Mistrzu, dziwna jest twoja rada. Mówisz, że mam sprzedać wszystko i rozdać biednym, a nie wydaje się, żeby to był mądry kierunek działania. Ja jednak, Mistrzu, pragnę czynić wolę Bożą. Byłoby to moim zdaniem dziwne, gdyby taka była wola Boga, ale jeśli tak jest, postąpię w ten sposób, o ile stanie się to dla mnie jasne«. Wierzymy, że Jezus powiedziałby: »Stanowisko twojego serca jest dobre. Powiem ci, jak sprzedać wszystko, co masz, i rozdać ubogim«.
Zanim dotrzemy do końca naszych obecnych rozważań, wykażemy, że w późniejszej życiowej sytuacji Jezus wyjaśnił owemu młodzieńcowi znaczenie swych słów. Mamy nadzieję wykazać wam, że na krótko przed ukrzyżowaniem Jezus miał kontakt z tym młodym człowiekiem i w sposób wystarczający wyjaśnił mu, co naprawdę miał na myśli, wypowiadając słowa naszego tekstu.
Weźmy pierwszą część tego tekstu. „Sprzedaj wszystko, co masz” Czy Jezus miał na myśli, żeby sprzedać wszystko jakiemuś człowiekowi? O nie! Nikt na tej ziemi nie mógłby kupić wszystkiego, co posiadamy. Są ludzie, którzy kupiliby nasz dom i działkę. Handlarze rzeczami używanymi mogliby kupić nasze meble. Handlujący starociami kupiliby może wszystkie nasze stare ubrania, materiały i co tam jeszcze byśmy mieli. Są też pracodawcy, którzy kupiliby dziesięć godzin naszego codziennego czasu. Ale mamy coś, czego żywa dusza nie kupi za żadną cenę.
Jest wszakże jedna istota, która gotowa jest kupić wszystko, co posiadamy, a mianowicie nasz Pan i Ojciec. On nie jest skłonny wziąć mniej niż wszystko, co mamy. Z Nim musi być „wszystko albo nic”. To dlatego, jak pamiętacie, mówi: „Synu, daj mi serce swoje”. Gdy Pan prosi cię, żebyś Mu dał swoje serce, to obejmuje to wszystko. Jak mawiamy w sentymentalny sposób, że pewna młoda dama oddała swoje serce jakiemuś młodzieńcowi. Oznacza to, że oddała samą siebie, aby zostać jego żoną. Gdy oddajemy swoje serce, oddajemy wszystko, ponieważ serce wszystkim zarządza. Gdy oddajemy nasze serce, oddajemy nasze oczy i nasze uszy, nasze ręce i nasze nogi, nasze umysły nasze siły, nasz język, nasze pieniądze, naszą pozycję i wszystko, co mamy. To jest istota rzeczy, przyjaciele, to sprawia, że człowiek staje się chrześcijaninem, a miejscem, gdzie oddajemy wszystko, co mamy, jest Pan.
W dawnych dniach Bóg nie prosił Żydów o tak wiele. Oni nie byli przygotowani, żeby oddać Panu wszystko, co mieli. On wiedział, że byłby to dla nich zbyt wielki krok. Prosił ich tylko o pewną część – o część dziesiątą, o dziesięcinę z tego, co posiadali. Prosił Żydów o jedną siódmą z ich czasu; jeden dzień z siedmiu. Prosił o oddanie pierworodnego ze stada i pierwocin z ich ziemi. To było wszystko, o co Bóg prosił Zydów. Jeśli ktoś tyle oddał, był Izraelitą, z którego Bóg mógł być zadowolony. Ale stwierdzamy, że chrześcijanina Bóg prosi o więcej.
Bóg nie prosi chrześcijanina o oddanie Mu jednego dnia spośród siedmiu, lecz o siedem z siedmiu. Bóg nie prosi chrześcijanina o jedną dziesiątą tego, co posiada, lecz o dziesięć dziesiątych. Wielu tych, którzy zwą się chrześcijanami, gotowych jest dać tylko tę mniejszą część. Wielu chrześcijan chełpi się, że oddają Panu jedną dziesiątą. Adwentyści Dnia Siódmego oddają Panu dziesięcinę; również mormoni. Tu i tam są jednostki, które przejmują to jako standard dla siebie. To, że oddają dziesięcinę, nie czyni ich chrześcijanami. To czyniłoby z nich Żyda. Nie w tym sensie, że wchodzą pod przymierze, jakie Bóg zawarł z Żydami, ale w sensie oddawania tego, czego Zakon wymagał od Żydów. Tacy nie tylko oddają jedną dziesiątą, ale oddają tę dziesięcinę bardzo chętnie.
Przywodzi mi to na pamięć pewne miejsce, w którym byłem na początku roku i gdzie znajduje się sekta wierząca w dawanie dziesięciny Panu. Gdy mówią, że dają to Panu, mają na myśli, że oddają to kościołowi. Jeden brat mi powiedział: »Ci ludzie są sumienni. Jeśli mają dziesięć krów, jedną sprzedają i pieniądze oddają na kościół. Jeśli mają dziesięć koni, jednego oddają Panu. Jeśli posiadają dziesięć akrów pszenicy, jeden akr przeznaczają zawsze dla Pana«. »Natomiast«, rzecze dalej ten brat, »dziwne wydaje się to, że chociaż zawsze oddają Panu dziesiątą część, to zauważyłem, że Pan dostaje zawsze tę część najbiedniejszą. Jeśli mają dziesięć krów, zawsze szacują tak, żeby Panu przypadła ta najnędzniejsza. Nigdy nie oddadzą Mu tej, która daje najwięcej mleka; Jemu dadzą tę najchudszą. Jak mają dziesięć koni i z jednym byłoby coś nie tak, to tego oddadzą dla Pana. Jeśli mają dziesięć akrów zboża, jeden oddają Panu, ale gdyby przeszedł huragan i zniszczył jakąś część, to zapewne przeznaczą dla Pana ziarno z tej uszkodzonej przez wichurę części pola. Pan dostaje nędzną dziesięcinę«. To nie jest usposobienie, którego poszukuje Pan; to nie jest nastawienie chrześcijanina. Pan szuka takiego nastawienia, które przejawia gotowość oddania Mu wszystkiego, co mamy – całej siły, czasu, środków, wpływów, wszystkiego.
Gdy mówimy o oddaniu Panu wszystkiego, nie znaczy to, że wszystko odrzucimy. Wielu sądzi, że jeśli dają coś Panu, to muszą to stracić. Myślą, że oddając Panu swoje dłonie, muszą je odciąć. Jaki byłby z tego pożytek? W rzeczywistości nie byłyby to już w ogóle dłonie. Dłońmi są one dopóty, dopóki tkwią w końcach nadgarstków. Jeśli je odetniemy, nie są już dłońmi. Pan chce, by pozostały na miejscu. Gdy oddamy Panu nasz język, nie mamy go wyrywać, ale ma on pozostać i służyć tak, jak On pokieruje. Myślę, że dobrze to ilustruje pewne zdarzenie, jakie miało miejsce na Srodkowym Zachodzie. Pewien człowiek głosił na rogu ulicy, a dookoła zebrał się spory tłum. Po jakimś czasie człowiek ten zaczął zbierać datki. Powiedział, że ludzie powinni dawać pieniądze dla Pana, że Pan potrzebuje ich pieniędzy. Jakiś mężczyzna podszedł do kaznodziei, trzymając w dłoni srebrnego dolara, i rzekł: »Czy uważasz, że Bóg potrzebuje tego dolara?«. Kaznodzieja odparł: »Tak«. Człowiek ten stwierdził: »Gdybym myślał, że Bóg potrzebuje tego dolara, dałbym Mu go«. Kaznodzieja na to: »Ależ to prawda; lepiej Mu go daj«. Tamten odpowiedział: »Dobrze, dam Mu go«. Kaznodzieja trzymał wyciągniętą rękę, żeby wziąć monetę, a ów człowiek dodał: »Powiedziałem, że dam go Panu, nie tobie. Być może spotkam Go wcześniej niż ty«.
Gdy dajemy Panu pieniądze, oznacza to, że mamy ich tak używać, jak życzyłby sobie tego Pan. Pan chce, żebyś część swoich pieniędzy przeznaczył na to, na co wydałbyś je tak czy inaczej. Jeśli nie oddasz Panu, będziesz musiał przeznaczyć ich część na żywność, odzież, koszty wynajmu itp. Czy sądzisz, że Pan chce, abyś tego zaniechał? Oczywiście, że nie. Znajdzie się parę rzeczy, których zechce On od ciebie za pieniądze, a których nie nabyłbyś, gdybyś nie oddał tych pieniędzy Panu. Itak samo będzie ze wszystkim.
Jeśli oddałeś Panu swój język, nie potrzebujesz go wyrywać. Dałeś go Jemu. Prawdopodobnie zechce On, żebyś mówił swym językiem rzeczy, które powiedziałbyś tak czy inaczej. Zechce też, żebyś mówił inne rzeczy, do powiedzenia których nie użyłbyś swego języka. On zechce, żebyśmy się powstrzymywali od mówienia rzeczy, które powiedzielibyśmy, gdyby nasz język należał do nas. To jest tak, jakbyśmy sporządzili dokument i zapisali wszystko Panu.
Gdy wszystko oddajemy Panu, nie musi to czynić z nas dziwaków. On chce, żebyśmy działali racjonalnie. Często myślę o przypadku pewnego człowieka z okresu średniowiecza, imieniem Szymon. Był on bardzo religijny. W mieście, gdzie żył, znajdowała się wysoka na 18 metrów kolumna; na jej szczycie była dość obszerna platforma. Jednego dnia oświadczył on ludziom, że chce żyć tak blisko Boga, jak to tylko możliwe i uznał, że na wierzchołku tej kolumny byłby o 18 metrów bliżej Boga niż tu, na ziemi, więc wejdzie na nią i pozostanie tam przez resztę swego życia. Wspiął się na szczyt i przeżył tam trzydzieści lat. Ludzie uważali, że jest niebywale świętym człowiekiem. Pielgrzymowali ze wszystkich zakątków Europy, żeby zobaczyć owego świętego. Ale to nie jest sposób, by zbliżyć się do Boga.
Niedawno temu byłem w Cripple Creek, które położone jest ponad 3000 m n.p.m. Jeśli człowiek, który wzniósł się na wysokość 18 metrów, żył bliżej Boga, to o ileż bliżej Niego muszą być ludzie żyjący w Cripple Creek? Gdyby ktoś jednak policzył bary w Cripple Creek, to by wątpił, czy ludzie żyją tam aż tak blisko Boga. Człowiek żyjący w najniżej położonej dolinie na ziemi i starający się podobać Bogu żyje bliżej Niego niż niejeden żyjący w najwyższych na ziemi górach, ale czyniący własną wolę.
Wygląda więc na to, że wciąż posiadamy wszystkie te rzeczy, które mieliśmy wcześniej. Nadal mamy nasze ręce; nadal mamy nasze nogi; nadal posiadamy oczy, uszy i język; wciąż mamy swoje pieniądze i nadal posiadamy swoje umiejętności czy swój dom. W ocenie świata nie ma różnicy między naszym uprzednim a obecnym stanem posiadania. Ale w oczach Boga i w waszych własnych jest różnica. Wszystko jest Jego.
To są Jego ręce, a to Jego nogi. Teraz więc pytamy: »Co chcesz, abym uczynił z tymi rękami i z tymi nogami? Dokąd mają mnie zanieść te nogi? Panie, oto Twoje uszy. Jakie jest Twe życzenie – czego mają słuchać? To są Twoje pieniądze. Jak mam je wydawać? Mój czas jest Twoim czasem. Jak zgodnie z Twym życzeniem mam go spędzać – te godziny, dni, tygodnie i miesiące?« Pan nie odpowie na głos. Nie usłyszysz, jak Pan ci mówi, żeby zrobić to czy tamto. Będziesz musiał to wydedukować. Droga twego rozumowania pokaże, na ile miałeś na myśli to, co powiedziałeś. Możesz, jeśli będziesz wolał, bardzo łatwo oszukać samego siebie, myśląc, że Pan chce, byś robił te rzeczy, których On sobie nie życzy. Jeśli jednak twoje serce jest prawe, poddasz swoje rozumowanie pod zarząd Pana.
Pan nie chce, żebyśmy wszyscy robili to samo. On nie chce, żebyś ty robił to, czego życzy sobie w stosunku do mnie. W poniedziałek rano muszę opuścić St. Paul, gdy tymczasem od ciebie Pan będzie może oczekiwał, że zostaniesz. Boża wola w twoim przypadku nie musi być wolą Bożą względem mnie.
Ktoś stwierdzi: »To się nie zgadza z tekstem. Powiedziałeś nam, żeby wszystko oddać Panu, natomiast tekst mówi o sprzedaniu wszystkiego«. Jaka jest różnica między oddaniem a sprzedaniem? Jest różnica; gdy coś sprzedajemy innym, otrzymujemy zapłatę; otrzymujemy rekompensatę i wynagrodzenie, dostajemy coś w zamian. Jeśli coś sprzedamy naszemu Panu, to co za to dostaniemy? Odpowiadamy, że zamierzamy otrzymać chwałę, cześć i nieśmiertelność – współdziedzictwo z Chrystusem Jezusem wraz ze wszystkim, co się w tym zawiera. Powiecie: »To dziwne; nigdy nie sądziłem, że musimy te rzeczy kupić. Myślałem, że Jezus kupił je dla nas, a nie że musimy je kupić«. Są różne punkty spojrzenia. Z jednego punktu widzenia Pan nam to daje. Z innego – Jezus kupił to dla nas dzięki swej wielkiej ofierze, a po trzecie – kupujemy to wszystko, gdyż oddajemy to, co mamy tutaj, aby móc chodzić śladami Pana. Nie lubimy mówić o kupowaniu, bo dajemy tak niewiele, a dostajemy tak dużo. Często przedstawiam to tak:
Wyobraźcie sobie, że rozmawiacie z bardzo bogatym człowiekiem, jak np. John D. Rockefeller. Przypuśćmy, że posiada on cudowną rezydencję, wartą milion dolarów lub więcej. Załóżmy, że pan Rockefeller zwraca się do was i mówi: »Co byś powiedział na pomysł kupienia ode mnie tej wartej milion dolarów posiadłości?«. Wy odpowiadacie: »Panie Rockefeller, to bardzo ładna posiadłość, ale nie mogę jej kupić«. On pyta: »Ile byś mi za nią dał?«. Wy na to: »Panie Rockefeller, nie mogę kupić tej posiadłości; jestem biedny«. On zapytuje: »Ale ile mi dasz?«. Odpowiadacie: »Mówię panu, że jestem tak biedny, że nie mogę kupić miejsca wartego milion dolarów«. On kontynuuje: »A ile masz pieniędzy?«. »Mówię, że jestem biedny, panie Rockefeller.« »No więc ile? Chcę wiedzieć, proszę, powiedz mi.« »Panie Rockefeller, skoro pan nalega, powiem. Mam tylko tego miedziaka, pięć centów.« On rzecze: »Jeśli mi dasz tego miedziaka, twoją pięciocentówkę, czyli wszystko, co masz, oddam ci moją milionową posiadłość za darmo i rozliczę wszystkie długi«. »0, na pewno pan żartuje; nie myśli pan chyba dać mi tego miejsca wartego milion dolarów za jedyne pięć centów!?« »Wiem, że miejsce to jest warte więcej niż pięć centów, ale jeśli oddasz mi wszystko, co masz, dam ci swoją posiadłość«. Odpowiadacie: »Nigdy nie spotkałem takiego człowieka jak pan, panie Rockefeller – zaoferować miejsce warte milion dolarów za pięć centów. To zdumiewające. Panie Rockefeller, chce pan cale pięć centów? Dam panu trzy za pańską posiadłość.« »Nie, nie oddam ci jej, jeśli nie dasz mi wszystkiego.« »Panie Rockefeller, dam panu cztery centy, jednego muszę zatrzymać dla siebie.« »Nie, jeśli dasz mi całe pięć centów, rezydencja będzie twoja, jeśli nie, nie dostaniesz jej.« Czy nie byłoby to głupie? Taka jest postawa wielu chrześcijan. Wiedzą, że Bóg chce od nich wszystkiego, co mają. Wiedzą, że to, co posiadają, jest niczym w porównaniu do tego, co dostaną w Królestwie, a mimo to próbują targować się z Bogiem, by się przekonać, czy nie dostaną tego taniej.
Wracając do przykładu. Przypuśćmy, że dałeś panu Rockefellerowi swoje pięć centów; jak sądzisz, w jaki sposób będziesz o tym opowiadać? Załóżmy, że spotykasz przyjaciela – czy powiesz: »Witaj, jak się masz; wpadnij do mnie. Mieszkam w tej ślicznej rezydencji Rockefellerów za milion dolarów. Kupiłem ją któregoś dnia za swoje własne pieniądze«? Nie, sądzę, że powiesz: »Mieszkam w posiadłości pana Rockefellera. Pan Rockefeller dał mi ją«. Przyjaciel mówi: »Słyszałem, że ją kupiłeś«. Ty odpowiesz: »0 tak, pan Rockefeller tak to przedstawia; jest zbyt łaskawy. Jak sądzisz, czym miałem mu zapłacić? Dałem mu miedziaka, a on dał mi tę posiadłość«.
Tak jest też z nami chrześcijanami. Gdy dostaniemy się do nieba, to czy myślicie, że powiemy spotkanym tam aniołom: »Tutaj mam chwałę, cześć i nieśmiertelność, bo sam to kupiłem«? Czy tak powiemy? Nie, stwierdzimy: »To zdumiewające, ale Pan mi to dał«. Aniołowie zapytają: »Nie kupiłeś tego?«. Wtedy odpowiemy: »To Pan tak mówi w swoim Słowie, ale gdybyście widzieli tę kupkę rupieci, jaką Mu dałem, nie pomyślelibyście, że to kupiłem«.
Z jednego punktu widzenia Pan daje nam to wszystko; z innego – ofiara Jezusa nabywa to dla nas; a jeszcze z innego nabywamy to za wszystko, co posiadamy. To jak dostanie czegoś za nic. Otrzymujemy wszystko w zamian za tak niewiele. Gdy staramy się o zaszczyty, wpływy; przyjemności i pragnienia tego świata, ryzykujemy utratę czegoś, co jest warte więcej, niż nabyć można za bogactwa milionów światów.
Tak bardzo się cieszę, że Bóg zawarł z nami tę umowę, że jeśli jesteśmy gotowi oddać nasze życie, ze wszystkim, co posiadamy, Jemu, by czynić Jego wolę, wówczas nasze dziedzictwo będzie takie wspaniałe, takie chwalebne i takie nieprzebrane – że uczyni nas dziedzicami Boga i współdziedzicami z naszym Panem Jezusem Chrystusem. Mamy oczywiście świadomość, drodzy przyjaciele, że Pan nas sprawdza. Doświadcza nas, żeby się przekonać, czy będziemy się trzymać umowy; czy wrócimy z powrotem do świata, czy powiemy, że jest nam przykro, że się na to zgodziliśmy, czy stwierdzimy: »Szkoda, że nie obiecałem Panu tylko części z tego, co mam«. On chce zobaczyć w nas takie nastawienie, które orzeknie: »Cieszę się, że uczyniłem to poświęcenie i mam zamiar wytrwać w nim do końca«. Jeśli tak będzie, otrzymamy owo chwalebne dziedzictwo w zmartwychwstaniu.
Pomyślmy następnie o błogosławieństwie, jakie dostajemy podczas oczekiwania. Lubię werset, który mówi: „Zniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne” [Jan 4:36 BT]. Zdaje się, że myśl jest taka, iż otrzymujemy zapłatę już tutaj, a rzeczywistą rzecz dostaniemy później. Otrzymany zarobek jest pełnym ekwiwalentem za pełnioną służbę. Pan wy- płaca nam nasze wynagrodzenie bardzo porządnie. Gdybyśmy nie dostali nic poza tym, itak otrzymujemy więcej, niż warta jest nasza służba. Następnie, po zapłaceniu nam poznaniem Jego planu, społecznością, jaką mamy z Nim i z Jego ludem oraz pokojem i radością, jaką wlewa On do naszych serc, nadejdzie najwspanialsza rzecz: „przeogromna obfitość wiekuistej chwały” [2 Kor. 4:17 NR]. Teraz rozumiemy, że każde naprawdę poświęcone dziecko Boże sprzedaje wszystko, co posiada.
Przejdźmy do kolejnego kroku. „Sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim” Co to oznacza? Kim są ubodzy? Niektórzy ludzie mówią: »Są to ci, którzy nie mają pieniędzy, żeby zapłacić za mieszkanie w następnym miesiącu i nie wiedzą, skąd je wziąć. Są to ludzie, którzy nie wiedzą, skąd wziąć, żeby wystarczyło jutro na jedzenie«. To jest, drodzy przyjaciele, tylko część ubogich. „Ubodzy” oznaczają cały rodzaj ludzki. Oto taki biedny człowiek Rockefeller. Nie jest on biedny w tym sensie, że nie może zaspokoić swoich potrzeb życiowych, które da się nabyć za pieniądze, ale jest biedny ze względu na inne rzeczy. Pomyślcie o jego biednym zdrowiu; pomyślcie, jakich kłopotów przysparzają mu jego pieniądze. »Biedny pan Rockefeller.« Pomyślcie o biednym Andrew Carnegie. Tam oto – biedny J. P. Morgan; nie ten, który teraz żyje, ale ten, który umarł. Nikt nie jest biedniejszy niż umarli. To fakt, cały świat jest ubogi, ale nie wszyscy w taki sam sposób. Niektórzy są ubodzy duchowo, inni ubodzy moralnie, inni biedni fizycznie. Niektórzy są ubodzy w takim, drudzy w innym sensie, ale wszyscy są ubodzy.
W Objawieniu czytamy o takich, którzy mówią: „Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi” [Obj. 3:17 BT]. Uświadomiłem to sobie w minionym roku. Podróżowałem pociągiem i w przedziale spotkałem chorego umysłowo człowieka, który był wieziony do zakładu dla psychicznie chorych. Jak większość obłąkanych, mówił w sposób pokrętny. Wiedział, że jest psychicznie chory i że jechał do zakładu. Był z nim mężczyzna, który się nim zajmował. Upił się i był pijany. Chory powiedział jedną sensowną uwagę i szczerze się przy tym ubawił; stwierdził: »Czy nie jest to osobliwa kombinacja? To ja jestem chory, a on wiezie mnie do zakładu dla obłąkanych, ale on jest pijany i to ja muszę na niego uważać, żeby nie zrobił sobie krzywdy«. Był to biedny, chory człowiek, opiekujący się biednym, upitym człowiekiem – biedny pijak zajmował się biednym obłąkanym. Niektórzy są fizycznie tak biedni, że muszą iść do szpitala, a niektórzy są tak biedni umysłowo, że muszą iść do szpitala dla psychicznie chorych, gdy zaś inni są tak biedni finansowo, że muszą iść do przytułku dla ubogich. Niektórzy z tych, co są ubodzy pod względem finansowym, są w stanie zajmować się tymi, którzy są ubodzy pod względem umysłowym. Gdzie nie popatrzysz, wszędzie bieda. Ten świat jest biedny. Ubóstwo finansowe nie jest jeszcze najgorsze z możliwych.
Chociaż cały ten świat jest biedny, istnieje pewna grupa, która stanowi wyjątek. Są to ci, którzy idą śladami Jezusa. Oni są prawdziwie bogaci. Pan mówi o nich: „Znam twój ucisk i ubóstwo – ale ty jesteś bogaty” [Obj. 2:9 BT]. Oni są bogaci w wierze, bogaci w Chrystusie. Są bogaci, ponieważ złożyli swój skarb w niebie, gdzie złodzieje nie mogą się włamać i go ukraść, gdzie mole go nie zjedzą i rdza nie popsuje [Mat. 6:20].
W ciągu ostatnich dziewiętnastu stuleci Bóg udzielał bogatym, nie dawał zaś biednym. Jeśli człowiek jest tak biedny, że nie ma wiary, Bóg nie może mu wiele dać. Można mu dać pieniądze, ale to nie jest dużo. Można mu udzielić zaszczytów tego świata, ale czymże one są? Rzeczy, które naprawdę się liczą, Bóg daje tylko bogatym. Dlatego też mówi: „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dane” [Mat. 25:29 NB]. Czyli tym, którzy mieli, Bóg dawał przez ostatnie tysiąc dziewięćset lat. Wiek ten się kończy, a po nim nastanie inny, który będzie odmienny.
W ciągu Wieku Ewangelii Bóg dawał bogatym, ale w Wieku Tysiąclecia będzie dawał biednym. Biednym zmarłym da życie. „Wszyscy w grobach usłyszą głos jego [Syna Człowieczego]; i wyjdą” [Jan 5:25-29 NBI. Biednym ślepym da wzrok. „Wtedy otworzą się oczy ślepych.” Biednym głuchym – słuch. „Otworzą się też uszy głuchych.” Biednym chromym – zdolność używania kończyn. „Wtedy chromy będzie skakał jak jeleń” [Izaj. 35:5-6 NB]. Ci, którzy nie są chromi, nie mogą teraz skakać jak jeleń, ale wówczas chromy zostanie przywiedziony do takiego stanu. Rodzaj ludzki zostanie uwolniony od wszystkiego, co odziedziczył po swoich przodkach, a co było dla nich niekorzystne. Już nie będą więcej mówić: „Ojcowie jedli grona cierpkie, a synów zęby ścierpły” [Jer. 31:29].
Biednym ludziom, którzy byli w niewoli własnych grzechów, Bóg da sposobność wyzwolenia. Jakże to cudowne, że obecny Wiek Ewangelii był wiekiem dawania bogatym i że w Wieku Tysiąclecia Bóg będzie dawał biednym. Ci, którzy teraz sprzedają to, co mają – w takim sensie, jak przedstawiamy to dziś wieczorem – będą wraz z Jezusem pomagać biednym następnego wieku; będą dawać ludziom umarłym życie, ludziom chorym zdrowie, ułomnym – doskonałość na ludzkim poziomie. Dlatego mamy powiedziane w Izaj. 49:9, że ci, którzy są z Jezusem, powiedzą do więźniów: „Wyjdźcie!”. Będą pomagać Mistrzowi udzielać ludziom wiedzy, dawać ślepym wzrok, głuchym słuch, chromym sprawność kończyn. Będą asystować Mistrzowi w obdarzaniu ludzi miłością, która przyciągnie i przybliży ich serca nawzajem ku sobie.
Zaczynamy pojmować, że właśnie tego świat potrzebuje. Ludzie potrzebują zbliżyć się do Pana i do siebie w miłości. Tego potrzebują bardziej niż pieniędzy. Gdy mówię o tym, przypomina mi się pewne zdarzenie z Detroit, które uwypukla omawianą kwestię. Mieliśmy tam wykład zatytułowany: „Pewne niespodzianki zmartwychwstania”. Gdy skończyliśmy, podeszła pewna dama i powiedziała: »Pański wykład bardzo mnie rozczarował«. Byłem ciekaw przyczyny tego rozczarowania. Ona kontynuowała: »Poniosłam dotkliwą stratę. Gdy zobaczyłam, że będzie pan mówił o niespodziankach zmartwychwstania, pomyślałam, że może zaoferuje mi pan jakąś pociechę, ale wychodzę tak samo niepocieszona i smutna, jak przyszłam«. Rzekłem: »Bardzo mi przykro. Gdyby mi pani podpowiedziała, cóż to były za okoliczności, może będę mógł zaoferować jakąś pociechę. Zechce mi pani opowiedzieć o tym doświadczeniu?«. Kobieta powiedziała: »Jakiś czas temu przydarzyła mi się bolesna strata. Straciłam bardzo milutkiego szczeniaczka i od tamtej pory nie mogę zaznać ani odrobiny pokrzepienia. Gdy dowiedziałam się, że ma pan zamiar mówić na temat niespodzianek zmartwychwstania, pomyślałam, że może jedną z takich niespodzianek, o których będzie mowa, stanowi zmartwychwstanie dla psów; wówczas odzyskałabym swojego Fido. 0, gdybym go mogła otrzymać z powrotem – jakże byłabym szczęśliwa Ale skończył pan swój wykład, nie powiedziawszy ani słowa, że psy powstaną z martwych«.
Ja zaś powiedziałem: »Problem polega na tym, że rasa ludzka nie przejawia właściwej miłości i zainteresowania dla siebie nawzajem. Pojawił się grzech i spowodował obcość jednych ludzi względem drugich. Kobiety i mężczyźni przeżywają tak wiele rozczarowań w związkach z innymi ludźmi, iż dzisiaj ogromnie dużo ludzi zdaje się mieć poczucie, że ich sympatie lepiej zostaną odwzajemnione przez koty, psy, konie niż przez istoty ludzkie. Odwiodło ich to daleko od towarzystwa ludzi i pociągnęło w stronę zwierząt. Gdy w zmartwychwstaniu powstaną i jeśli jako ludzie mieliby mieć te same uczucia w swoich sercach, to potrzebowaliby kotów i psów, żeby być szczęśliwymi, ale nie tędy droga. Gdy zmartwychwstanie przywróci zmarłych, ludzie będą lgnąć jedni do drugich. Człowiek rozwinie uczciwość i szczerość, jakich mu teraz brakuje i w konsekwencji rasa ludzka odczuje wzajemne przyciąganie w taki sposób, jaki w niewielkim wymiarze manifestowany jest już dzisiaj. Ludzie nie będą wtedy chcieć powstania swoich kotów i psów, ponieważ odczują zainteresowanie ze strony innych istot ludzkich i nie będą przejawiać takiego samego zainteresowania zwierzętami, jak czynią to obecnie«. Sądzę, że pomaga nam to zrozumieć, jak biedny jest świat. Nie chodzi o brak pieniędzy. Gdy jakaś rodzina straci kogoś ukochanego, nie da się zalewem pieniędzy uleczyć rany, ale chcą oni, żeby ich droga osoba wróciła. Gdy człowiek traci kończynę w wypadku, nie chce pieniędzy, żeby sobie kupić protezę; on chce mieć nową kończynę.
Wyobraźmy sobie, że ktoś sprzedał wszystko, co miał, i uzyskał 50 tys. dolarów – ile suma ta znaczyłaby dla biednego pana Rockefellera? On sam ma więcej. Co by to znaczyło dla biednego pana Andrew Carnegie? Gdyby pieniądze mogły zrobić z niego chrześcijanina, już dawno by nim był. Czym byłoby owe 50 tys. dolarów dla biednego pana J. P. Morgana? Można by kupić kilka nowych kwiatów i położyć na jego grobie. Gdybyśmy w tym sensie sprzedali wszystko, co mamy, nie udałoby nam się dać tego biednym w sposób efektywny.
Dawanie nie jest skuteczne, chyba że dzięki naszemu dawaniu ludzie nie będą już dłużej biedni. Gdy Chrystus i Kościół zakończą dawanie, biedny świat już nie będzie dłużej biedny. Wszyscy w niebie będą bogaci i wszyscy na ziemi również. Ci, którzy nie staną się bogaci, będą zniszczeni. Bogatymi będą wszyscy ludzie, którym dozwolone będzie żyć wiecznie. Nie będą bogaci, jeśli spojrzeć na to przez pryzmat dolarów i centów, ale będą bogaci ze względu na rzeczywiste, trwałe wartości.
Zauważamy, że później Jezus wyjaśnił to bogatemu młodzieńcowi. Możliwe, że niektórzy z was pamiętają sugestię brata Russella, którą już dość dawno temu przedstawił w The Watch Tower, jakoby ów młody, bogaty człowiek to Łazarz, brat Marii i Marty. Nie ma wersetu, który by twierdził, że ten młodzieniec to Łazarz, ale jest wiele podobieństw, które na to wskazują. Na przykład to, że Łazarz był młody i bogaty Wiemy, że był bogaty, na podstawie grobu, w jakim został pochowany. Tylko bogaty mógł być złożony w takim grobie. Pamiętacie, że trzeba było usunąć kamień zamykający wejście. Pamiętacie, że Maria pomazała Mistrza drogim olejkiem, a tylko bogaci mogli sobie na to pozwolić. Mieli dom, w którym mogli podejmować Mistrza i sprawiać, że czuł się tam wygodnie w ostatnich dniach swego życia. Myślę, że są dobre podstawy, by uważać, że bogaty młodzieniec i Łazarz to ta sama osoba. Dalej, ten bogaty młodzieniec był faryzeuszem. Wiemy to stąd, że twierdził, iż od dzieciństwa zachowywał wszystko, co było napisane w Zakonie. Tak utrzymywali faryzeusze. Zaraz się przekonamy, że Łazarz również był faryzeuszem. W jednej z Ewangelii powiedziane jest: „A Jezus spojrzawszy nań, rozmiłował się go” [Mar. 10:21]. Pamiętamy, że gdy Maria i Marta posyłały po Niego, rzekły: „Ten, którego miłujesz, choruje” [Jan 11:3]. Wszystkie te podobieństwa uprawniają nas do myślenia, że ów bogaty młodzieniec to naprawdę Łazarz.
W Mat. 26, jak i w pozostałych trzech Ewangeliach, czytamy o pewnym zdarzeniu, które miało miejsce przy końcu życia Odkupiciela. Urządzono wieczerzę w domu niejakiego Szymona i Jezus z uczniami zostali zaproszeni. W jednej Ewangelii jest powiedziane, że wieczerza odbyła się w domu Szymona; w innej, że w domu Szymona faryzeusza, w jeszcze innej, że w domu Szymona trędowatego, a w kolejnej, że w domu Marii, Marty i Łazarza. Szymon był prawdopodobnie ich ojcem. Czytamy też, że Łazarz tam był, jako że niedawno Jezus go wskrzesił (Jan 12:2). Pismo Święte podaje, że w czasie gdy Jezus siedział za stołem, weszła kobieta, która miała alabastrowy pojemnik z bardzo kosztowną maścią i wylała ją na Niego podczas posiłku. Dwie Ewangelie podają, że wylała tę maść na Jego głowę, a dwie, że na Jego stopy. Sądzimy, że było uczynione jedno i drugie. W tamtych czasach przy stole przyjmowano pozycję półleżącą. Ci, którzy znajdowali się po jednej stronie Jezusa, zauważyli bardziej szczegółowo, że maść została wylana na Jego głowę, gdy zaś ci, co byli po drugiej stronie, widzieli szczególnie to, że olejkiem były pomazywane Jego stopy. Można przypuszczać, że część wylała ona na Jego głowę, częścią pokropiła Jego szaty, a resztę wylała na stopy; wytarła Jego stopy swoimi włosami. Mamy powiedziane, że kobietą tą była Maria.
Gdy cofniemy się do zapisu siódmego rozdziału Ewangelii Łukasza, znajdziemy tam odniesienie do tej kobiety jako do grzesznicy, kobiety o wątpliwej reputacji. Gdy Szymon zobaczył jej zachowanie, powiedział: „Gdyby ten był prorokiem, wiedziałby, kim i jaka jest ta kobieta, która go dotyka, bo to grzesznica” [Łuk. 7:39 NB]. Ktoś powie: »Z pewnością nie mówiłby tak o swojej własnej córce«. Tak, to była jego własna córka. Szymon był bardzo surowym człowiekiem, jak większość faryzeuszy. Córka nie chciała być taka, jak życzyłby sobie tego jej ojciec. Bez względu na to, czy była tak zła, jak przedstawia to zapis, czy ojciec mówi w ten sposób dlatego, że nie przestrzegała ona sabatu tak ściśle, jak chciał on i dlatego ojciec uważał ją za grzesznicę – wiemy, że była jego córką, bo inaczej nie pozwoliłby jej przebywać w swoim domu. Gdyby była obcą kobietą, o złej reputacji, nie zezwoliłby jej się tam znajdować i odesłałby ją. Musiała być jego córką.
Chcemy podkreślić rzecz następującą: Chociaż maść została wylana na Jezusa, niektórzy z uczniów narzekali, a szczególnie Judasz. Mówili: „Na cóż ta strata? Przecież można było to drogo sprzedać i rozdać ubogim” [Mat. 26:8-9 NB]. Jezus powiedział owemu bogatemu młodzieńcowi: „Sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim”: Wyobrażam sobie Łazarza, jak mówi: »To samo powiedział mi kiedyś Jezus. Gdy zapytałem, co zrobić, żeby otrzymać życie wieczne, On rzekł: Idź, sprzedaj, co masz, i rozdaj ubogim. Prawdopodobnie Jezus rozumował: Teraz mam okazję wyjaśnić to Łazarzowi. Gdy mu powiedziałem, żeby odszedł, sprzedał, co posiada, i rozdał ubogim, miałem na myśli coś, co nie jest tak z wierzchu widoczne. Odszedł on wtedy smutny, bo miał wiele bogactw. Teraz mu to objaśnię«. W opisie mamy zaledwie parę słów, ale może Jezus udzielił dłuższego wyjaśnienia. Jezus rzekł: „Czemu wyrządzacie przykrość tej niewieście? Wszak dobry uczynek spełniła względem mnie. Albowiem ubogich zawsze macie wśród siebie, ale mnie nie zawsze mieć będziecie” [Mat. 26:10-11 NB].To tak, jakby powiedzieć: »Ubogim macie dać po tym, jak dacie mi«.
Ale skoro Jezus umarł, to czy nadal mamy szansę, by Mu coś dać? Tak. Ale Jezusa tu nie ma. To prawda, ale są Jego przedstawiciele i gdy służymy Jego naśladowcom, służymy Jezusowi. To dlatego Jezus rzekł do Saula: „Saulu, Saulu, dlaczego mnie prześladujesz?”: Jak Saul mógł prześladować Jezusa, gdy nie było Go już na ziemi? Saul prześladował naśladowców Jezusa – członków Jego Ciała. Gdy prześladował ich, prześladował Jezusa.
Jeśli wy i ja wylewamy z serca sympatię, miłość i służbę na tych, którzy idą za Jezusem, wylewamy to również na Niego. On traktuje to właśnie w ten sposób. Wylanie olejku na Jezusa przez tamtą kobietę pięknie obrazuje Kościół. Gdy wylała olejek na Jego głowę, symbolizowała miłującą usługę wyświadczaną samemu Jezusowi przez Jego naśladowców. To, że olejkiem zostały pokropione Jego szaty, obrazuje, że w ciągu Wieku Ewangelii niektórzy z członków Kościoła pomagali kropić wonność miłości i sympatii na tych, co idą za Jezusem. A gdy wylała to, co pozostało, na Jego stopy, wskazuje to na czas, gdy pomazanie obejmuje członków Ciała ukazanych w stopach. Uważamy, że członkowie stóp Ciała również mają dział w tych wonnościach; wylewane są one na nich, by ich przygotować do ukończenia biegu i żeby mogli się połączyć z Panem za zasłoną w chwale Jego Królestwa.
Gdy ostatni członek Ciała przejdzie za zasłonę, nie będziemy już dłużej mogli wylewać na Kościół zawartości alabastrowych pojemników. Nie będą jej oni potrzebować. Będą uwielbieni, a wtedy nastanie nasza szansa rozdawania ubogim. Biedni tam się wówczas znajdą i jakaż to będzie wspaniała sposobność. Biedni umarli powstaną. Będą tam panowie Rockefeller, Carnegie, Morgan, George Washington, Napoleon. Wszyscy tacy jak oni tam będą, aby brać z rąk tej uwielbionej klasy. Oznacza to, drodzy przyjaciele, że cała ludzkość zostanie obdarzona dalszymi błogosławieństwami. Nie będzie nikogo, kto ich nie otrzyma.
Pamiętamy, jak anioł ogłosił: „Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem wszystkiego ludu” [Łuk. 2:10 NB]. Pamiętacie, że Pan również mówił o Jego radości. W jaki sposób Pan mówił o Jego radości? Jego radością będzie obdarowanie ludzi błogosławieństwem. Jak to Jezus powiedział swoim naśladowcom? „Wejdźcie do radości ludzi”? O nie! „Wejdź do radości Pana swego” [Mat. 25:21 NR]. Modlę się, „aby mieli w sobie moją radość w pełni” [Jan 17:13 NR]. To będzie wielka radość – móc towarzyszyć naszemu Odkupicielowi w tym wspaniałym dziele.
St. Paul Enterprise, 7 stycznia 1916