Zniechęcenie

      Konwencja Badaczy Pisma Świętego w Oakland, San Francisco, Kalifornia, 29 maja – 6 czerwca 1915.

      Drodzy przyjaciele, dzisiejszego popołudnia tematem naszym będzie zniechęcenie. Nasz tekst znajduje się w Liście ap. Pawła do Galacjan, rozdział szósty, werset dziewiąty: „W czynieniu dobrze nie ustawajmy, bo gdy pora nadejdzie, będziemy zbierać plony, o ile w pracy nie ustaniemy” (Gal. 6:9 BT).

      Jeśli Pan pozwoli, mamy nadzieję przeprowadzić dziś z wami zaawansowany kurs zachęcania. Mamy zamiar przejść z wami przez cały program uniwersytecki, a po zakończeniu przyznamy najwyższy stopień naukowy doktora teologii każdemu, kto wziął w tym kursie udział. Wiemy, że niektórzy z naszych przyjaciół duchownych, w różnych odłamach Babilonu, idą do seminariów i spędzają w nich cztery lata lub dłużej, a gdy kończą naukę i podejmują swoje obowiązki, mają prawo do tytułu doktora teologii. Nawet jak już go mają, nie jest on wiele wart. Chcę dzisiaj zwrócić waszą uwagę na ów tytuł doktora teologii, gdyż jest to wielka rzecz. Każdy, kto szczerze podejdzie do istoty tego, o czym będziemy mówić, czyli jak być godnym tytułu doktora teologii, przekona się, że bardzo mu to pomoże w czynieniu swego powołania i wybrania pewnym.

      Czuję, że zniechęcenie jest jednym z największych wrogów, z jakimi dziecko Boże musi walczyć. A jednak, choć może się to wydawać dziwne, tylko nieliczni naprawdę oceniają niebezpieczne właściwości zniechęcenia. Są bracia, którzy walczą z pychą, samolubstwem, złośliwością, zazdrością, nienawiścią, kłótliwością i wszelkimi rodzajami złego wpływu, szeroko otwierając swe ramiona i przyzwalając na zniechęcenie, jakby było ono jednym z ich dobrych przyjaciół. Często się przekonuję, że jest tak z wieloma kwestiami w Słowie Bożym. Znajdujemy jakiś fragment i wszystko nam w nim pasuje, z wyjątkiem jednego małego słówka, które całkowicie ignorujemy. Przypomina mi się brat, który mi kiedyś powiedział: »Bracie Barton, stanowi dla mnie zagadkę, gdy zauważam, że braterstwo modlą się o owoce ducha – modlą się o łagodność, modlą się o pokorę, modlą się o cierpliwość, modlą się o miłość, gdy tymczasem jednym z najprzedniejszych owoców ducha jest radość, a nie wiem, czy w całym swoim życiu słyszałem, żeby ktokolwiek modlił się o radość«. Pomyślałem, że w istocie jest to prawdą. Ta sama myśl pojawia się w związku ze zniechęceniem. Wielu spośród Pańskiego ludu nie pomyślałoby ani przez chwilę o przyzwoleniu, by pycha znalazła oparcie w ich charakterze. Nie pomyśleliby o przyzwalaniu na wniknięcie samolubstwa czy na wzrost ziemskich ambicji, ale gdy wkracza zniechęcenie, zdają się oni z tego cieszyć. Nigdy nie myślą, by z nim walczyć.

      W rzeczywistej wojnie dwie armie walczą przeciwko sobie. Jeden dowódca rozkazuje kilku oddziałom swojej armii zatoczyć krąg i od tyłu zaatakować drugą armię. Wróg dowiaduje się od razu, że został zaatakowany z dwóch stron, od frontu i od tyłu, a nie mogąc walczyć w obu kierunkach jednocześnie, doznaje druzgocącej klęski. Jest to jedna z częściej stosowanych metod „owego złośnika Sprawia on, że jesteśmy zajęci walką z samolubstwem, pychą, złością i innymi złymi cechami, a potem stwierdza: »Sądzę, że teraz go dostanę. Wyślę kilka oddziałów zniechęcenia, żeby go otoczyły od tyłu, a potem zaatakuję go i padnie«. Zapamiętajmy, że zwalczanie zniechęcenia, dawanie odporu zniechęcającym sugestiom jest takim samym odpieraniem zła jak walka z pychą, samolubstwem czy z każdą inną złą cechą.

      Zauważamy, że bardzo wielu ludzi nie pojmuje w sposób właściwy, czym jest zniechęcenie. Bardzo często za zniechęcenie uważa się depresję, która jest wynikiem fizycznej bądź psychicznej choroby. Nie sądzimy, drodzy przyjaciele, że to jest zniechęcenie. Chcemy sobie naprawdę uzmysłowić, czym zniechęcenie jest, żebyśmy mogli walczyć z realnym przeciwnikiem. Można mówić o trzech rodzajach zniechęcenia. Pierwszy to taki rodzaj zniechęcenia, który bierze się z tego, co Bóg uczynił lub czego nie uczynił. Drugi to rodzaj zniechęcenia będącego rezultatem tego, co zrobił lub czego nie zdołał zrobić ktoś inny. Trzeci to taki rodzaj zniechęcenia, który wynika z tego, co zrobiłeś ty sam lub czego ci się nie udało zrobić. Uważamy, że rozważając zagadnienie zniechęcenia, będzie dla nas najlepiej wyraźnie sobie uświadamiać te trzy odrębne rodzaje zniechęcenia, jakkolwiek naszym szczególnym celem dzisiejszego popołudnia jest podkreślenie tej trzeciej formy zniechęcenia.

      Zniechęcenie powodowane jest przez wiele różnych czynników. Pycha może spowodować zniechęcenie. Ktoś może się zniechęcić, gdyż nie spotyka go oczekiwany zaszczyt ze strony braci lub świata, a pycha rodzi pragnienie posiadania takiego zaszczytu. Czasem zniechęcenie bierze się z samolubstwa, ponieważ ktoś chciwie pożąda czegoś, do czego nie ma prawa i jest zniechęcony, że nie udaje mu się tego zdobyć. Uważam, że są trzy przyczyny, które najczęściej powodują zniechęcenie pomiędzy ludem Bożym. Pierwszą jest niewiedza, drugą brak rozwagi, a trzecią zwątpienie. Przypuszczam, że zgoła największa część zniechęceń, z jakimi musi borykać się lud Boży, nie jest wynikiem niewiedzy czy braku wiary, lecz w wielkiej mierze rezultatem braku rozwagi – nieumiejętności takiego jak należy postrzegania określonych spraw. Wiem, że dla pewnych części Stanów Zjednoczonych, po których podróżowałem, wspólne było doświadczenie znacznego zniechęcenia wśród rolników. Mówili oni np.: »Nie wiem, co tym razem zrobimy. Obawiam się, że nie wystarczy nam na przeżycie. Susza zrujnowała całe nasze plony«. Słyszałem to tak wiele razy, że już się tego spodziewam, jadąc w tamte strony. W moim pojęciu jest to w wielkim stopniu wynik braku rozwagi. Zapominają oni, że co roku mają prawie takie samo doświadczenie. Zapominają, że każdego roku, nawet jeśli plony nie wypadną tak, jak się spodziewali, zbierali przynamniej tyle, że nie było głodu. Wydaje się, że gdyby trochę więcej pomyśleli, uniknęliby tych smutnych odczuć, tego poczucia zniechęcenia. Mogliby wówczas stwierdzić: »To wszystko zdarzało się już przedtem. Wcześniej też miewaliśmy marne plony; miewaliśmy susze i różne szkodniki atakowały nasze zbiory, ale zawsze jakoś sobie radziliśmy i myślę, że tym razem też damy sobie radę«. Nie chcemy przez to powiedzieć, że nie może nadejść czas, iż spadnie na nich klęska, która okaże się większa, niż przewidywali w swoim zniechęceniu, jednak często ich zniechęcenie było przeważnie skutkiem braku rozwagi wyrażającej się w nieumiejętności przypomnienia sobie, że to wszystko już się wcześniej zdarzało i że zawsze udawało im się przez to przejść.

      Wydaje mi się, że tajemnica pokonywania zniechęcenia polega na tym, żeby być myślącym, pamiętać i rozważać różne rzeczy, dane nam przez Boga jako antidotum na tę złą skłonność. Zdaje mi się, że jeśli w całym wszechświecie istnieje ktoś, kto ma poważny powód, by być zniechęconym, to jest nim Bóg. Wy i ja mamy próby i gdy wyniki są mizerne, czujemy się mocno zniechęceni. Ale pomyślcie, czym od wielu tysięcy lat zajmuje się Ojciec Niebieski. Dlaczego On nie jest zniechęcony? Pomyślcie o ogromnej liczbie Biblii, jakie wydrukował, a przecież tylko nieliczni odnieśli z nich w jakimś większym stopniu korzyść. Dlaczego On się nie zniechęcił? Spójrzcie, jak postępuje od setek lat z synami Izraela; jak wy- wiódł ich z Egiptu i prowadził przez pustynię, dając im w końcu posiadłość w ziemi kananejskiej, chociaż zatwardzili oni swoje serca. Dlaczego nie był zniechęcony? Popatrzcie na te cudowne rzeczy, które wyrastają z ziemi i jak marnotrawstwo człowieka je niszczy.

      Wzrastanie przez setki lat pozwala drzewu osiągnąć wielką wysokość. Gdy urośnie, człowiek wkracza z siekierą i ścina je w kilka minut. Chce zrobić z niego coś lepszego; może wykona zeń pudełko na cygara lub coś podobnego. Gdyby Pan posiadał niektóre z cech, które my mamy, byłby już dawno zniechęcony, gdyż ewidentnie ma mnóstwo podstaw do zniechęcenia. Nasz Bóg posiada wiarę i pamięta wielki plan, jaki ma na uwadze. Pamięta, jakie ma być jego zwieńczenie; pamięta, że ostatecznie wszystkie rzeczy przyczynią się łącznie do dobrego. Pamięta ów wspaniały sposób, w jaki wszystko zostało wywiedzione dokładnie tak, jak zaplanował i ma przekonanie, że cała reszta zostanie przeprowadzona tak samo ściśle i dokładnie. Ponieważ pamięta o tych sprawach, nie ma w Nim zniechęcenia. Jeśli Bóg nie jest zniechęcony, my też nie mamy powodu, by się zniechęcać.

      Chcemy pomówić nieco o tych trzech różnych formach zniechęcenia. Najpierw omówimy krótko zniechęcenie, które wynika z tego, co Bóg uczynił lub czego nie uczynił. Stwierdzamy, że niektórzy z ludu Pańskiego są zniechęceni tym, że Bóg nie dał im większych możliwości służby. Niektórzy zniechęcają się, bo Bóg nie dopuszcza, by mieli lepsze zdrowie, żeby mogli więcej zdziałać. Inni są zniechęceni, gdyż Bóg nie dozwolił im mieć bardziej chłonnego umysłu, żeby pojmowali niektóre rzeczy tak szybko jak drudzy. są i tacy, których zniechęca to, że Bóg postawił ich na pozycji wymagającej wielu prób i wielkich ofiar. Uważam, że tak naprawdę nie mają oni podstaw do zniechęcenia. Gdy wy i ja jesteśmy rozczarowani, bo Bóg nie ułożył spraw inaczej, praktycznie oznacza to, że jesteśmy zniechęceni, ponieważ myślimy, iż to On dozwala, aby sprawy szły źle. Czujemy, że w naszej sytuacji możemy udzielać Bogu wskazówek. Jakbyśmy mówili: »Jeśliby Bóg miał więcej mądrości, dałby mi większe sposobności; gdyby Jego mądrość była większa, zobaczyłby, że wykazałbym się jako uzdolniony mówca publiczny lub coś w tym rodzaju«. W rzeczywistości okazujemy ze swej strony bezmyślność; mówię: bezmyślność, a nie ignorancję, ponieważ jest nam wiadomo, że Bóg wie lepiej od nas, co należało zrobić. Nie oznacza to braku wiary, gdyż wierzymy, że Bóg jest w stanie sprawić, iż w sumie rzeczy działać będą w najlepszym interesie wszystkich. Wskazuje to na brak rozwagi, ponieważ zapominamy, że to Bóg nadaje sprawom bieg. Zapominamy, jak jest On wielki, mądry i wspaniały i że wszystko, cokolwiek kiedyś zrobił, było dobre i że wszystko, co kiedykolwiek zrobi, też będzie dobre.

      Wiem, że w moich pierwszych doświadczeniach życiowych wiele było takich kwestii, co do których sądziłem, że zrobiłbym je trochę lepiej niż Bóg, gdybym to ja musiał je zrobić. Gdy posunąłem się w latach oraz nabyłem wiedzy i mądrości, mogłem już zrozumieć, że Boskie sposoby były lepsze od tych, które, będąc dzieckiem, postrzegałem jako bardziej odpowiednie. Zazwyczaj odnośnie wielu spraw myślałem, że dałoby się je zrobić lepiej. Myślałem o małych rybkach, które zwykle mieliśmy w domu. Pamiętam, że rozmyślałem, o ileż byłoby przyjemniej, gdyby nie miały one tyle ości, żeby ich usuwanie podczas jedzenia nie zabierało tak dużo czasu. Myślałem o arbuzie – dlaczego musi być w nim tak dużo pestek? Dlaczego Bóg nie umieścił w nim dwóch lub trzech nasion? Myślałem sobie, że tak byłoby o wiele przyjemniej. Gdy jednak podrosłem i zaczęłem się zastanawiać się nad tymi sprawami, stwierdziłem, że Boży sposób był lepszy niż mój. Pamiętam, jak ujrzałem Boską mądrość. Gdyby Bóg nie umieścił w rybach tyle ości, ludzie jedliby je tak szybko, że dotąd nic by już nie zostało. Bóg chciał je zachować dla przyszłych pokoleń, dlatego – żebyśmy jedli wolniej – umieścił w nich tyle ości. To samo pomyślałem o arbuzie. Bóg wiedział, że człowiek będzie marnotrawił rzeczy. Chciał, żeby ludzie dojadali arbuza do końca. Wiedział, że gdyby umieścił tylko kilka pestek w arbuzie, wkrótce w ogóle by ich nie było; stwierdził więc: »Napełnię te arbuzy tyloma nasionkami, że nawet jeśli ludzie zmarnują kilkaset owoców, wciąż będzie ich mnóstwo«. To, co wyglądało na brak mądrości, okazało się czymś najlepszym.

      Chcemy to sobie uzmysłowić i zapamiętać, że Boże sposoby są słuszne i najlepsze. Jest to prawdą także w odniesieniu do Ciała Chrystusa i naszych możliwości służby. Nie czujcie się zniechęceni, że nie możecie stanąć na podium i publicznie przemawiać. Bóg nie chce, żeby wszyscy członkowie byli tacy sami. On ułożył członki w ciele według swego upodobania. Gdyby ułożył członki w ciele tak, jakby się tobie podobało, w ogóle nie byłoby ciała – tylko wielkie usta. On wiedział, na jakim stanowisku możemy służyć najlepiej. Jeśli jesteśmy zniechęceni, gdyż Bóg nie dał nam większych sposobności albo dlatego, że nie udzielił nam innych błogosławieństw, jakich nie posiadamy lub też dlatego, że nie dał nam lepszego zrozumienia Jego Słowa – pamiętajmy, że narzucamy Mu przez to swoją wolę i w zasadzie mówimy Bogu, że zaniedbuje On swoje sprawy

      Tak samo jest w odniesieniu do czynienia ofiary. Niektórzy są zniechęceni, bo zauważają, że w związku ze swoimi codziennymi doświadczeniami ponoszą tak wiele ofiar. Nie rozumieją tego. Mówią: »Oddałem się Panu, a teraz dozwala On, że przychodzą na mnie takie próby. Już prawie tracę rozum«. Zamiast być przez to zniechęceni, powinniśmy odczuwać zachętę. To pokazuje, że Pan przyjął naszą ofiarę; trzyma nas za słowo. Pragnie, żebyśmy znaleźli się w tej klasie, która biegnie w tym błogosławionym wyścigu i ostatecznie dzielili z Odkupicielem Jego tron, gdyż „błogosławiony mąż, który wytrwa w próbie, bo gdy wytrzyma próbę, weźmie wieniec żywota, obiecany przez Boga tym, którzy go miłują” [Jak. 1:12 NB]. Zamiast się zniechęcać próbami i trudnościami, powinniśmy być przez nie zachęcani. Rozumiemy zatem, że nic, co Bóg kiedykolwiek uczynił lub uczyni i nic, przed czym się powstrzymał, nie może być podstawą do zniechęcenia. Wszystko, co Bóg czyni, stanowić będzie dla was i dla mnie zachętę, jeśli to zaakceptujemy z odpowiednim nastawieniem.

      Pomówmy teraz krótko o drugiej formie zniechęcenia – o zniechęceniu, które bierze się stąd, że ktoś z naszego kręgu coś zrobił lub czegoś zaniechał. To takie dziwne, gdy stwierdzamy, że czasami brat doznaje poważnego zniechęcenia z tego powodu, że – jak sądzi – inny brat lub siostra coś zrobili lub w czymś zawiedli. Co byście pomyśleli, gdyby jeden z waszych znajomych w mieście przyszedł do waszego domu, mówiąc: »Jestem załamany. Mój sąsiad z naprzeciwka przyszedł pijany dziś rano i w swoim upojeniu potłukł mi wszystkie szyby w okratowanych oknach. Jestem bezradny; chyba wezmę siekierę i całkiem rozwalę moją werandę«. To sytuacja podobna do tej, gdy przyzwalamy, żeby przewinienie jakiegoś brata nas zniechęcało. Nieważne, co uczynił – my musimy postanowić, że będziemy wierni. Pamiętam rozmowę, jaką odbyłem u jednego braterstwa jakiś czas temu. Brat i siostra byli poświęceni Panu; wydawało się, że kochają Boga i Jego Słowo i że nawzajem szczerze się kochają. Nie sądzę, że kiedykolwiek znałem męża i żonę, którzy miłowaliby się bardziej niż oni. Ponieważ byliśmy w domu, skierowałem do nich raczej odważne pytanie. Zapytałem brata: »Przypuśćmy, że twoja żona nie byłaby wierna Panu; czy podążyłbyś za nią, czy pozostałbyś wierny Panu?«. Potem zwróciłem się do jego żony i spytałem: »Załóżmy, że twój mąż nie dochowałby wierności względem Pana; czy poszłabyś za Panem, czy za mężem?«. Był to szok i przez kilka minut w ogóle nie mogli odpowiedzieć. Powiedziałem im, dlaczego zadałem im takie pytanie. Rzekłem: »Wiem, że bardzo się kochacie. Ufam, że takie doświadczenie nigdy was nie spotka, niemniej jednak uważam, że gdybyście kiedyś mieli takie doświadczenie, musicie dojść do przekonania, że będziecie wierni Panu, nawet jeśli wasz towarzysz nie dochowa wierności. Nie chcę was ośmielać do myśli, że również będziecie niewierni, ale sądzę, iż dobrze jest mieć utwierdzone postanowienie, że będziecie wierni niezależnie od tego, co zrobi jakakolwiek inna osoba na ziemi«. Myślę, że gdy dochodzi do takiej sytuacji, nic już nie można zrobić, tylko odczuwać przykrość, że ktoś odchodzi. Nie możemy pomóc, ale smuci nas widok brata czy siostry, którzy nie doceniają swego przywileju. Równocześnie nie powinniśmy się zniechęcać, lecz cenić sobie wymowę naszego tekstu: „W czynieniu dobrze nie ustawajmy, bo gdy pora nadejdzie, będziemy zbierać plony, o ile w pracy nie ustaniemy” [Gal. 6:9 BT].

      Jeśli ktoś z braterstwa nie był wierny Panu, często możemy mu pomóc, sami będąc wiernymi. Jeśli ty będziesz niewierny, pogrąży go to jeszcze bardziej. Jesteśmy jedni dla drugich przykładami; wszyscy możemy stanowić dla drugich oparcie na wąskiej drodze. Wielu z tych, którzy byli mocno zniechęceni, doznało zachęty do wytrwania dzięki temu, co zobaczyli na przykładzie kogoś drugiego. Uważam, że to właśnie powinniśmy dobrze zapamiętać. W pewnym sensie jesteśmy „stróżami” swoich braci. Jeśli wy i ja nie docenimy przywileju bycia opiekunem brata obecnie, nie będziemy mogli uczestniczyć w troszczeniu się o świat w następnym wieku. Gdy mówimy o sprawowaniu pieczy nad bratem, nie mamy na myśli, że Pan powie: »Zamierzam uczynić cię odpowiedzialnym za opiekę nad twoim bratem«; mówimy tak w tym sensie, że ocenimy przywilej znajdowania się w rodzinie Bożej; że cenić będziemy przywilej udzielania pomocy ludowi Pańskiemu, że nie zrobimy niczego, co by ich zniechęciło, tym bardziej, iż nie chcielibyśmy, żeby oni zniechęcali nas. Jeśli staniemy się ospali, będzie to środek do ich zniechęcenia. Miejcie tego świadomość i nie próbujecie robić niczego, niezależnie od okoliczności, co stanowiłoby przeszkodę, przyczynę niedociągnięcia czy zniechęcenia dla dowolnego brata czy siostry.

      Wierzę, że mamy tu szczególną lekcję dla starszych. Stwierdzam, że wielu starszych wywiera zniechęcający wpływ na zbór, a nierzadko zbór jest słaby przeważnie wskutek wpływu starszych. Czasem spotykamy starszych, którzy wyraźnie chcą, żeby o nich wiedziano, że są starszymi. Brat przybywa na umówione spotkanie ze mną i oświadcza: »Cieszę się, że do nas przybyłeś. Wysłano mnie po ciebie. Jestem wiodącym starszym w naszym zborze«. Spytałem: »Wiodącym starszym?«. Odparł: »Tak, wiodącym starszym«. Zapytałem: »Czy jest gdzieś w Biblii mowa o „wiodącym starszym”?«. On zaś odrzekł: »Rozumiesz chyba, służę zgromadzeniu dłużej niż pozostali«. Ja na to: »Bracie, w Biblii nie ma niczego takiego. Uważam, że jest to niestosowne, żeby będąc starszym, mówić o sobie jako o wiodącym starszym«.

      Czasami bardzo mnie zasmuca, gdy spotykam braci, którzy lubią opowiadać o tym, jak to ich zdolności znajdują w taki czy inny sposób uznanie. Drodzy przyjaciele, dawajmy temu odpór; starajmy się tłumić w sobie tego rodzaju usposobienie. Nie chcemy zniechęcać drugich ani być zniechęcani przez innych. Nie rzucajmy braciom kłód pod nogi. Jestem pewny, że każdy z was odczuwa to podobnie. Nie chcielibyśmy osłabiać brata ani utrudniać jego wzrastania w łasce i nie życzylibyśmy sobie zrobienia czegokolwiek, co stanęłoby mu na drodze w duchowym rozwoju. Chciałbym nadmienić, że pod pewnym względem niektórzy nieświadomie wyrządzają braterstwu duchową szkodę bardziej, niż mogliby się domyślać. Zwróciłem na ten aspekt uwagę podczas jednej z konwencji, jakie odbywają się w Kanadzie. Pewien brat opowiedział mi swoje przeżycie stamtąd. Ma to związek z dyskusją, jaka toczy się obecnie na świecie. Jestem pewny, że zauważyliście, ile pisze się w gazetach na temat kobiecych strojów w dzisiejszych czasach i o ich moralnych i umysłowych szkodach. Sądzę, że niektóre z naszych drogich sióstr mogłyby odnieść z tego korzyść, jeśli powiemy słowo na ten temat. Jestem pewien, że wszyscy, którzy kochają Pana, chcą się Mu podobać i pragną pomagać Jego ludowi. Nie wierzę, żeby pośród naszych przyjaciół zebranych na tej konwencji czy na podobnym zgromadzeniu znajdowały się inne siostry niż takie, które troszczą się o sprawy, błogosławieństwo i zbudowanie Bożego ludu. Czasami jednak, jako że nie znamy słabości drugich, nie udaje nam się wziąć pod uwagę, że mają oni jakieś słabości.

      Ów brat przyszedł do mnie i opowiedział o przeżyciu, jakie miał podczas wspomnianej konwencji. Stwierdził: »Bracie Barton, konwencja w Toronto doprowadziła mnie prawie do zguby. Udałem się tam, jak cała reszta, po to, żeby odnieść błogosławieństwo. Przez całe swoje życie toczę przeogromną walkę. Możliwe, że mój naturalny umysł nie jest tak czysty i jasny jak większości z moich przyjaciół. Toczę walką ze złymi myślami, odkąd poświęciłem swoje życie Panu. Gdy przybyłem na tę konwencję, miałem jak najlepsze nadzieje, myśląc o błogosławieństwie, jakie miałem zamiar otrzymać. Przyszedłem w trakcie jednego z nabożeństw i zająłem miejsce; było to zebranie świadectw, które bardzo mi się podobało. Potem był pierwszy wykład. Weszła jakaś siostra i usiadła tuż przede mną. Nie wiem, czy była ubrana w jakiś niestosowny sposób, niemniej jednak jej widok wywołał w mojej głowie ciąg myśli, od których nie mogłem się uwolnić. Walczyłem z nimi. Po jakimś czasie wstałem i poszedłem na inne miejsce, myśląc: Teraz będę się mógł skoncentrować na wykładzie. Trwało to zaledwie kilka chwil, a weszła inna siostra i usiadła obok mnie. Była ubrana podobnie jak poprzednia. Wiesz, bracie Barton, zebranie to było dla mnie stracone. Walczyłem, ale nie mogłem pozbyć się tych myśli i w końcu wyszedłem«. Widać więc, że nawet jeśli w swoim własnym umyśle nie możecie dostrzec żadnej skłonności do zrobienia czegoś złego, pożytecznym może się okazać poświęcenie pewnej wygody na rzecz słabego brata. Nie wiemy, ile jest takich osób albo kto to mógłby być. Pewne osobiste wyrzeczenia byłyby więc pewnym sposobem, by bratu, który jest w danym względzie słaby, pomóc uczynić jego powołanie i wybranie mocnym. I bez pokus, jakie przychodzą na niego między ludem Bożym, ma się on z czym zmagać na tym świecie.

      Obecnie, drodzy przyjaciele, przejdziemy do trzeciego punktu w temacie zniechęcenie. Mówiliśmy o byciu zniechęconym z tego powodu, że Bóg coś uczynił łub czegoś zaniechał. Powiedzieliśmy o byciu zniechęconym, bo inni coś zrobili lub czegoś zaniedbali. Teraz powiemy o zniechęceniu będącym wynikiem tego, co zrobiliśmy lub w czym zawiedliśmy my sami. Niektórzy stwierdzają: »Jestem tak zniechęcony, bo na początku byłem słaby i nieudolny. Pan nie mógł z tym zbyt wiele zdziałać. Nie zrobiłem zbytniego postępu i zraziłem się sam do siebie. Wydaje mi się, że nie ma sensu iść dalej«. Chcę powiedzieć, że nie wolno się z tego powodu zniechęcać. Pamiętajmy, kim jest Bóg. Pamiętajmy, czego potrafi dokonać, jeśli tylko Mu pozwolimy. Jeśli ktoś, ale nie Bóg, miałby wykonać zadanie, poddalibyśmy się. Gdyby anioł miał mnie uczynić sposobnym do Królestwa, nie udałoby mu się to. Gdyby wszystkie zastępy anielskie zostały wyznaczone, by mnie uczynić nadającym się do Królestwa, nie dałyby rady. Ale jeśli zechce tego wielki Bóg, wiem, że On może; pytanie tylko, czy Mu pozwolę to zrobić. Często myślę o wspaniałych sprawach, jakich Bóg dokonał przy użyciu marnych narzędzi. Przychodzi mi na myśl diament, który jest po prostu węglem. Wyobraźcie sobie, że diament zrobiony jest z tego samego materiału co czarna sadza, jaką znajdujemy we wnętrzu komina. A pomyśleć, że diament mógł zostać zrobiony z takiego tworzywa, to jakby zasugerować, że jest możliwe, iż Pan może uczynić diamenty także z nas. Nie musimy się zniechęcać, jeśli na początku byliśmy słabi. Tak naprawdę to możemy się cieszyć, bo jeśli dostaniemy się do Królestwa, będzie to większą chwałą dla Pana, niż gdybyśmy mieli więcej siły i zdolności sami z siebie.

      Następnie powinniśmy mieć na uwadze także i to, że postęp z natury dokonuje się powoli. Tak przedstawia to Biblia. Jest powiedziane: „łaska za łaską” Wzrost jest powolny. Jest to ten aspekt, co do którego Ruch Uświęcający i Sanktyńkacjoniści są w błędzie. Wyobrażają oni sobie, że wzrost dokonuje się w jednej chwili; w jednej sekundzie otrzymujesz błogosławieństwo i natychmiast dostajesz wszystkie łaski ducha. Biblia tak tego nie przedstawia. Biblia mówi: „I będą nazwani drzewami sprawiedliwości, szczepieniem Pańskim, abym był uwielbiony” [Izaj. 61:3. „W tym będzie uwielbiony Ojciec mój, kiedy obfity owoc przyniesiecie” [Jan 15:8]. Czy patrząc na jabłoń pokrytą tylko liśćmi, widzieliście kiedyś, żeby w jednej sekundzie spadło dobrodziejstwo i żeby od razu drzewo zapełniło się czerwonymi jabłkami od góry do dołu? Członkowie Ruchu Uświęcającego twierdzą, że w taki sposób dostajemy owoce ducha. My zaś spodziewamy się, że wzrost będzie taki, jak wyraża to Pismo Święte: „przykazanie za przykazaniem, przepis za przepisem” [Izaj. 28:10. I jak namawia Apostoł: „Wszelkiej pilności przykładając, przydajcie do wiary waszej cnotę, a do cnoty umiejętność; a do umiejętności powściągliwość, a do powściągliwości cierpliwość, a do cierpliwości pobożność; a do pobożności braterską miłość, ado miłości braterskiej łaskę” [2 Piotra 1:5-6]. Nie ma więc miejsca na zniechęcenie dlatego, że nasz postęp jest powolny. Możemy się tego spodziewać, bo tak mówi Biblia.

      Niektórzy powiedzą: »Jestem zniechęcony, bo widzę w sobie tyle słabości. Dostrzegam więcej słabości niż dawniej«. Wierzę, że część tego rodzaju zniechęcenia może być dodaniem otuchy, jeśli właściwie popatrzymy na tę sprawę. Przekonujemy się, że wiele rzeczy, które lud Pański traktuje jako zniechęcające, powinno być w rzeczywistości zachętą. Przypomina mi się siostra, którą kiedyś spotkałem. Stwierdziła ona: »Jestem taka przygnębiona. Niczego nie mogę zapamiętać. Kiedyś miałam dobrą pamięć, ale teraz nie mogę już zapamiętać niczego i to mnie osłabia«. Ja zaś rzekłem: »Siostro, myślę, że masz lepszą pamięć, niż miałaś kiedyś«. »Ależ nie.« Ja na to: »Uważam, że masz lepszą pamięć niż przedtem«. Ona wyznała: »Przecież nie mogę niczego lepiej zapamiętać«. Powiedziałem jej: »Siostro, wyjaśnię ci, dlaczego. Mówisz, że twoja obecna pamięć jest teraz kiepska; natomiast dobrze pamiętasz to, co było dawniej. Przyczyna, dla której wydaje ci się, że pamiętasz dobrze to, co było wcześniej, jest taka, że miałaś niewiele do zapamiętania. Musiałaś tylko zapamiętać, że w czwartki odbywają się towarzyskie spotkania w kościele, że w piątek o piątej jest spotkanie przy herbatce i że wieczorem masz odebrać to czy tamto w sklepie. Oto dlaczego miałaś dobrą pamięć. Teraz masz tak dużo do zapamiętania, że sobie z tym nie radzisz, a już się chciałaś prawie załamać, myśląc, że twoja pamięć jest tak słaba, że nie zapamiętujesz niczego«.

      Zauważyłem, że niektórzy z przyjaciół czują się zniechęceni, gdyż są niecierpliwi wobec dzieci. Mówią: »Kilka lat temu nie byłem taki niecierpliwy, ale teraz denerwuje mnie każda najmniejsza rzecz«. Bardzo często jest to oznaką postępu. Dlaczego tak jest? Możliwe, że kiedyś cię nie denerwowało, gdy dzieci robiły to, co robią teraz, bo nie miałeś tak wysokich wymagań jak obecnie. Dawniej, gdy dzieci odezwały się zuchwale do rodziców, stwierdzałeś: »Czyż to nie było miłe?«. Opowiadałeś o tym sąsiadom czy przyjaciołom jako o niewielkiej sprawie. Teraz masz większą świadomość szacunku, jaki dzieci winny okazywać rodzicom i zamiast uważać, że można się z tego pośmiać, sądzisz, iż raczej trzeba się tym smucić. Rzeczy, na które wtedy patrzyłeś jak na żart, teraz wydają ci się bardzo poważne. To nie jest powód, żeby się zniechęcać; z pewnych względów powinno cito nawet dodawać zachęty.

      Pod pewnymi względami dostrzegasz teraz więcej swoich słabości i niedostatków i masz więcej do zwalczania, ale nie powinieneś się tym zniechęcać. Przeciwnie, jest to dowodem, że cieszysz się łaską i błogosławieństwem u Boga; to dowodzi, że otworzył On twoje oczy na to, co jest złe i co powinno zostać naprawione w twoim życiu. Nie bądź zniechęcony, jeśli zauważasz w sobiewięcej wad. Można to było przewidzieć. Nie zniechęcaj się, gdy dostrzegasz więcej wad u brata. Wraz ze wzrostem w łasce widzi się więcej braków u brata, tak jak widzi się ich więcej w swoim własnym życiu.

      Żeby to zobrazować: Kilka lat temu, jak brat powiedział wykład, wychodząc, mówiliście: »Czyż to nie był wspaniały wykład; czyż nie był znakomity!? Jak dobrze brat wszystko wyjaśnił«. Gdy natomiast teraz usłyszycie inny wykład tego samego brata, powiecie może: »Nie wiem, co o tym myśleć. Sądziłem, że potrafił tak dobrze cytować wersety, a powiedział, że werset jest z 5 Mojżeszowej, choć jest on z Jeremiasza; później mówił, że cytat pochodzi z dziesiątego rozdziału Mateusza, a jest on z piątego. Jak okropny jest mój stan, skoro zauważam takie błędy«. Ukazuje to dobry stan; zdobywasz coraz lepszą znajomość Biblii. Wzrastając w łasce, będziesz dostrzegał coraz więcej własnych błędów, ale również błędów swoich braci. Będziemy zauważać wady brata, ale dobrotliwie starać się będziemy je przykrywać. Nie omawiaj my ich z nikim. I nie są to sprawy, które powinny powodować nasze zniechęcenie.

      »Ale, powiecie, nie wydaje mi się, że jestem taki, jak powinienem. Zdaje mi się, że po tych wszystkich latach, w których Pan się mną zajmował i mi błogosławił, powinienem być lepszy, niż jestem«. Problem polega na tym, że ty nie wiesz, jaki jesteś; sam siebie nigdy nie widziałeś. Są trzy sposoby zobaczenia siebie samego. Gdy patrzysz na mnie, widzisz ciało. Próbujesz w swoim umyśle spojrzeć na ducha, ale nie potrafisz. To, co tak naprawdę widzisz, to ciało. Nowe stworzenie ukryte jest wewnątrz. Gdy sam patrzę na siebie, widzę ciało i ducha wymieszane razem. Czasem doznaję sporego zakłopotania. Z tego powodu nie zawsze mogę rozróżnić, co przynależy do ciała, a co do ducha. Poświęcam czas, żeby sobie uzmysłowić, ile w rozmaitych doświadczeniach pochodzi z ciała, a ile z ducha. Gdy Bóg patrzy na mnie, nie widzi tak, jak widzisz ty ani tak jak ja – mieszankę ciała i ducha. On widzi tylko ducha i ten Mu się podoba. To Bóg działa w nas według swego upodobania. Gdy pomyślę, że Bóg działa we mnie od dwudziestu trzech lat, czuję, że czegoś dokonał. Jest to powodem mojej tęsknoty za zmartwychwstaniem. Tęsknię za zmartwychwstaniem, żebym mógł zobaczyć, jaki naprawdę jestem i co Bóg we mnie wypracował. Jakże to będzie wspaniałe! Gdy myślicie o sobie, nie myślcie zbyt wiele o ciele. Zwalczajcie ciało; opierajcie się mu, ale równocześnie pamiętajcie, że w oczach Bożych liczy się duch. Niech ta myśl dodaje nam otuchy i pomaga nam iść dalej.

      »Powiecie z kolei, że jest jeszcze jedna zniechęcająca kwestia. Jest za mało czasu, żeby uczynić swoje powołanie i wybranie pewnym«. I przy tym znów zapominamy, co Bóg może zdziałać. Mam takie zaufanie do Boga, że wierzę, iż jeśli to będzie konieczne, może On w ciągu dwóch lub trzech dni wyrobić we mnie taki charakter, jaki chciałby we mnie widzieć. Myślę, drodzy przyjaciele, że skoro poświęciliśmy nasze życie Panu, to nawet jeśli jest mało czasu, On zadba o to, żebyśmy mieli możliwość okazania się zwycięzcami. Pozwólcie, że podam dowód, dla którego krótkość czasu nie powinna być przyczyną zniechęcenia. Jeśli nie uda wam się uczynić swego powołania i wybrania pewnym, to co się stanie? Czy Pan zamierza zostawić wielki otwór w Świątyni? Nie, wybierze inny kamień na to miejsce. Jak można się domyślać, kamień ten będzie bardzo podobny do ciebie. Wierzymy, że Bóg wybiera członków Ciała Chrystusowego według swego systemu. Jeśli okażesz się niegodny, na to miejsce zostanie wezwany ktoś inny, kto będzie się nadawał. Judasz został odrzucony i Bóg wybrał Pawła. W czymś byli oni do siebie podobni. Paweł był człowiekiem interesu, a jak pamiętamy, mała gromadka, która towarzyszyła Jezusowi, wyraźnie dostrzegła w Judaszu cechy, które czyniły go sposobnym do załatwiania ich wspólnych interesów. On zarządzał pieniędzmi. Judasz zdecydowanie posiadał cechy, które według Pisma Świętego posiadał także apostoł Paweł. Pan wybrał Pawła, ponieważ kwalifikował się na miejsce Judasza. Nie mamy na myśli, że Judasz musiał być niewierny. Mógł on być wielkim apostołem pogan; mógł być tym, który głosił Jego imię przed książętami, ale utracił swą sposobność z powodu ducha zdrady. Gdybyś okazał się niewierny względem Pana, wybrałby On kogoś innego, kto zajmie twoje miejsce, kto weźmie twoją koronę. Ten, kto zajmie twoje miejsce, będzie posiadał takie skłonności, które ciebie przywiodły do punktu, w którym się poddałeś albo okazałeś niezdatny na miejsce w tym chwalebnym gronie. On będzie musiał przygotować się na to miejsce w krótszym niż ty czasie i w tymże czasie będzie musiał się zmierzyć z tym, co ty oraz pokonać tę samą drogę, jaką ty miałeś do pokonania. Innymi słowy, jeśli on może uczynić swoje powołanie i wybranie pewnym i rozwinąć taki charakter, jaki byłby życzeniem Pana, to o ileż łatwiej ty powinieneś móc tego dokonać, gdybyś kontynuował bieg. Jeśli tamten okaże się niewierny, Pan wybierze jeszcze kogoś innego i uczyni go godnym, ale on będzie miał jeszcze mniej czasu. Skoro Pan może znaleźć kogoś o podobnych cechach charakteru jak twoje i może te osoby przygotować w krótszym czasie, to i ciebie potrafi przygotować, mając więcej czasu. Nie ma tu zatem miejsca na zniechęcenie. Wszystko działa raczej zachęcająco.

      Faktem jest, że jeśli się zniechęcamy, oznacza to, że nie dowierzamy Bogu. Nie żebyśmy myśleli o tym w taki właśnie sposób, ale takie to ma znaczenie. Po pierwsze oznacza to, że podważamy Boską zdolność, Boską wszechmocną siłę do wykonania tego, co zapowiedział, czy to uznamy, czy nie. Jakbyśmy stwierdzili: »Wiem, że Bóg obiecał mi pomóc; wiem, że obiecał uwzględnić moje słabości; wiem, iż powiedział, że będzie miłosierny, a mimo to naprawdę nie wiem, czy mogę na to liczyć«. W rzeczywistości nie myślisz tak – to po prostu brak rozwagi, ale właściwie w pewnym sensie takie to ma znaczenie. Pomyślcie o tych, którzy żyli w przeszłości i mieli tak niewiele możliwości w porównaniu z tym, co my mamy dzisiaj. Ci, którzy żyli wcześniej w Wieku Ewangelii, nie posiadali materiałów drukowanych, jak my dzisiaj, nie mieli usługi wolontariuszy ani pomocy biblijnych, czy innych, jakimi my cieszymy się w tych czasach. Skoro oni nie byli zniechęceni, skoro mogli swoje powołanie i wybór mocnym uczynić, o ileż bardziej powinniśmy być do tego zdolni my, którzy posiadamy wszelakie pożyteczne rozwiązania naszej doby? Widzicie więc, że to prawie tak, jakbyśmy kwestionowali Boga w odniesieniu do tych spraw. Uważam, że powinniśmy udzielić Bogu kredytu zaufania. Dawajcie taki kredyt każdemu, kto chce dobrze. Udzielmy Bogu kredytu odnośnie treści tego wszystkiego, co powiedział, a skoro miał na myśli to, co powiedział, nie mamy podstaw do zniechęcenia.

      Po drugie, jeśli jesteśmy zniechęceni, stanowi to refleksję nad możnością Chrystusa. To prawie jak powiedzieć: »Wiem, że Twoja krew zapewnia mi przykrycie moich niedoskonałości, ale wątpię, czy krew ta jest aż tak skuteczna; wątpię, czy krew znaczy tyle, co sądziłem«. Nie chcemy wątpić w moc krwi.

      I po trzecie, jeśli jesteśmy zniechęceni, wskazuje to wjakimś stopniu na pychę. To jakby mówić: »Wiem, iż Pan powiedział, że będziemy miewać słabości; że będą walki wewnętrzne i zewnętrzne, ale ja jestem taki ważny, że powinienem dać sobie radę bez tych doświadczeń. Nawet jeśli są one niezbędne dla innych, to nie powinny być koniecznością w moim przypadku«. Byłby to rodzaj pychy. Przecenialiśmy się i teraz stwierdzamy, że nie jesteśmy tak ważni, jak kazała nam sądzić własna duma.

      Dalej, zniechęcenie byłoby podawaniem w wątpliwość stanu naszych braterstwa. Gdy bracia i siostry wstają podczas zebrania świadectw i opowiadają o swoich ciężkich próbach i o tym, jak Pan im pomógł, my odparlibyśmy na to: »Ten brat wyznaje swoje próby i zwycięstwa, ale nie przechodzi on takich doświadczeń, gdyż ja ich nie przechodzę«. Jeśli wierzymy, że brat mówi prawdę, a tak powinno być, to musi mieć takie próby. Skoro ma takie próby, to i my musimy je mieć. Nie powinniśmy się zniechęcać, tak jak i on się nie zniechęca, chociaż przechodzi próby.

      I jest jeszcze piąta kwestia. Jeśli jesteśmy zniechęceni, wskazuje to, że zapomnieliśmy, w jaki sposób Pan nam dotychczas pomagał. Czy nie pamiętasz, jak Pan pomógł ci przejść przez owe trudności, które zdawały się być nie do pokonania? Czy nie uważasz, że jest On w stanie pomóc ci również teraz dokończyć twego dzieła? Ten, który rozpoczął w tobie dobre dzieło, może i chce doprowadzić je do końca. Gdy ma się tego świadomość, nie ma miejsca na zniechęcenie. Chcemy spoglądać na Pana, ufając Mu i prosząc o stały dopływ łaski, aby pokonać zniechęcenie i stać się zwycięzcami przez Tego, który nas umiłował. Bóg się z naszego powodu nie zniechęca, a skoro On nie jest zniechęcony, my też nie powinniśmy się sami sobą zniechęcać. Pan Jezus nie jest nami zniechęcony, braterstwo też nie. Jest tylko ktoś jeden, kto jest nami zniechęcony, czyli diabeł, ale nawet i on nie będzie wami aż tak bardzo zniechęcony, jeśli wy sami okażecie tylko trochę zniechęcenia. Tylko to stanowi o tytule doktora teologii: rozczarowanie diabła, i mocno w to wierzę. Rozczarujecie go, jeśli nie dopuścicie, żeby zniechęcenie dostało się do waszego serca. Rozczarujcie go więc. Tytuł doktora teologii oznacza nie tylko rozczarowanie diabła, ale również odrzucenie zniechęcenia. Jeśli myśli, które zaprezentowaliśmy tego popołudnia, wpłynęły na was tak, że zechcecie odrzucić zniechęcenie i rozczarować diabła, zasługujecie na tytuł doktora teologii. Mam nadzieję, że się wam przysłuży.

      Convention Report